TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Luty 17, 2018 | 2:40

BRAT JEST BRATEM.

TELAWIW OnLine: W najbliższych latach może ruszyć ostatni exodus żydowski z Europy do Izraela. Przypominam reportaż – z akcji ewakuacyjnej przeprowadzonej przez Izraelczyków w 1994 z objętego wojną Sarajewa zaraz po pierwszej masakrze na targowisku Markale (druga masakra na Markale w następnym roku skłoniła NATO do podjęcia nalotów na Serbów w ramach operacji „Deliberate Force”). Tekst wydrukowany został potem w mojej książce WZGÓRZA KRZYKU (Warszawa 1998).

@

TEAWIW OnLine: Siedziba Kongregacji Żydowskiej w Sarajewie mieści się zaledwie kilkaset metrów od centralnego targowiska Markale, gdzie wybuch pojedynczego pocisku moździerzowego kalibru 120 mm (68 zabitych i ponad 100 rannych) przerwał parogodzinne zawieszenie broni między Serbami i Bośniakami ogłoszone na czas ewakuacji. W ciasnych salkach Kongregacji od wczesnego rana czekało 285 uchodźców, którzy mieli opuścić Sarajewo 6 autobusami. Wszystkie fazy ewakuacyjne uzgodnione zostały zawczasu między izraelską „ekipą towarzyszącą”, stronami walczącymi i oenzetowskimi siłami UNPROFOR.

Razem z autokarami przyjechała cysterna z paliwem i trzy ciężarówy z przyczepami wyładowane pomocą humanitarną dla mieszkańców Sarajewa. 24 godziny przed wyjazdem bagaże uciekinierów zmagazynowano w synagodze pod strażą bośniackiej policji, która potem eskortowała autokary do lotniska. Pierwsze 3 autokary z uchodźcami znalazły się za miastem ok. 10 minut przed masakrą na targowisku. Pozostałe 3 autobusy dołączyły do trzech pierwszych z parogodzinnym opóźnieniem. Cały konwój miał już za sobą przejazd pełnym gazem pod ochroną UNPROFOR odsłoniętym pasem startowym. W każdej chwili mógł stać się tam celem ostrzału ze strategicznej góry Igman.

Zaraz za lotniskiem transportery opancerzone UNPROFOR zluzowane zostały przez patrole serbskiej policji – przed konwojem aż do samej granicy chorwackiej jechała serbska karetka wojskowa. Wśród ocaleńców ponad 2/3 stanowili nie-Żydzi; wśród nich jadąca pierwszym autobusem wraz z rodziną, 80-letnia Zajda Hardiga; inwalidka w fotelu na kołach, która w 1985 otrzymała tytuł Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Był to pierwszy taki wypadek, że Izraelczycy przyznali ten medal osobie wyznania islamskiego.

W pierwszym autokarze głównie osoby niepełnosprawne, starsze lub chore – sandwicze i woda mineralna – rwąca się ciągle łączność radiowa i nieustanny kontakt wzrokowy z resztą konwoju. Oblodzone, wąskie szosy prowadzące do Chorwacji – rozjeżdżone gąsienicami i najeżone zaporami drogowymi. Ktoś doliczył się do granicy 35 serbskich checkpointów (ktoś inny – 38).

Konwój zatrzymywany był tylko czterokrotnie; za każdym razem cholerne nerwy i haracz w DM. Za ostatnim zakrętem – na widok skutej lodem granicznej rzeczki – kierowcy jak na komendę włączyli muzykę w autobusach…Na przejściu żołnierz w dresie odciągnął z ziemi wiązkę min i granatów. „Nie będziesz już więcej sama” – ktoś z izraelskiej „ekipy towarzyszącej” do Zajdy Hardigi od razu po przejechaniu na chorwacką stronę.

Prostych słów było w czasie tego exodusu dużo więcej; właściwie za każdym razem, gdy ocaleńcy przerywali milczenie – podczas pierwszych spotkań z rodzinami i dziennikarzami. Pierwszy przystanek w miejscowości Makarska, gdzie w hotelowej knajpie uchodźcy pierwszy raz od dwóch lat jedli mięso. 12-letni Denis i Radoslaw mówią sobie na pustych kortach, że najbardziej chcieliby się teraz wykąpać się w ciepłym Adriatyku…

Dalsza droga via Zagrzeb do Budapesztu, gdzie przed hotelem „Technika” jakaś grupa roześmianych i szczęśliwych Izraelczyków witała konwój strzelającymi szampanami. Ludzie padali sobie w objęcia. W ciemnościach nad ranem kwiaty i łzy rozświetlane w jupiterach tv – gorąca zupa gulaszowa z parującego kotła. Wania i Benjamin Czelebiczicz – z grupą 40 innych dzieci ewakuowani 2 lata przedtem z Sarajewa do Izraela – przyjechali teraz na spotkanie ze swoimi rodzicami.

