TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Luty 17, 2015 | 9:50

KORZENIE – Renata Jabłońska

Umówiłam się ze znajomą z pracy. Mam ją po raz pierwszy odwiedzić w jej mieszkaniu. Jadę autobusem. Jest wczesne popołudnie. Ulice, które mijamy, są mi znane, a jednocześnie jakby obce. Domy jakieś inne, niezwykłe.

Wysiadam na placu, tak jak mnie znajoma poinformowała. Nigdy tego miejsca nie widziałam. To dziwne, tyle lat już mieszkam w tym mieście i dobrze je znam. Plac jest okrągły. Na środku niewielka fontanna otoczona klombami kwiatów. Naokoło jasne dwupiętrowe domy z małymi, zaokrąglonymi balkonami.

Ale okien nie widzę… Nie ma przechodniów i nie znajduję sklepu czy kiosku, gdzie mogłabym spytać o ulicę, przy której mieszka znajoma. Spoglądam na zegarek. „Już pewnie na mnie czeka, stawia poczęstunek na stole. Biedna, straciła właśnie męża.”  Skręcam w pierwszą ulicę na lewo od przystanku, bo wydaje mi się, że tak mi tłumaczyła. Tutaj domy są szare, zwyczajne, ale też nie ma sklepów ani nie widać przechodniów.

Idę i idę i nie znajduję żadnej przecznicy. Zaczynam się denerwować. „Nie przejechał ani jeden samochód czy motocykl od chwili gdy wysiadłam z autobusu… Co to za dziwna dzielnica? Gdzie jestem?”  Idę dalej. Czuję już zmęczenie. Wreszcie ulica rozwidla się. Jedno jej ramię to krótki, ślepo zakończony zaułek. Drugie to niezbyt szeroka, jednostronna aleja. Z prawej ciemne domy, z lewej wielkie drzewa. „Aleja? Czy znajoma wspominała aleję?” Idę wąziutkim chodnikiem wzdłuż milczących domów. Chodnik zwęża się coraz bardziej, a drzewa przylegają do budynków. Ogromne są te drzewa, a

między nimi wiją się na ziemi niezwykle grube, splątane korzenie. Nie mam innej rady, muszę iść po tej plątaninie, jeśli mam się jakoś stąd wydostać. Stąpam ostrożnie, uważnie oceniam odległości, gdy muszę przeskoczyć z korzenia na korzeń. Splątane, wybrzuszone, powykrzywiane tworzą teraz coś na kształt wiszącego mostu. Z przerażeniem stwierdzam, że są zawieszone nad przepaścią, na szczęście nie tak głęboką jak w prawdziwych górach, bo jednak wyraźnie widzę ziemię gdzieś na dole. „Jak te drzewa-giganty trzymają się tak wysoko? Czyżby korzenie sięgały aż do dołu?” Nogi mi drżą z wysiłku. Przytrzymuję się zwisających gałęzi. Parę razy noga ześlizguje się i wpada między korzenie. Raz prawie straciłam pantofel, bo utknął w pełnej sęków szparze. Wyciągnęłam nogę, położyłam się na brzuchu i trzęsącą się ręką jakoś go wydostałam.

„Czy znajoma podała mi dokładny adres? Zapisałam go? I jak ona się nazywa? To przecież niemożliwe żebym nie wiedziała…” Coraz wolniej posuwam się naprzód.

Korzenie są miejscami śliskie i muszę bardzo uważać żeby nie wpaść w jedną z większych dziur. Wydaje mi się, że jeśli spadnę nie zabiję sią, ale stanie się coś okropnego. Więc jestem ostrożna. Co pewien czas siadam, trzymając się kurczowo pomniejszych korzeni czy gałęzi. Sciemnia się. Chce mi się płakać ze zmęczenia. Albo krzyczeć ze złości.

Nagle widzę między drzewami, na szarej ścianie domu, oświetlony żarówką numer domu i nazwę ulicy. „To ta ulica i ten numer!” – prawie piszczę z radości. Chcę wejść do budynku, ale od niewidocznych zresztą drzwi dzieli mnie wyjątkowo duża wyrwa.

„Czy te cholerne korzenie bronią z jakichś powodów dostępu do domów?” Siadam, zupełnie bezradna. „Co robić? Czy pomyślałam ‘cholerne korzenie’? A przecież kocham drzewa…”

Siedzę i siedzę i prawie zasypiam ze zmęczenia.

Nie wiem w jaki sposób, chyba, że korzenie mnie przeniosły, znajduję się z drugiej strony domu, na

zwykłym podwórku, przed drzwiami opatrzonymi numerem. Otwieram je bez trudu i wchodzę prosto do mieszkania znajomej, która wita mnie uściskiem. W niewielkim pokoju znajduje się jeszcze kilka osób. Dwaj starsi panowie trzymają kieliszki. Trzy panie, też niemłode, przyglądają mi się bezceremonialnie. Jedna z nich wydaje mi się znajoma. A może przypomina mi tylko kogoś. Ale gdy uśmiecha się do mnie, wydaje mi się, że to moja ciotka. Ta, której nie zdążyłam odwiedzić zanim umarła samotnie w szpitalu. Zbliżam się, przestraszona, i widzę, że to obca osoba, tyle, że ma podobny do cioci uśmiech. Podaję jej rękę, przedstawiam się. Jej dłoń jest bardzo zimna. Szukam wzrokiem znajomej. Nie widzę jej. „I jak ona się w końcu nazywa?” Rozglądam się za krzesłem. Nogi mnie bolą. Napiłabym się też chętnie wody. Kobieta ze znajomym uśmiechem podaje mi kieliszek. „Niech będzie choćby alkohol”, myślę i podnoszę kieliszek do ust. Już pierwszy łyk zwala mnie z nóg.

Budzę się. Leżę na trawie pod drzewem. Swieci słońce. W odległości kilku metrów widzę mały wiejski domek. Czuję wokoło dobrze zapamiętany z dzieciństwa zapach. Wstaję. No, tak, to kwitnąca nade mną akacja tak pachnie.

Przymykam oczy. Jestem znów dziesięcioletnią dziewczynką. Czuje mocno splecione warkocze i gumki podkolanówek. 

Gdy otwieram oczy widzę, że razem z akacją, kawałkiem porośniętej bujną trawą ziemi i domkiem płynę nad ziemią, coraz dalej i dalej.

                                                                                                             /2002/



Reklama

Reklama