TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Sierpień 28, 2014 | 1:55

70-lecie likwidacji Getta Łódzkiego; rozmowa z Jerzym Kropiwnickim prezydentem Łodzi w latach 2002-10

TELAWIW OnLine: Dziś przypada równo 70 lat od likwidacji Getta Łódzkiego przez kulturalny naród niemiecki. Przypominam fragment tekstu i rozmowę z prezydentem łodzi Jerzym Kropiwnickim, którą zrobiłem w 2009. do mojej dziennikarskiej książki DAWKA POLIN (Właśnie Polska) opublikowanej w Izraelu przez wydawnictwo największej gazety Jedijot Achronot.

Łódź to miasto z „dyskretnym urokiem” ziemi nieodkrytej… Koniecznie spróbujcie zagłębić się w „nie-turystyczne” ciągi widmowych kamienic, odrapane bramy i zapuszczone podwórka. Takie klimaty – dalekie od postindustrialnych – znajdziecie na Bałuckim Rynku (dawne getto…), ale też na przykład w ulicach Wschodniej, Kościuszki czy Tuwima. Przy Tuwima 2 stoi pierwszy, zbudowany od razu na potrzeby kina – secesyjny budynek z kamienną sową na dachu. Przed wojną było tam kino Odeon na 400 osób, a sowa z rozpostartymi skrzydłami przypominała, że chodzi nie tylko o  rozrywkę, lecz także o wiedzę.

 

Za komuny w Łodzi było ponad trzydzieści kin, które w większości, podobnie jak wszędzie zastąpione zostały multipleksami; żartowano, że wystarczy wejść na dach budynku telewizji przy Narutowicza, żeby zobaczyć… całą Polskę: Tatry, Bałtyk, Gdynię i Wisłę. Tak nazywały się cztery kina – znajdujące się  w promieniu kilkuset metrów. Jak już mówiłem, jednym z głównych atutów Łodzi pozostaną jednak zawsze gigantyczne hale fabryczne, bajkowe rezydencje pierwszych przemysłowców i stylowe kamienice – składające sie na skansen wczesnego kapitalizmu.

Łódź się budziła. Pierwszy wrzaskliwy świst fabryczny rozdarł ciszę wczesnego poranka (…). Olbrzymie fabryki, których długie czarne cielska i wysmukłe szyje – kominy majaczyły w nocy, we mgle i w deszczu – budziły się z wolna, buchały płomieniami ognisk, oddychały kłębami dymów, zaczynały żyć i poruszać się w ciemnościach, jakie jeszcze zalegały ziemię”– pisał Reymont w  „Ziemi obiecanej”.

 

Klimaty Łodzi fabrycznej budzą silne emocje także i dziś; kilka lat temu David Lynch nakręcił część swojego filmu Inland Empire w opustoszałym mieście wschodniej Europy, gdzie pojawiają się – wydobyte z ciemności – łódzkie zaśnieżone ulice, wnętrza pałaców i przędzalni. W ponad 100-letniej, nieczynnej elektrowni EC1 przy Dworcu Fabrycznym – w halach maszyn i na wielkim placu pośrodku – powstanie Centrum Sztuki Świata, którego trzonem będzie „Wieża Lyncha” (nowoczesne studio filmowe).

 

Niezwykłym miejsce jest świetnie zachowany kompleks fabryczno-mieszkaniowy Księży Młyn, który należał do innego „króla bawełny”, Karola Scheiblera – jednego z największych przemysłowców niemieckich w tym mieście. Oprócz zabudowań przemysłowych było tam kilkadziesiąt domów dla robotników, sklepy, szkoła przemysłowa, szpital fabryczny, remiza strażacka i stacja kolejowa z magazynami. Kompleks ten był największym wśród przedsiębiorstw włókienniczych na ziemiach polskich. Niedaleko stamtąd znajduje się neorenesansowy pałac Scheiblera, będący obecnie siedzibą jedynego w Europie Muzeum Kinematografii.

 

Wnętrza rezydencji – wypełnione ozdobnymi kominkami, boazeriami, mozaikami i witrażami – wykorzystywane były w wielu polskich filmach, a zwłaszcza w  Ziemi obiecanej. W muzeum prezentowane sąstare kamery filmowe i sprzęt oświetleniowy; projekty kostiumów, scenografii i akcesoria filmowe – np.wisząca do góry nogami wielka figura Chrystusa z  Popiołu i diamentu. W zbiorach znajdują się też urządzenia z epoki poprzedzającej film – latarnie magiczne z przeźroczami, zabawki optyczne idziewiętnastowieczny fotoplastykon, w którym można obejrzeć trójwymiarowe zdjęcia łódzkich zabytków (najlepszy oczywiście Księży Młyn…).

