TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Sierpień 22, 2018 | 3:27

FRAGMENT z PRASKĄ WIOSNĄ…

TELAWIW OnLine: Wg mnie marzec-68 okazał się jednym z początków końca komuny w prl i zarazem ostatnim pogromem na Żydach w Europie. Opisałem to w powieści “Grupy na wolnym powietrzu” – wydanej parokrotnie w Polsce – która będzie też tu dostępna wkrótce w całości w e-bibliotece na TELAWIW OnLine. Język książki będącej też rodzajem kompleksowego zapisu klimatów końcówy lat 60. w PL – oraz częściowo na Zachodzie – stylizowany jest celowo na potoczny. Tu fragment z inwazją na CSRS, widzianej oczami chłopaka wywalonego ze studiów i wcielonego do woja…po marcu-68

@

Ćwiczenia Układu Warszawskiego pod kryptonimem „Dunaj” z osaczaniem czeskich garnizonów, ale Zachód był chyba wtedy głównie zajęty wojną wietnamską i antywojennymi zadymami, choć zorganizował manewry NATO – pod kryptonimem „Czarny Lew”. Pamietam pijaństwa na wartach – z głośników leciały marsze i teksty: za wolność naszą i waszą. Nasz pododdział spił się bimbrem w sześciobocznej stodole zabytkowej, którą przenosili do skansenu, bo tamte okolice miała zalać woda z wielkiej zapory.

Wyludniony „bimberland” na poboczu transeuropejskiej autostrady Północ-Południe, która w roku 2000 połączy Skandynawię z Orientem; bałtyckie plaże ubite jak pasy startowe – wodowali jakiś drobnicowiec dla arabskiego armatora – matka chrzestna waliła w burtę kokosem zamiast szampanem i w porcie 10-tonowe dźwigi przeładowywały worki pierza, które wiatr rozwiewał w zachodzącym słońcu jak dmuchawce.

Więc potem opancerzonymi amfibiami BTR szliśmy znowu na południe i zboczyliśmy hakiem z 20 km, bo obywatel porucznik Wróbel znał wiochę, gdzie kiedyś ksiądz proboszcz bimber pędził; zenit cywilizacji europejskiej z kuflem samogonu w rynku miasteczka przed potopem i na rozstajnych drogach pod świętą figurą – z częściowym zaćmieniem słońca – spiliśmy się bimbrem „księżycówka”.

Jacyś Czesi zakłócali ciszę w eterze i czołgi szły na przyczółek mostowy, i forsowaliśmy jakieś przeszkody wodne, i zaczęliśmy używać rezerwowych kanałów łączności – nagle zagęszczony eter – radiofalówy rzucały kurwami w różnych językach demoludów i porucznik Wróbel po pijaku zaczął kierować ruchem. Siedział na burcie amfibii, machając chorągiewkami jak w wyścigu samochodowym Formuły 1, wrzeszcząc niby to po czesku „żelaziwo hop na pleczki” – otrzeźwiał z lekka, gdy zaczęli nas ostrzeliwać rakietami z czerwoną farbą, które biły miękkimi głowicami po naszych pojazdach opancerzonych.

Wiejemy! – rozkazał i byliśmy czerwoni jak raki, i potem w brudnym poblasku zobaczyłem ciągniki gąsienicowe z wagonami cyrkowymi pod mleczarnią, i facet z drągiem sprzedawał balony na drutach, i Cyganka dokarmiała brudnego niemowlaka z bladej piersi; linia życia wywróżona za dychę na końskim jarmarku. Pamiętam: w jasny i wietrzny dzień podjechaliśmy do podnóża gór i mgła leżała w przesiekach na stromych zboczach, i goliłeś się na sucho w lusterku z Bardotką na karbowanej oponie amfibii BTR.

Ulgowa granica w Bystrzycy Kłodzkiej o 5 rano, że jacyś Czesi pukali się w czoło i planowałeś zaliczyć socjalistyczne riwiery, i mieliśmy jechać do miasta Hradec Kralove – ze sto kilometrów na wschód od Pragi. Pamiętam jak pierwszy raz zobaczyłem wielkie karykatury Breżniewa – jak maski karnawałowe w Rio – wszędzie po drodze tłumy opluwały transportery i skandowały nazwisko Dubczeka, i ruskie MiGi ze zmiennym rozstawieniem skrzydeł latały na niskim pułapie. Czesi wieszali wszędzie plakaty z napisami: 1938=1968 i zmieniali tabliczki z nazwami ulic na „Aleja Dubczeka”, i niszczyli lub przemalowywali drogowskazy na „Moskwa – 200 km”. Wtenczas właśnie z jakimś poślizgiem – i to właśnie było najgorsze – zrozumiałeś, że to nie będzie jak z tym słynnym numerem Orsona Wellesa o lądowaniu Marsjan w Nowym Jorku.

