TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Luty 3, 2018 | 5:53

TELAWIW OnLine: Przypominam autentyczną opowieść Izraelczyka Dawida Milcha (utrwaloną na DVD przez ekipę Jad Waszem) – który jako dziecko, jedyny z całej rodziny, przetrwał okupację niemiecką w Polsce. Znam go po sąsiedzku od dawna – na jego prośbę przetłumaczyłem mu ten zapis z rok temu słowo w słowo, z hebrajskiego na polski, na surowo, niczego nie wygładzając, dokładnie tak jak mówi na krążku CD nagranym, jako jedna z tysięcy udokumentowanych relacji – przez Jad Waszem.

@

Mieszkaliśmy w miasteczku Jeżów, gdzie ludność była mieszana polska i żydowska. Nie było żadnych problemów między nami. Miałem kolegów polskich i żydowskich. Mój ojciec Mosze Milch miał oborę i handlował bydłem – dostarczał mięso i mleko okolicznym wioskom. Byliśmy rodziną 6-osobową i żyło nam się niezgorzej.

Ojciec poszedł na wojnę w 1939 i przepadł bez śladu na zawsze; nie wiem do dziś, co się z nim stało. Zanim Niemcy weszli do miasteczka w okolicach toczyły się gwałtowne walki – chowaliśmy się w stogach na okolicznych łąkach. Samoloty strzelały dokoła, ale jakoś nas nie trafiły. Pamiętam to doskonale.

Potem, jak już Niemcy weszli do Jeżowa, zakazali Żydom chodzenia do synagogi i usadowili się w budynku szkolnym – ja już oczywiście do pierwszej klasy nie poszedłem. Z domu można było wychodzić tylko z żółtą łatą z czerwoną gwiazdą Dawida na rękawie – także dzieci. Mojego młodszego o 2 lata braciszka, który miał na imię Izrael, Niemcy zastrzelili na ulicy razem z 5 innymi dziećmi, gdy poszli szukać czegoś jedzenia.

Nie rozumiem do dziś, jak to się działo, ale nie bałem się Niemców, którym mówiłem, że mój ojciec jest Polakiem, a matka Niemką – mogłem się z nimi jakoś dogadać łamaną niemczyzną, bo w nas w domu mówiło się w jidysz…

Jeden z nich, oficer, zabierał mnie ze sobą na rowerze jako tłumacza na zakupy do okolicznych wiosek (masło, jajka, drób). Dawał mi za to parę groszy, jakieś chleby i inne produkty. Kiedyś jeden z polskich sąsiadów, widząc mnie z nim, zaczął wykrzykiwać, że jestem Żydem – ten oficer wyciągnął pistolet i chciał mnie zastrzelić „nie dlatego, że jesteś Żydem, lecz dlatego, ze mnie okłamałeś”. Jakoś jednak w końcu tego nie zrobił.

Pamiętam, jak podczas świąt Jom Kippur siedziałem kilkanaście godzin na schodach i pilnowałem, żeby nasi sąsiedzi mogli się modlić – gdybym zobaczył Niemców, trzeba by natychmiast pochować modlitewne „tality”, bo inaczej od razu by wszystkich zastrzelili. Potem zimą zabierali ludzi do roboty, do odgarniania śniegu…

Po przyjściu Niemców straciliśmy wszystko – w naszej oborze trzymali swoje konie, ale żołnierz niemiecki, który się nimi zajmował, przychodził do nas do domu, bawił się z nami i cały czas radził, żebyśmy jak najszybciej stamtąd uciekali…”Też mam czworo dzieci, ale zmusili mnie, żebym poszedł na wojnę”. Mieliśmy na początku trochę oszczędności, ale bardzo szybko wszystko przejedliśmy, trzeba też było kupować drewno i węgiel na opał.

Mieliśmy dwie możliwości: jechać do getta w Warszawie lub w Koluszkach, wtedy jeszcze można było wybierać. W Koluszkach mieszkała siostra mojego ojca, wiec matka zdecydowała, że tam będzie lepiej. Miałem niecałe 8 lat i zacząłem chodzić po wioskach, zbierając zamówienia. Jeden chciał czapkę, inny sweter, jeszcze inny ślubny garnitur. Wskakiwałem na krzesło i brałem miarę…Potem zamawiałem to u żydowskich rzemieślników w getcie – w zamian dostawałem od chłopów kartofle, kaszę i fasolę, które u nich przechowywałem… Dawali mi też czasem jakieś pieniądze, którymi płaciłem za zamówienia w getcie.

Przenosząc się do getta w Koluszkach mogliśmy zabrać ze sobą tylko ubrania – pomagał nam chłop z wozem, u którego przechowywałem kartofle (on też mi przywoził je przedtem w workach). Jeden z sąsiadów ukradł nam worek z ubrankami dziecinnymi, gdy pakowaliśmy się na furmankę, ale jakoś w ostatniej chwili zdołaliśmy je odebrać… Meble i resztę dobytku oddaliśmy na przechowanie człowiekowi, który przedtem pracował u ojca w oborze. Po wojnie, gdy do niego poszedłem nic już z tego nie zostało, ale dał mi zdjęcie mojej rodziny – jedyne, które mam do dziś.

