TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Kwiecień 14, 2015 | 7:26

JESIEŃ SNÓW – Renata Jabłońska

Dawno temu, gdy miałam 13 lat, powiedziałam do mamy: „Szkoda, że się w ogóle urodziłam”. Lecz gdy zobaczyłam wyraz jej twarzy, objęłam ją i przepraszałam dopóki się nie rozpogodziła.

Teraz to sobie przypomniałam, właściwie nie wiem dlaczego. Nie mam 13-letniej córki, a syn nigdy czegoś takiego nie powiedział. Próbuję sobie przypomnieć dlaczego to powiedziałam mamie, którą bardzo kochałam.  Nie udaje mi się i to mi przeszkadza zasnąć. Już myślę żeby wstać, napić się czegoć, poczytać trochę, gdy nagle wciąga mnie sen.

W moim maleńkim pokoiku mieści się wąskie łóżko, półka z książkami, krzesło i stolik do odrabiania lekcji. Moje ubrania wiszą w szafie w pokoju rodziców.

Chce mi się sikać, ale powstrzymuję się, bo nie chce wstać z ciepłego łóżka. Noc jest zimna. Moj pokoik, to właściwie część kuchni oddzielona przegrodą z drewnianych wąskich deseczek. Nasze mieszkanie, to pokój rodziców, w którym jest kaflowy piec, i kuchnia, którą ogrzewa piec do gotowania. Komórka obok służy do magazynowania węgla. W ubikacji jest o tej porze bardzo zimno. W końcu jednak muszę tam iść, zakutana starym swetrem.

Wracam do ciepłego łóżka, otulam się pierzyną. Za oknem bialo, padają  cicho duże płatki śniegu.  Już teraz, w listopadzie?  

Siedzę na wysolim krześle przy barze. Rozmawiam z sympatycznym chłopakiem o rozwichrzonych włosach.

– Przyjdź do mnie na strych, pokażę ci, co ostatnio zrobiłem. Znalazłem giętkie listwy i robię z nich różności..  

– Fajnie. Kiedy?

Oglądam szkielety abstraktów i przedmiotów niby prawdziwych. Patrzę na czaszkę z zielonych listewek. „Dlaczego z zielonych?” myślę, lecz nie odważam się spytać.

Siedzę w małej łódce, która kołysze się mocno, choć rzeka jest zupelnie gładka. Wyrzuca mnie nagle do wody. Oglądam się i  nie widzę jej. Płynę w stronę brzegu. Gdy wychodzę z wody, słońce mnie rozgrzewa i powoli osusza moje mokre włosy, bluzkę i spódnicę. Ale sandały gdzieś mi widocznie spadły, pewnie w wodzie. Więc idę boso w stronę ulicy.

– Tata cię widział na ulicy z jakimś chłopcem – to kolega z klasy?

– W mojej klasie są same gnojki…

– Brat Kasi to też gnojek?

– No, ale fajny.

– Więc to ktoś z wyższej klasy? Siedzieliście gdzieś na ziemi – masz zapapraną spódnicę – w głosie mamy wyczuwam odcień niepokoju. Smieszy mnie to.

Jedziemy po ślubie nad morze. Jest akurat burzliwe, szare. Złości się, wyje. Możemy długo na to patrzeć, aż nas przegania ulewa.

Gdy jedziemy pociągieme, za oknem też leje.

-Muszę taką ulewę namalować! – zaglądam mu w oczy. Są poważne, bez kpiny.

– Wstań wreszcie! Spóźnisz się do szkoły… Mama ściąga ze mnie kołdrę, całuje mnie.

Początek roku, witamy się, gadamy.

Lekcje jakoś mijają. W drodze do domu ciągle się odprowadzamy opowiadając śmieszne historie z wakacji.

Przed domem spotykam tatę.

-Tak późno wracasz ze szkoły?

– Trochę gadaliśmy po lekcjach. O wakacjach.

Tata uśmiecha się.

– No, chodź na obiad.

Pierwszy lot samolotem! Tulimy się do siebie z wrażenia. Jednocześnie drążą nas obawy. „Jak tam będzie? Czy rodzice, którzy przyjadą po nas, statkiem, dobrze zniosą podróś? Już są niemłodzi.

Wrzesień, słońce praży.

Nasi rodzice schodzą po trapie. Serce mi skacze, gdy widzę mamę. Bardzo za nią tęskniłam. Tata osiwiał w ciągu tych paru miesięcy.

Noc jest ciepła, choć to już grudzień. Nie mogę zasnąć. Wychodzę na balkon. Gwiazdy zdają się wisieć niżej niż zwykle. Siadam na krześle, nogi kładę na drugim.

– Dlaczego nie chcesz wysłuchać mnie przynajmniej? Przecież zabraniamy ci spotykać się z tym mężczyzną, bo jest stanowczo za stary dla ciebie. Boimy się jaki może miec wpływ na twoje życie, naukę…

Budzę się nagle. „Więc wtedy to powiedziałam mamie!”

Wracam do łóżka. Zapadam się. Widzę zasypaną jesiennymi liśćmi ścieżkę w naszym ulubionym parku. Ale idę sama. Ktoś się zbliża z przeciwnej strony. To bardzo stary człowiek. Podpiera się zieloną laską. Gdy na nią patrzę, zdziwiona tym kolorem, zmienia się w oczach i jest teraz niebieska, potem czerwona… Stary człowiek ją unosi,  a ona zwija się i robi się z niej brązowy kapelusz z szerokim rondem! A mężczyzna w tym kapeluszu nie jest już stary, wygląda na 40 lat i jest bardzo przystojny. Wyciąga do mnie rękę, podaje mi pudło z farbami, i znika.

 Stoję w sali, gdzie wystawili moje płótna.

Więc mam swoją wystawę! Tak bardzo na to czekalam. Mama, która we mnie wierzyła, byłaby dumna.”

Nagle ją widzę!

– Mamo! Tak się cieszę, że przyszłaś!

Mama uśmiecha się tym swoim z lekka ironicznym uśmiechem. Zbliżam się do niej, chcę jej zajrzeź w oczy, zobaczyć ciepły błysk życzliwości i zadowolwnia. I widzę w dużym lustrze, że to nie mama – to ja.  



Reklama

Reklama