To były rozmówki w tranzystorach, że Dubczek dał dupy z tym wszystkim, bo KGB postraszyła Breżniewa, że CSRS wstąpi do NATO i pamiętam jak Dubczek szlochał w mikrofon po powrocie z Moskwy, gdzie podpisał cyrograf i ludzie płakali jak dzieci; mówię o tym, bo sam widziałeś w biały dzień w Pradze Czeskiej, gdzie wylądowaliśmy zamiast w Hradcu Kralovem i zakwaterowali nas na Stadionie Sparty. Całe miasto było zaplakatowane i pierwszy raz zobaczyłem ruskich spadochroniarzy, którzy pod bluzami mieli marynarskie koszulki i w pierwszej chwili myśleli, że są w Izraelu; tylko że naprawdę – w najgorszym horoskopie – nie wykrakałbyś sobie w życiu, że wylądujesz w słońcu Praskiej Wiosny, gdzie ruskie czołgi jeździły w kółko po Rynku Staromiejskim i Czesi na początku obrzucali je kwiatami.

Słońce praskich skwerów z masami gołębi – wtenczas jak kwaterowaliśmy na wieży Stadionu Sparta ze strzępami plakatów Wyścigu Pokoju; Warszawa-Berlin-Praga…100-wieżowa z 250 ulicznymi zegarami, które liczyliśmy przejazdem i czeskie radio nadawało z ukrycia, co się dzieje, i tramwaje nie chodziły, bo porobili z nich jakieś barykady; plamy krwi na bruku obłożone kwiatami i było cholernie dużo rykoszetów, bo Ruscy walili głównie w bruk, i stawała się jasność na mieście; widziałem ludzi z czeskimi chorągiewkami i zapalonyn świeczkami pod czarnymi parasolami i palili śmietniki na podwórkach – jak my przedtem w marcu, i nad Pragą latały na okrągło MiGi zwane „deltami” – ze zmiennym rozstawieniem skrzydeł, i potem zachodziło słońce, i coś się zaczynało z tobą dziać niedobrego.

Więc robiło się cicho dookoła, że chciałeś już tylko wrócić do domu i wcale nie było zabawnie na wieży stadionu (biuro prasowe z mikrofonami w pulpitach)…Nad ranem pod sklepami ustawiały się w milczeniu kilometrowe kolejki w piżamach, i potem Czesi zwiedzieli się, że Ruscy nie mają aprowizacji, i na początku próbowali z nimi rozmawiać; ale potem przestali, bo radio powiedziało, że Ruscy kręcą z tego agitki na zagranicę. Fantastyczną dyscyplinę wykazywali Czesi wtedy i to jest świetny naród jak ma szanse; pamiętam jak kupowali wielkie kiełbasy i dojrzałe brzoskwinie, których transporty utknęły gdzieś pod Pragą i obżerali się na oczach krasnoarmiejców, aż sok im ściekał po brodach – pamiętam jak chłopaczki w marynarskich ubrankach nasadzali czeskie chorągiewki na anteny czołgów.

Cholerne „wesołe miasteczko” – w którym chłopaczki w marynarskich ubrankach z kotwiczką wskakiwali na czołgi i walili plastikowymi motyczkami w wieżyczki, z których wychylali się Kałmucy w hełmofonach; pełno wszędzie tych Mongołów, jakbyś się narkotyków nawpierdalał – myślałem i chłopaczki wieszali się na lufach zapchanych kwiatami, i Kałmucy robili im karuzele obrotowymi wieżyczkami, i dawali przymierzać hełmofony z czerwoną gwiazdką. Pamiętam jak „Mongoły” całkiem na trzeźwo wędrowali przez szklane ściany pasażu przy placu Wacława i wyciągali ręce po kwiaty do czeskich dziewczyn, które wtedy rzucały im je w twarze. W szwejkowskiej gospodzie U KALICHA facjata C. K. Franciszka Józefa była przepisowo osrana przez muchy, i znaczyli ci piwa krechami węglem na podstawkach do kufli.

Ludzkie było panicho – myślałem po cichu licząc, że jakoś wyrobię i potem śmiałem się po cichu z pół dnia do wieczora, bo wiedziałem już chyba na pewno, że wyjadę z tych krajów na własne życzenie. Tego nie wolno robić na bacie; nie na bacie – myślałem – bez musu i bez nic, tylko na spokojnie. Jeszcze ci potem będą zazdrościć – myślałem z butelką pilzneńskiego «Prazdroja” przy jakimiś barze i były rozmówki, że Patton chciał czołgami zdobyć Pragę pod koniec II wojny, ale mu nie dali, bo Europa już była podzielona i doszedł tylko do browarów w Pilznie. Pamiętam jak przejazdem z amfibii opancerzonej zobaczyłem drobną tabliczkę na murze: tu przyszedł na świat Franz Kafka w 1883 i potem właśnie najbardziej zobaczyłem cmentarz żydowski z nagrobkami zjeżonymi jak pnie na karczowisku.

