TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Październik 28, 2014 | 5:34

DWA OPOWIADANIA ONIRYCZNE – Renata Jabłońska

NA DACHU

Idę ulicą prostopadłą do mojej. Niosę zakupy. Jest gorąco i parno. Unoszę głowę ku słońcu, jakbym je chciała prosić żeby tak nie piekło.

Na rogu ulicy pyszni się niedawno wybudowany, 16-topiętrowy wieżowiec. Na jego płaskim dachu widzę jakąś postać. „Nie, to przecież niemożliwe!” Lecz to jednak jest Marek… Rudawe włosy lśnią w słońcu, bardzo szczupły… No i koszula w jego ulubionym szaro zielonym kolorze.

Chcę go zawołać, ale mnie nie usłyszy z tak wysoka. Więc zaczynam wymachiwać ręką. On mi natychmiast odpowiada takim samym ruchem. I na pewno się uśmiecha tym swoim ciepłym, choć nieco ironicznym uśmiechem.

Czuję, że go nie mogę prosić żeby spłynął na dół, więc pokazuję, unosząc dłoń z wyciągniętym w górę palcem, że wjadę na dach.

Macha ręką na nie i po chwili jakaś siła winduje mnie w górę i opuszcza obok Marka. Z obiema dość ciężkimi torbami z zakupami… On je bierze i stawia na podłodze. Obejmujemy się jak kiedyś. Jego uścisk jest jak muśnięcie wiatru, moje ramiona otaczają mgłę. Byliśmy wiele lat najlepszymi przyjaciółmi. Gdy zginął, długo nie mogłam się pozbierać.

– Tak się cholernie cieszę, że jesteś!

– No, jestem i nie jestem – wybucha śmiechem.

– Widzę cię, więc jesteś…

– Wirtualny! – śmieje się, ale oczy ma smutne.

– Marek… Jak to jest…potem?

– Nic nie jest. Zostaje siła woli, jeśli się ją w ogóle miało.

– I ona pozwala przybrać swoją postać?

– Czasami… To nie takie proste. Od czasu do czasu można się też wysilić i coś zdziałać, jak to, że cię wciągnąłem na dach… Ale powiedz, co u ciebie?

– Bez większych zmian…

– A jednak?

– Przeszłam ciężką operację, ale już jest dobrze… Nie mówmy o tym. Powiedz, czy robiłeś mi ostatnio jakieś kawały?

– Ja?

– Zwsze tak niewinnie pytałeś po tych twoich figlach…

Ależ nie, nic nie zrobiłem. A co ci się wydarzyło?

– Przedwczoraj spadł z półki ten drewniany anioł, przywiozłeś mi go ze Szwajcarii, pamiętasz? Jedno skrzydło się złamało.

– Anioł z jednym skrzydłem… To brzmi jakoś symbolicznie.

– Nie strasz…

– Lepsze jedno niż wcale – śmieje się.

– A wczoraj rozleciała się, wisząc na ścianie, taka dziewczynka z rudymi warkoczczykami, którą dla mnie ulepiła córka Lolków, ta plastyczka… Najpierw odpadła głowa, potem wykruszyła się reszta…

– Biedna głowa… – wzdycha zabawnie -Pewnie glina była źle wypalona.

– Pewnie…

– To naprawdę nie ja! –ma rozbawiony wyraz twarzy – To jakiś zbieg okoliczności.

– Ach, o czym gadam, zamiast porozmawiać z tobą poważnie. Tak się cieszę, że mogę cię widzieć i słyszeć!

– A jak się miewa twój eks?

– Dobrze, telefonuje dość często. Pomógł mi wiele, gdy byłam po operacji.

– Zawsze mówiłem, że to przyzwoity chłop. W przeciwieństwie do wdowy po mnie, która ciągle liczy ile dostała odszkodownia… Tylko dzieci, choć już dorosłe, tęsknią za mną.

Jednak wiesz co się tutaj dzieje…

– Niezupełnie. Wychwytuję tylko niektóre myśli i stany uczuciowe.

Więc wiesz, że za tobą tęsknię?

– Wiem.

– Powiedz, a co tam na górze widać? Kosmos – gwiazdy, planety?

Smieje się cicho.

– Nie tylko na górze…

– No, powiedz!

– Czasem nic nie widać, jest tylko ciemność. Na górze i na dole. Niekiedy jest bardzo jasno i to aż oślepia, więc też nic nie widać… – patrzy na mnie z tym swoim ciepło kpiącym uśmiechem.