Szczególnie zachęcam do obejrzenia kolekcji polskiego plakatu filmowego – jednego z najważniejszych tego typu zbiorów, prezentowa nego też często na wystawach za granicą. Lokalizacja Muzeum Kinematografii w łodzi związana była z rolą tego miasta, jako centrum przemysłu filmowego w powojennej Polsce; nieopodal muzeum znajduje się słynna Szkoła Filmowa. Z łódzkiej „filmówki” wywodzą sie tak znani reżyserzy, jak Andrzej Wajda, Roman Polański, Krzysztof Kieślowski, Jerzy Skolimowski czy Zbigniew Rybczyński (laureat Oskara z 1983 r.) za animowany film Tango).

Bohaterami „filmówki” byli też zawsze znakomici operatorzy, jak Witold Sobociński (Ziemia obiecana, Piraci) czy Adam Holender (Nocny kowboj). Nic dziwnego, że Łódź nazywana była HollyŁódź, awycieczki szkolne chcą tu do dziś oglądać głównie „Łódź filmową”. W mieście odbywa się co roku międzynarodowy festiwal operatorów filmowych Camerimage. 

Jak właściwie doszło do tego, że wznieśliście Pomnik Zagłady na stacji Radegast?  – pytam ówczesnego prezydenta Łodzi, Jerzego Kropiwnickiego.

 

Pierwszym impulsem było spotkanie z Władysławem Bartoszewskim, honorowym obywatelem Jerozolimy, jednym z założycieli organizacji Żegota. Niedługo po tym, jak wybrano mnie prezydentem Łodzi w 2002 roku, profesor Bartoszewski, z którym znaliśmy się z Solidarności, poruszył sprawę zbliżajacej się 60. rocznicy zagłady Żydów łódzkich. Powiedział, że miasto nigdy nie odniosło się adekwatnie do tej tragedii. Że to była jedna trzecia tego miasta i wielu ocalałych z Holokaustu, ludzi w starszym już wieku, chciałoby w tym dniu być w Łodzi. Według niego Łódź powinna odnieść się wreszcie do tej sprawy godnie.

 

Początkowo myślałem o tym wszystkim wyłącznie w tych kategoriach, że starsi ludzie chcą uczestniczyć w uroczystościach, które będą poświęcone pamięci ich bliskich, zamordowanych przez Niemców; że to będzie dla nich niezwykle ważne. Im dłużej jednak myślałem, tym bardziej dochodziłem do przekonania, że problem jest o wiele poważniejszy, że to jest pewnego rodzaju wyzwanie moralne dla mojego miasta.

 

Normalnie, kiedy słyszy się o jakiejś zbrodni, zwsze są dwie strony: zbrodniarz i ofiara – utwalone na wieki.  Ale jest też jednak trzecia strona, o której rzadko się myśli – mianowicie świadek, lub ten, kto się dowiedział o zbrodni. Ten ktoś staje wobec pewnego moralnego wyzwania. Jeżeli bę dzie milczał na temat, o którym usłyszał, to tak naprawdę staje po stronie zbrodniarza; nie ma innego wyjścia dla uczciwego człowieka czy społeczeństwa niż stanąć po stronie ofiary i krzyczeć razem z nią albo za nią.

 

W momencie, kiedy doszedłem do tego wniosku, stwierdziłem, że to musi być naprawdę taka uroczystość, przez którą przejdą nie tylko elity mojego miasta, że musi przejść całe miasto. Dodatkowo musi to być coś takiego, co będzie akceptowane przez tych, którzy przeżyli. Wiedziałem, że uroczystości muszą się odbyć w rocznicę dnia, kiedy wyjechał ostatni transport z getta. Problem było „gdzie”. Ludzie potrzebują, żeby im powiedzieć: to było w tym miejscu. Miałem aż za dużo możliwości, bo budynki dawnego getta stoją jak dawniej, niewiele zostało zniszczone.

 

Istnieje do dziś Stary Rynek na Bałutach – jądro tamtego getta. Ale szukałem miejsca, do którego można by przywiązać nie tylko emocje i uczucia, ale też rozum. Ktoś mi powiedział, że istnieje zapomniany budynek dawnego dworca, Radegast Bahnhof, który nigdy nie nazywał się inaczej. Został zbudowany na potrzeby getta, a jak getto zniknęło – prze stał być komukolwiek potrzebny. Tam przywożono Żydów z różnych stron Europy i surowce do wielkiej fabryki pracy niewolniczej, w jaką została przeobrażona społeczność getta. Stamtąd wywożono do Niemiec towary wykonane w getcie i stamtąd deportowano Żydów do obozów.

