TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Maj 9, 2015 | 6:54

KONIE – Renata Jabłońska

Konie. Dwa białe, trzy gniade. Rozwiane grzywy. Płynące, jasne i ciemne ogony.

Teren wokoło skalisty. Od czasu do czasu spod końskich kopyt, które uderzają o kamień, pryskają smużki iskier.

Chciałbym siedzieć na końskim grzbiecie, trzymać się grzywy i płynąć, płynąć. To by dopiero była wolność!

Jak mnie puścili, myślałem, że będę wolny, ale w murach tego szarego miasta czułem się jak więzień. Wyrastałem w sierocińcu, wszystko tam było szare. Nasze ubrania też. I kamienne ściany, i posadzki. Miałem 15 lat jak mnie puścili żebym się uczył na stolarza. Teraz skończyłem 17. Lubię stolarkę, ale nie mogę wytrzymać w tym mieście, gdzie zawsze mnie nazywają chłopcem z sierocińca.

Konie znikają za wzgórzem.

Idę w stronę szosy.

 

Budzę się w niewielkiej sali. Leżę na łóżku. Obie ręce mam unieruchomione, tkwią w nich igły.

Ostrożnie unoszę głowę. Widzę jeszcze trzy łóżka na lewo od mojego. Potem powoli poruszam nogami. Jestem cały. Cieszę się. Tylko dlaczego te igły i skąd się tutaj wziąłem?

Jest cicho. Dość jasno. Pościel w niebieskie kwiatki. Dziwny zapach. Zapadam w drzemkę.

Budzę się i patrzę w sufit. Nade mną jest okrągła dziura, za którą widzę niebo i przesuwające się szarawe chmury. Po paru minutach zaczyna padać deszcz. Ale dziura jest widocznie osłonięta szkłem, bo krople rozpryskują się i nie spadają na mnie. I nagle dziura znika. Jednocześnie do sali wchodzi dziewczyna w białym fartuchu. Pochyla się nade mną i wsuwa mi do ust termometr. Tym innym też. Wychodzi, ale dziury nadal nie ma. Potem pielęgniarka zabiera termometry. Po chwili wraca i podaje nam lekarstwa. Za zawieszonym cienką firanką oknem robi się ciemno. Sufit jest cały. Palą się na nim trzy mleczne klosze lamp.

 

Idę i idę, a rzeki ciągle nie widać. Droga piaszczysta. Na prawo gęsty las mieszany. Na lewo zagajnik z wiotkich brzóz, a za nim łąki, soczyście zielone.

Jestem zmęczony, zastanawiam się czy nie odpocząć w cieniu drzew. Ale piaszczysta droga rozszerza się i widzę morze. Biegnę, zrzucam buty i ubranie i wchodzę do wody. Zanurzam się po szyję, otrząsam, potem idę głębiej i płynę lekko na niewielkich falach. One mnie po prostu unoszą. Jestem już daleko od brzegu. Najpierw czuję radość. Potem zaczynam się trochę bać. A morze, jakby miało dla mego strachu zrozumienie, wyrzuca mnie na brzeg. Ale to jest inny brzeg, a ja jestem nagi. Nikogo tu na szczęście nie ma. Co zrobię? Skąd wziąć jakieś ubranie? Choćby tylko spodnie. Fale są coraz wyższe, wieje silny, zimny wiatr. Kulę się i rozcieram ręce i lodowate stopy, tak jak zimą w szarej sypialni sierocińca.

Po chwili robi mi się cieplej. Leżę na łóżku, jak przedtem, a nade mną błękitnieje okrągła, duża dziura w suficie. Jedną rękę mam już wolną, drugą jeszcze unieruchomioną. Dotykam swojej głowy i twarzy. Czuję krótko ostrzyżone włosy, nos, podbródek. Poruszam stopami. Z góry dochodzi jakiś dźwięk. Unoszę wzrok. Duży czarny ptak skrobie szkło pazurami. I zaraz odlatuje. To dobrze, bo straszył zakrzywionym, ostro zakończonym dziobem.

Sciemnia się. Pielęgniarka przynosi lekarstwa. Chcę ją spytać skąd się tutaj wziąłem , ale nie mogę wymówić ani słowa. Zasypiam.

 

Coś się koło mnie kotłuje. Chorzy wstają z łóżek i pochylają się nade mną. Mają pryszczate twarze wyrostków z sierocińca. Zakrywają mi twarz szarym kocem. A ja uciekam w dół, zapadam się. Lecę, aż spadam na szary dywan. Siadam. Przede mną stoi kobieta w szarym kostiumie. Jej twarz wyraża niechęć. Chcę powiedzieć, że nie wiem jak się tutaj znalazłem i że jeśli mi pokaże gdzie są drzwi, to wyjdę. Ale ona znika. Wstaję. Rozglądam się. W pokoju nie ma żadnych mebli. Nie widzę drzwi.

Ktoś mną potrząsa. Starszy mężczyzna w białym fartuchu wyjmuje igłę z mojej ręki. Kiwa głową. Pielęgniarka okrywa mnie kocem, i wychodzą.

Jestem cały, mam wolne obie ręce.

Przewracam się z boku na bok, potem siadam. Widzę, że na nocnym stoliku stoi miseczka kompotu. Obok leży książka w kolorowej okładce. Biorę ją do ręki. Zanim zdążę odczytać tytuł, słyszę chrobotanie nad głową. Widzę na szkle nad dziurą w suficie wielkiego biało-czarnego ptaka. Unoszę ręce i wzlatuję w górę. Szkło się odsuwa. Ptak podstwia mi grzbiet. Siadam na nim okrakiem i szybujemy coraz wyżej. Niebo jest intensywnie niebieskie. Ptak obniża lot. Widzę zmiennie zielone lasy, i łąki, i lśniące zielonkawo morze, i żółty piasek. A potem czerwone dachówki domków na wzgórzu i ich bielone ściany.

Wiatr szumi w uszach. Skrzydła ptaka poruszają się tylko od czasu do czasu, powoli, spokojnie. Tak mi dobrze! I z radością dostrzegam, że pojawiają się przede mną, płynąc równie spokojnie, ogony koni – dwa białe i trzy brązowe.



Reklama

Reklama