– Nie możesz powiedzieć, co jednak widać?

– Smugi, barwne smugi…

– I tyle?

– I tyle.

– Nie wolno wam wiecej powiedzieć?

– Zeby nie było wolno, ktoś by musiał zabronić…. Po prostu są smugi, i kolory, i wiry, i blask, i czerń…

– A można spotkać kogoś z przeszłości?

– Innych umarlaków? Raczej nie. Nieraz mam wrażenie, jakby coś znanego, bliskiego, przpływało obok, ale widzę tylko smugi…

– Nie możesz wtedy przybrać swojej postaci, jak teraz? Jeśli by cię ktoś zobaczył, może też by potrafił przybrać swoją postać?

– To się nie zdarza. Nie przeraź się, jeśli nagle, wbrew własnej woli, zamienię sie w barwną smugą i odpłynę.

– Nie, proszę!

– To silniejsze ode mnie. Posłuchaj: wiem jaka bywasz lekkomyślna, jak się nie lubisz leczyć, jak bagatelizujesz różne sprawy… Musisz być rozsądniejsza. Dbaj o siebie! Tutaj nie jest strasznie, ale jest… nijak. Lepiej żyj intensywnie, ale bez szaleństw. Nie spiesz się, zdążysz! – wyciąga do mnie rękę, która blednie, robi się przezroczysta… I już go nie ma.

– Marek! – wrzeszczę, choć wiem, że odpowiedzi nie będzie.

@

 L E W

Zdenerwowana nieudanym spotkaniem z moją byłą teściową, przesadna duma nie pozwala jej przyjąć propozycji pomocy, postanawiam iść nad morze. Taki spacer mnie zwykle uspokaja.

Gdy zbliżam się do promenady, zrywa się silny wiatr. Robi mi się zimno, choć słońce świeci na bezchmurnym niebie. Zastanawiam się czy nie zawrócić, lecz wiatr cichnie, i zaraz robi mi się cieplej. Jestem dość lekko, jak na listopad, ubrana, ale dzień taki słoneczny.

Spaceruję, patrząc nie niewielkie fale, na rytmicznie oddychającą powierzchnię morza, aż po horyzont.

Jakiś mały chłopiec biegnie w moją stronę i zatrzymuje się przede mną.

– Która godzina? – spogląda na mnie z zawadiacką miną.

– Jedenasta,

– Oj, mama na mnie nakrzyczy! – pędem zawraca w przeciwnym kierunku i znika, jakby się rozpłynął w drgającym iskierkami słońca powietrzu.

Myślę, że i na mnie już czas, w domu czeka praca. Chcę przejść przez jezdnię, lecz nie kończący się sznur samochodów przytrzymuje mnie na chodniku. Dziwnie długo to trwa. Przymykam oczy i mówię sobie „Nie denerwuj się, zaraz zmienią się światła na skrzyżowaniu i będziesz mogła przejść.” Trę oczy, zmęczone blaskiem, i czuję, że coś mną zaczyna okręcać, jak w tańcu, coraz szybciej i szybciej. Padam miękko. Unoszę powieki. Leżę na piasku, fale prawie dotykają moich stóp. Wstaję. Patrzę na morze.

Niedaleko brzegu coś się zaczyna z wody wynurzać. Coś błyszczącego. To głowa lwa! Gdy nią potrząsa, jego grzywa rosiewa złote smugi. Powoli wynurza się całe ciało, zupełnie złote. Nie tylko dlatego, że tak ostro świeci słońce. Ten lew jest złoty! Wspaniuały, wielki. Stoję jak wbita w piasek i nie spuszczam z niego wzroku- A on powoli, dostojnie zbliża się do brzegu. I nagle nasze oczy się spotykają. Moje piwne i jego złote. Fala gorąca spływa mi po plecach, serce wali jak szalone.

On wychodzi z wody o kilka metrów ode mnie, otrząsa się, sypiąc złotem, i stąpa w moim kierunku.

Stoję jak sparaliżowana. Nie czuję strachu, ale jednak drżę.

Lew zatrzymuje się na odległość kroku.

– Nie obawiaj się, nie skrzywdzę cię.

– Wiem… – z trudem udaje mi się wydobyć głos.