 

Ten łódzki Umschlagplatz wybudowany został przez Niemców na początku 1940 roku, gdy postanowili utworzyć dzielnicę zamkniętą. Znajdował się kilkadziesiąt metrów od granic getta. Okazało sie, że prowizoryczny budynek stacyjny nadal stoi – taki barak na podmurówce. Jakiś drobny przedsiębiorca miał tam swój składzik. Teren razem z tym budynkiem w dalszym ciągu należał do kolei, która go zupełnie nie potrzebowała. Okazało się też, że przy tej nitce torów,dochodzącej do rampy, którymi wywożono na zagładę Żydów,zachował się  fabryczny napis Krupp 1939.

 

Wtedy doszedłem do wniosku, że Bóg jest po mojej stronie, i że to jest właśnie to miejsce. Zwróciłem się do Czesława Bieleckiego, człowieka, którego znałem z Sejmu i z podziemia. On mi wyjątkowo pasował do tego, bo to jest człowiek, który mówi, że jest polskim Żydem, i że obydwie części tego określenia są dla niego ogromnie ważne. Jego wizja tego co tam należy zrobić i jak to zrobić całkowicie mi odpowiadała i muszę powiedzieć, że zrobił coś powyżej  oczekiwań.

 

Zacząłem jeździć z miakietą, fotografiami i planami – w Izraelu spotykałem się z ludźmi ze Stowarzyszenia Łodzian i jeździłem za Ocean, żeby rozmawiać z diasporą żydowską. Spotykałem się też z merami miast niemieckich, chcąc uzyskać od ich akceptację dla tego projektu, a także emocjonalne i finansowe zaangażowanie. Na początku mówiono mi – Kropiwnicki, jak się do tego weźmiesz, powieszą cię Polacy lub Żydzi, a najpewniej  jedni i drudzy. Ale nie jestem  taki łatwy do wieszania.

 

Jak to wszystko było odbierane w Łodzi?

 

Od samego początku rozumiałem to w ten sposób, że po prostu muszę mieć moje miasto za sobą, ono musi razem ze mną przejść przez to. Odbyłem w ciągu roku ponad setkę spotkań z wszystkimi możliwymi grupami społecznymi. Nie twierdzę, że wszędzie dostałem aplauz na stojąco, ale przynajmniej uzyskałem zrozumienie – nawet w najbardziej niechętnych środowiskach. Co najmniej kilka osób podchodziło zawsze potem do mnie i mówiło, że gdybym potrzebował jakiejś pomocy, to oni się w to zaangażują, bo trochę inaczej w tej chwili zaczęli na to patrzeć.

 

Powtarzałem przy każdej okazji, że domagam się jednego: jasnego odniesienia się do zbrodni – macie powiedzieć, czy jesteście po stronie ofiary, czy mordercy; nie zamierzam podejmowac dyskusji, czy ktoś lubi Żydów, czy nie, bo to jest sprawa między nim a Bogiem lub społecznością, w której żyje. Stał się otóż wielki cud, jeżeli chodzi o moje miasto – Żydzi, którzy przyjechali do Łodzi, a przyjeżdżali też w poprzednich latach, mówili, że nie poznają tego miasta. Nagle zobaczyli społeczeństwo współczujące, dużo bardziej ciepłe i rozumiejące niż dawniej.

 

Jedna z Izraelek opowiedziała mi, że dwa lata wcześniej próbowała odwiedzić ludzi, mieszkających w mieszkaniu, w którym się wychowała i jej nie wpuścili. Tym razem, jak się tam pojawiła, potraktowali ją jak miłego gościa, zaprosili serdecznie na herbatę i pokazali wszystko, co chcia ła zobaczyć, opowiadając także w jakich okolicznościach się tam wprowa dzili. Ważnym sygnałem, że coś się w tym mieście zmienia jest też to, że zmalała ilość antysemickich napisów i malunków, którymi wyzywają się kibice piłkarscy. Walczymy z tym, ale droga jeszcze daleka.

 

Czy zainteresowanie problemami polsko-żydowskimi miało u Pana  jakiś związek z marcem-68? Akurat wtedy skończył Pan studia…

 

Mało kto dziś uświadamia sobie, że w całej tysiącletniej historii Polski tylko przez jeden rok antysemityzm był nie tylko przejawem zachowań społecznych, lecz oficjalną polityką państwa. Przez te tysiąc lat różnie bywało, ale nigdy antysemityzm nie był polityką państwa, za wyjątkiem okresu po marcu-68. Nie byłem wtedy jakoś specjalnie aktywny, choć i tak szukano, czy mam jakieś żydowskie korzenie, ale nie znaleziono. Ograniczyli się więc do tego, że nie mogłem znaleźć pracy w Warszawie.