Zamieszkaliśmy u siostry ojca; ciasnota panowała straszliwa; spało się na strychach i pawlaczach. Tam był gestapowiec, który mówił, że „potrzebuje codziennie 20 Żydów na śniadanie”. Zabierali ich do więzienia, rano dawali motyki i gnali do lasu, gdzie musieli kopać sobie groby przed rozstrzelaniem. Byliśmy już tylko z matką Sarą, starszym bratem, który miał na imię Eli i siostrzyczką Rachel – co 2 tygodnie wychodziłem z getta, żeby zdobyć jakąś żywność. Byłem praktycznie jedynym żywicielem naszej rodziny.

Kiedyś matka chciała, żebym przyniósł trochę drewna, bo nie miała już na czym gotować. Tam obok była stacja kolejowa, przechodziło się górnym pomostem nad torami, za którymi przed wojną był żydowski tartak, gdzie walały się jeszcze kawałki drewna. Najgorsi byli zawsze folksdojcze, którzy nas rozpoznawali…Rzuciło się na mnie 5 z Hitlerjugend i chyba by mnie zatłukli, gdyby jakaś kobieta nie zaczęła nagle krzyczeć, że jestem jej dzieckiem…”Czego wy od niego chcecie” – zostawili mnie i uciekli.

Któregoś razu wracając z chłopakami w nocy z kartoflami (mogłem udźwignąć najwyżej z 5-6 kilo) – tuż przed samymi Koluszkami znajoma kobieta imieniem Wanda ostrzegła, żebyśmy nie wracali do getta, bo właśnie je zlikwidowali i z miejsca by nas pozabijali. Z tego dworca koło tartaku pociągi wywiozły Żydów do Auschwitz – tych, którzy nie mogli iść zamordowali od razu. Moja matka, brat Eli i mała siostrzyczka Rachel zginęli w Auschwitz.

Nigdy nie zapomnę, jak w pewnym momencie nasza matka, chyba niedługo przed deportacją, zebrała nas wszystkich razem i powiedziała: „Nie mamy szans, żeby wszyscy przeżyć wojnę – chcę już tylko, żeby choć jeden członek naszej rodziny ocalał”. Zostałem sam jeden. Nasza grupa chłopaków, słysząc, że nie ma już getta, rozpierzchła się po okolicznych wioskach, każdy próbował ratować się na własną rękę…

Ja ukryłem się w stodole u ludzi, którzy wiedzieli, że jestem Żydem – tam był taki posiołek na uboczu składający się z 6 gospodarstw i oni wszyscy wiedzieli, bo z nimi przedtem handlowałem. Nie chcieli ode mnie grosza. Siedziałem u nich z kilka miesięcy, przenosząc się ciągle z miejsca na miejsce i obiecując, że przyniosę towar z getta; ale jak długo mogłem ich tak narażać i w dodatku oszukiwać, bo przecież getta już nie było.

Zacząłem wędrować nocami z wioski do wioski – jedni wiedzieli, drudzy nie kim jestem; wyłudziłem papierek od księdza i sołtysa, którym powiedziałem, że nazywam się Jan Piątek, jestem Polakiem-sierotą z Warszawy i szukam pracy jako pastuch…To mi parę razy pomogło. Latem nie było jeszcze najgorzej, ale zimą ukrywałem się w oborach owinięty w worek w kanałach z gnojem krowim i końskim, bo tylko tam nie było mi tak straszliwie zimno. Byłem potwornie samotny. Kiedyś chciałem pobawić się ze źrebakiem i akurat przyszli Niemcy z polskim policjantem, żeby policzyć pogłowie na gospodarstwie. Jakimś cudem mnie nie dostrzegli, a ten chłop nawet nie wiedział, że u niego się ukrywam…

Żywiłem się sucharkami, które podkradałem gospodarzom w kilku znajomych miejscach i chowałem na zapas w worku – miałem butelkę z wodą ze studni i to wszystko. Zazdrościłem losu kotom i psom – zimą było mi tak straszliwie zimno, że płakałem jak małe dziecko – za co mnie spotyka to całe nieszczęście, co ja takiego zrobiłem, że tak na mnie polują… Że miałem żydowskich rodziców?

Aż którego dnia w sąsiedniej wsi zobaczyłem, że Niemcy zaczynają uciekać i wtedy zrozumiałem, że to już koniec wojny. Wróciłem do Jeżowa, ale nie było tam już naszego domu i wróciło tylko kilku Żydów, którzy też gdzieś się przechowali. Ktoś mi powiedział, że ocalała kuzynka mojej matki i mieszka w Łodzi na ulicy Kamiennej; nie mogłem jej sobie przypomnieć, ale pojechałem tam i faktyczne na podwórku w oknie trzeciego piętra zobaczyłem nagle twarz podobną do mojej babci. To było niesamowite spotkanie.

Jeden z tych Żydów z Jeżowa skierował mnie do człowieka, który miał fabryczkę kiełbasy i zacząłem u niego pracować.To był jeden z tych 800 Żydów, którzy ocaleli z łódzkiego getta. Byłem u niego z półtora roku, przygarnął mnie do swojej rodziny, która też jakimś cudem ocalała. Mieszkałem u nich, aż do chwili, gdy żydowska organizacja Ecel razem z grupą innych ocalonych dzieci żydowskich wysłała nas nielegalnie do Palestyny. Potem, gdy powstało państwo Izrael udało mi się zacząć nowe życie; ożeniłem się, urodziło nam się dwóch synów – spełniłem święte przykazanie mojej matki.



Reklama

Reklama