Tak właśnie sobie wtedy pomyślałem – jechaliśmy pod pustymi oknami pożydowskimi – były jakieś rozmówki, ale mało co pamiętam i patrzyłem na nasze cienie z Mostu Karola między figurami świętych z kosturami, i mewy śmigały z obu baszt wjazdowych, łapiąc w locie okruchy chleba rzucane z amfibii i w zachodzącym słońcu wszyscy wydawali się opaleni. Kto mógł wiedzieć, że z 20 lat później na tym samym moście z mewami szybującymi nad apostołami z obu stron – zaćpane punki z wystrzyżonymi rudymi „irokezami” sprzedawać będą posowieckie hełmofony z sierpem i młotem wpisanym w gwiazdkę i pomalowane na czerwono magazynki do kałachów; kto mógł wiedzieć, że karnawałowe ostatki zaczęły się dużo wcześniej.

Wtenczas tylko w samo południe leciał „taniec śmierci” z okienek średniowiecznego ratusza i kostucha poprzedzająca apostołów waliła się w pierchy kosą, i po przekątnej Rynku Staromiejskiego jeździła dorożka z rozświetlonymi lampionami ciągnięta przez parę rozrywkowych koników cyrkowych, które niczym czarny ogier Ferrari stawały dęba i zaczynały drobić – jak na meneżu habsburskiej Szkoły Jazdy – w rytm muzyczki z tranzystorów i najlepiej to wyglądało z przebojem „Carnival Is Over” na melodię „Wołgi Wołgi”. Bo kto mógł wiedzieć, że wtedy już odbywały karnawałowe ostatki z komuną światową i w 20 parę lat później neopunki z czerwonymi czubami na wygolonych łbach pokazywać będą eks-komuchom w foliowych deszczowcach piąchy z wysuniętym paluchem „fuck you” na Moście Karola.

Wtenczas nawet nie wiedzieliśmy, że zanim Dubczek podpisał cyrograf na Kremlu – nagle na salę wtargnęli fotoreporterzy i ekipy TV i w pełnych światłach ruskie politbiuro wyciągnęło ramiona do zdołowanych Czechów – cienie jak macki ośmiornicy rzuciły się po ścianach – żeby wypić strzemiennego i posiedzieć odwiecznym ruskim obyczajem. Nie wiedziałeś nawet, że austriacki ambasador Waldheim zamknął ambasadę w Pradze, żeby uchodźcy się nie wdzierali i z ONZ-owskiego porządku obrad – gdzie grasował Jirzi Hajek – zdjęli inwazję na Czechosłowację. Więc byłem kompletnie załamany wtenczas na wieży Stadionu Sparty i głównym moim odkryciem w Pradze było, że Kafka i Haszek urodzili się w tym samym roku i zmarli też prawie w tym samym; ale nigdy nie byłem fanatykiem magii dat.

Pamiętam jak znowu jechaliśmy nocami przez skomunizowany kraj i na Podhalu zboczyliśmy hakiem do saskiej karczmy z kamienia, gdzie siedziało tylko paru Enerdowców w siodłowych czapkach jak gestapowcy, i waliliśmy z nimi po pijaku pięściami w trzystuletnie stoły; kładę luz na chlanie – gazda miał tylko spirytus w ćwiartkach, że robiłeś wdech do oporu, bo potem nie mogłeś powietrza złapać. W remizie strażackiej operetka objazdowa ćwiczyła „Zemstę nietoperza” i zaprawiliśmy z góralami na wozie drabiniastym, bo jak raz było świniobicie na placu targowym, i metrowymi skrzydłami nietoperza chciałeś chmury nad Tatrami rozpędzać, żeby przyszedł halny, i w kwiku rżniętych świniaków odkryłem góralskiego Żyda z ciupagą i parzenicami, który przechował się za okupacji na Podhalu w szałasie pasterskim.

Tylko że zawsze z lekka się robił smutnawy w świniobicie i odcedzał juchę – jodłując z cicha „Jidysze mama”, że nawet porucznikowi Wróblowi gały wyszły ze zdziwienia. Każdy się za coś trzymał, tacy byliśmy poobijani – jak wyskoczyliśmy z tej amfibii i składali nam „żołnierskie podziękowania za wykonanie zadania w Czechosłowacji” i odkomenderowali nas do apelu poległych na Westerplatte, gdzie pancernik „Schleswig-Holstein” rozpoczął II światówkę ostrzałem półwyspu 1 września 1939, i teraz robili seans „światło i dźwięk”. Ćwiczyliśmy salwę honorową, żeby równo wyszła z okrzykiem „polegli na polu chwały” i jakiś prom wszedł na mieliznę w duńskich cieśninach, i żarłem coś na stojąco z nogą na dziale.



Reklama

Reklama

Treści chronione