– Chcę ci powiedzieć prawdę. Zajrzałem w Twoje oczy, wiem

jaka jesteś. Serce masz dobre, nie jesteś egoistką. Ale jesteś niecierpliwa, wybuchowa, czasem nierozważna. Dużo marzysz, co zresztą nie jest złe. I lubisz puszczać wodze fantazji.

Wydaje mi się, że słyszę w jego głosie nutkę lekkiego rozbawienia,

– Ja jednak nie należę do świata twojej fantazji. Jestem z zupełnie innej wsi – takiego określenia używacie, prawda?

-Tak… Ale kim pan jest?

– Pan? – teraz lew sie po ludzku śmieje – No tak, nie przedstawiłem się. Nazywam się Lion. A ty masz na imię Adina, co znaczy delikatna, prawda? Nie gniewasz się chyba, że nie mówię „pani”?

– Nie, skąd!

– Jesteś rzeczywiście delikatna i wrażliwa. Ale, jak już powiedziałem, wybuchowa, a to bywa sprzeczne z delikatnością.

– Ja… – dukam i nie wiem co powiedzieć.

– Nie denerwuj się, rozumiem, że to niezamierzone, może fizjologiczne. Ale pracuj nad sobą, nie poddawaj się tak łatwo złości, Adino. I może poradź się lekarza, choć oni nie zawsze wiedzą co robią… Znów słyszę jego śmiech.

– Dobrze… – mówię tonem grzecznej uczennicy.

– Posłuchaj, jesten lwem, nie złotą rybką, potrafię spełnić tylko jedno twoje życzenie. Osobiste. Za problemy świata nie jestem odpowiedzialny, nie potrafię go ratować. Więc zastanśw się i wybierz co jest dla ciebie najważniejsze.

Wpadam w panikę. Co bym chciała wybrać? Zeby mi zrobili wernisaż? Zeby mnie zaprosili za granicę? Zeby… Tak, żeby Ola wyzdrowiała, żeby mogła mówić i chodzić. Choć to podobno niemożliwe. Jeśli Marek nie zdołał jej pomóc, a przecież radził się najlepszych lekarzy, to…

Bezradnie spoglądam na złotego, błyszczącego w pełnym słońcu lwa, i od jego blasku, może zrestą nie tylko, łzy mi napływają do oczu.

On sogląda na mnie uważnie, kiwa głową i…znika! Widzę przez łzy tylko złotą smugę, jaśniejącą w oddali na wodzie.

Nie wiem co robić, „Zaprzepaściłam szansę, bo nie potrafiłam szybko wyrazić jednego życzenia?”

Idę w stronę domu. Wstępuję do spożywczego. Potem do zieleniarza. Otwieram skrzynkę pocztową, wyjmuję długą firmową kopertę galerii sztuki. Serce mi skacze. List powiadamia, że galeria zainteresowana jest wystawieniem moich obrazów!

Siadam na schodach, próbuję się uspokoić. Wreszcie wstaję, wchodę do windy. W mieszkaniu padam na najbliższe krzesło i jeszcze raz czytam list. „Więc spełnił tę właśnie prośbę…” Zrywam się, podchodzę do telefonu. Dzwonię na komórkę Marka.

– Właśnie jestem u Oli – mówi.

– Czy jest jakaś poprawa?

– O co pytasz, przecież wiesz, że nie ma szans…

– Ale czasem zdarzają się cuda…

– Oby! W dziwnym jesteś nastroju, czuję po głosie.

– Tak… Przyjdę do Oli jak zwykle, w sobotę.

Więc Lion wybrał za mnie. Przecież powiedział, że może spełnić tylko jedno życzenie. A ja nie byłam dość jednoznaczna, choć myślałam o Oli…

„Znów te moje samooskarżenia wezmą górę? Chciałam żeby pomógł Oli, tylko to tak szybko poszło, że nie zdążyłam tego zdecydowanie powiedzieć…”

W galerii idzie mi bardzo dobrze. „Dziękuję, Lionie!” mówię po wyjściu, patrząc w stronę morza.

W sobotę, jak zwykle, siadam przy łóżku Oli i opowiadam jej o wsyzstkim. Mam opory, ale jednak mówię i o galerii. Jak zwykle, nie ma reakcji. Patrzę na jej bladą twarz, na zamknięte oczy, ” Czy ona na pewno nie cierpi? A może odczuwa niewygodę tego leżenia na wznak? Może ją coś boli? Jakie to straszne.”   



Reklama

Reklama