16-letniemu długowłosemu Benjaminowi udaje się powstrzymać szloch; jego 14-letnia siostra obejmuje z głośnym płaczem rodziców przybyłych w konwoju. Urywane słowa: „Ale wyrośliście, nigdy więcej się nie rozstaniemy”. Benjamin powie później: „Po wyjeździe z Sarajewa tęskniłem straszliwie – do kolegów, rodziców, miasta – potem jakoś się przyzwyczaiłem. Wania: „Nauczyliśmy się dawać sobie radę, ale nie mogłam spać po nocach ze strachu o rodziców”.

Bracia Igor i Mario Jaszicz też wpadają w ramiona rodziców, Branislawy i Dargana. Chłopcy przyjechali teraz bezpośrednio z Belgradu – na wystawionych naprędce paszportach izraelskich – dokąd niedługo przedtem zostali ewakuowani. Rodzina Jaszicz mieszkała tuż koło mostu kontrolowanego przez UNPROFOR, gdzie w 1914 zamach na austriackiego arcyksięcia Ferdynanda odpalił I wojnę światową. Teraz cała rodzina jedzie do Izraela.

Nie jest jasne, kiedy do IL pojedzie Raszid, muzułmański szofer Kongregacji, którego też udało się wydostać z Sarajewa. Najpierw musi się połączyć z rodziną, której nie widział od dwóch lat. Raszidowi łzy kapią na telefon, z którego rozmawia z żoną w Belgradzie. Ona jest Serbką i z dwoma synami też chce jechać do Izraela. W bombardowanym Sarajewie Raszid z narażeniem życia pomagał najstarszym członkom Kongregacji Żydowskiej.

Na drugi dzień w lobby hotelowym nagabywana przez dziennikarzy Zajda Hardiga: „W czasie okupacji niemieckiej każdy mógł ratować tych, których znał najbliżej; ja uratowałam rodzinę Kabilio. Kiedy Josef Kabilio zapukał do moich drzwi, prosząc, żebym go przechowała razem z rodziną, wiedziałam, że jak tego nie zrobię, nie zmrużę oka do końca moich dni”.

48 godzin później samolot węgierskich linii Malev podchodzi do lądowania w porcie lotniczym Ben-Guriona pod Tel Awiwem. Na pokładzie 38 uchodźców z Sarajewa, głównie rodzice dzieci ewakuowanych już stamtąd przed 22 miesiącami. Zajda Hardiga – z chorągiewką izraelską i dwiema laskami – wpada w ramiona uratowanej niegdyś przez siebie Towy Grymberg z domu Kabilio.

Siedzą potem wszyscy w milczeniu, obejmując się ramionami – czekają na załatwienie formalności. Niektóre z ewakuowanych wcześniej dzieci wciąż nie doczekały się rodziców, których losów nie znają. 14-letnia Iwona Rechtman: „Wszystko boli”. Któryś z Izraelczyków z ekipy towarzyszącej: ”To 11. z kolei akcja ewakuacyjna, będą dalsze”. Dzieci, których rodzice nie przybyli – wracają same do miasteczka młodzieżowego pod Tel Awiwem, gdzie znowu wyczekiwać będą na telefon w sekretariacie.

Z Zajdą Hardigą przyjechała córka Aida („najgorzej, że giną dzieci”), zięć Branomir i 10-letnia wnuczka Stela, która potem w ośrodku absorpcji rozpłakała się na widok czekoladek i lalek Barbie. Kilka dni później w Jerozolimie uroczystość w Instytucie Jad Waszem koło drzewka oliwnego zasadzonego ku czci Zajdy Hardigi 9 lat wcześniej. Towa Kabilio-Grymberg: „Zajda znów uratowała teraz wielu ludzi spoza swojej rodziny, których udało jej się włączyć do konwoju”.

Ubrana w watowany wojskowy skafander izraelski (dubon), z kwiecistą chustą na szyi, sędziwa Zajda Hardiga stoi pod drzewkiem oliwnym smaganym przez ostry jerozolimski wiatr i mówi powoli jakby do siebie: „Brat jest bratem, niezależnie jakiej jest wiary, przynajmniej tak było dawniej”. 

TEL AWIW 1994.

© 2018 Eli Barbur. Wszelkie prawa zastrzeżone.



Reklama

Reklama