 

Najpierw dawali mi do wypełnienia oficjalny formularz i potem drugi – odbity na spirytusowym powielaczu – gdzie były pytania, czy ktoś z mojej rodziny nie był na przykład volksdojczem. Była też rubryka „wyznanie”, więc pisałem, że jestem katolikiem; to świetnie, mówił kadrowy, to świetnie, prosze przyjść w środę i bedziemy załatwiali formalności. Przychodziłem i ten sam człowiek ze śmiertelnie smutną miną, mówił: bardzo pana przepraszamy, ale mamy już wszystkie etaty wyczerpane – prosze się dowiadywać, może za kilka miesięcy. W pewnym momencie zorientowałem się, że Warszawa jest dla mnie zamknięta.

 

Postanowiłem szukać szczęścia w Łodzi, ponieważ ożeniłem się z ło dzianką. Mój warszawski profesor załatwił mi asystenturę na Uniwersytecie Łódzkim. Dopiero po pół roku towarzystwo warszawskie się zorientowało, że tam jestem, ale w Łodzi była zupełnie inna sytuacja niż w Warszawie, gdzie odczuwało się instynkt krwiożerczy. Oskarżano kogoś o coś, nikt nie słuchał, co masz do powiedzenia i zaczynało się ogryza nie do kości i wypluwanie. W Łodzi było zupełnie inaczej: ktoś niby miał być wyrzucony, ale nie oznaczało to automatycznego wyrzucenia na bruk.

 

Dla mnie to było rewelacyjne, poczułem, że jestem w takim bardziej jakby normalnym świecie, w którym czlowiek nie czuje takich dziwnych dreszczy. Ale nie znałem tego miasta, Można mnie było wtedy pytać o nazwy ulic i poza tą, na której mieszkałem i Piotrkowską – niewiele potrafiłbym wymienić. Poza tym, to miasto istniało gdzieś tam samo w sobie. Przyszedł rok 1980 i zaangażowałem się wSolidarność, i dopiero wtedy zacząłem poznawać miasto, także od strony społecznej.

 

Początkowo uwierzyłem w propagandę, że to jest miasto proletariackie, dla którego inteligent jest nikim, a liczy się tylko ilość przędzonej nici. To wszystko pękło w sierpniu 1980 roku. Raptem okazało się, że robotnicy lgną do mnie, a ludzie z uniwersytetu lgną do nich, i że to jest w ogóle całkiem inna sytuacja. Potem trafiłem do więzienia, skąd wyszedłem w 1984 roku i aż do końca lat 80. nie było mowy o powrocie do pracy. Jeszcze miałem uprzejme nagabywania, czy przypadkiem nie rozwijał bym swojego talentu gdzieś za Oceanem. Jakoś przetrwałem.

 

Jakim miastem jest teraz Łódź?

 

Miasto jest bardzo dynamiczne, ale pod względem liczby mieszkańców, kurczy się, podobnie jak inne miasta. Niestety w Łodzi najszybciej. Mamy około 800 tys. mieszkańców. Łodź się ukształtowała, pod względem ludnościowym. Wg mnie jest bardziej zintegrowana niż np. Kraków czy Warszawa – żyjące warstwami. Jest Kraków ineligencki, bardzo zintegrowany, świat trochę dla siebie i cała reszta. W Warszawie też jest układ warstwowy, natomiast w Łodzi wytworzyła się zwarta społeczność.

 

Jest takie jądro – inteligencja bierze w tym udział. To najlepiej widać na masowych imprezach, gdy stawiamy na Piotrkowskiej telebimy i wszyscy razem doskonale się bawią. Organizujemy w Łodzi co rokuFestiwal Dialogu Czterech Kultur, odbywający się na początku września. Mamy kilka teatrów, operę, filharmonię, operetkę – wszystkie one biorą w tym udział. Można obejrzeć teatry offowe z Izraela, posłuchać klezmerów i wielkich kantorów. Uważam, że to jest jeden z najznakomitszych pomysłów, jaki można było mieć na temat imprez kulturalnych w moim mieście.

 

Ze strony izraelskiej Łodź została wskazana jako wiarygodny partner w wymianie młodzieżowej i to się rozwija. Tel-Awiw jest naszym miastem siostrzanym, a mer Tel-Awiwu, Ron Huldai, jest moim przyjacielem. Uważam, że umowa o miastach partnerskich musi być wypełniana treścią. Zacząłem od tego, że w 2003 roku zorganizowałem misję, w ramach której przyjechałem do Izraela z biznesmenami, dyrektorami teatrów, naukowcami, także z ludźmi ze służb miejskich – rozmawialiśmy, co i jak możemy robić razem. Co roku jest jakaś misja gospodarczo-społeczna i zaczynamy od tego, że spotykamy się z byłymi łodzianami. 

 

 



Reklama

Reklama