TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Październik 4, 2015 | 8:39

KRÓTKA HISTORIA POWSTANIA I UPADKU NOWEJ WIARY (1) – Renata Jabłońska

Oto co się tutaj wydarzyło w roku 2026 naszego wieku. Opisuję to ja, powiedzmy N., jeden z tych, którzy się uchowali.

Zostało nas sześciu mężczyzn i dwie kobiety. A było nas, wyznawców, 46 osób.

Spotykamy się teraz po dwie–trzy osoby, bardzo rzadko, żeby nie wzbudzać podejrzeń.

Naradzaliśmy się dość długo i postanowiliśmy, że opiszę historię naszej wiary. Potem, nocą, zakopiemy dobrze zabezpieczony rękopis (komputera lepiej nie używać, bo oni wszystko kontrolują) pod wielkim drzewem przy drodze do największego miasteczka. Może kiedyś ktoś go znajdzie, może przyciągnie go nasza wiara, i doprowadzi do jej zmartwychwstania.

Sam się sobie dziwię, że traktuję to poważniej niż przedtem, gdy było to dla mnie trochę zabawne doświadczenie, wywołane niechęcią do narzucanych norm, także w sprawach wiary.

Udało nam się przetrwać dzięki temu, że odpowiedzialny za nasze archiwum sporządził wprwdzie listę studentów z naszej grupy z ich nowymi imionami włącznie, lecz profesorów jeszcze nie zamieścił. Znaliśmy się dobrze i to mu się wydawało niezbyt pilne.

Lubiliśmy stare imiona: Onufry, Fabian, Bonifacy, Seweryn, Sebastian, Melchior…, Augusta, Cecylia, Telimena, Romualda, Melania…

Wyznawcy naszej wiary, poza niewykrytymi, w musieli się jej wyrzec (i tych imion też).

Zaczęło się wszystko w naszym kampusie uniwersyteckim, oddalonym od centrum kraju, położonym nad rzeką, pośród wzgórz. Było nas 8 wykładowców (z dwoma dziekanami włącznie) i 200 studentów. Wokoło jest tylko parę malych miasteczek. W największym jest szkoła i kościół. Jest też parę dość dużych wsi. Ludzie zajmują się rolnictwem, tylko na własne, no i nasze potrzeby. Jest paru rzemieślników, właścicieli sklepów, dwóch nauczycieli, lekarz i aptekarz.

Na naszej uczelni można było studiować filozofię, lingwistykę i literaturoznawstwo, oraz historię…starożytną.

Mieliśmy szczęście, gdyż oddalenie od centrum kraju zniechęcało do częstych inspekcji, tak popularnych w obecnym ustroju. Więc mieliśmy stosunkowo dużo swobody i nie trzymaliśmy się rygorystycznie narzuconego programu nauczania.

Podejrzewaliśmy, że sekretarka rektora jest „wtyczką” ministerstwa i szpieguje nas. Którejś nocy jeden ze studentów zakradł się do jej pokoju w biurze i uruchomił jej komputer. Odrazu znalazł sprawozdania pisane do ministerstwa. Ale były „niewinne”! O nikim nie pisała źle. Trochę o propagowaniu jarskiej żywności, trochę o małej frekwencji na porannej gimnastyce…

Nasi studenci to byli nietuzinkowi młodzi ludzie, których pociągało oddalenie od wielkich miast, paru świetnych wykładowców, i przyroda.

Ja uczyłem łaciny i greki. Jeden z moich studentów z wydziału filozofii, często ze mną dyskutował. Po pewnym czasie przyszedł z kolegą. Dyskutowaliśmy na wiele tematów, także na temat wiary w Boga. Ten drugi przyprowadził kolegę, który był niewierzący.

I tak to się potoczyło, że każdy przyprowadzał swoich kolegów, z różnych wydziałów. Zaczęli też przychodzić wykładowcy.

Na którymś z niedzielnych spotkań, tym razem nad rzeką, gdy kościelne dzwony wzywały ludzi na nabożeństwo, profesor filozofii powiedział: „Dlaczego wiara musi być taka głośna?”

– Zeby robić na ludziach większe wrażenie – powiedział jeden ze studentów.

– Symbole są dla ludzi ważne… . nieśmiało wtrącił inny.

– A niby co symbolizują dzwony?

– Wezwanie do wspólnej modlitwy…, do wspólnego działania…

– Właśnie, wspólnota stada, to ludziom odpowiada.

– Musi być jakaś wspólnota, jak może być inaczej? Społeczeństwo potrzebuje różnego rodzaju wspólnot… – powiedział ten nieśmiały.

– Nic nie mam przeciw społeczeństwu, pod warunkiem, że respektuje tych, którzy nie są ”stadni”, mają własne poglądy i żyją po swojemu – powiedział filozof.

Nasza grupa dyskusyjna rozrastała się w szybkim tempie. Większość studentów przychodziła na wszystkie spotkania. Z czasem część odpadła. Zaczęły też przychodzić dziewczyny.

I to właśnie dziewczyna, asystentka profesora filozofii, powiedziała: „Jeśli istnieje Bóg, to on jest pewnie dzieckiem… Bawiącym się nami dzieckiem. Ma dużo zabawek w kosmosie, ale może mu się znudziły, więc zajął się Ziemią…

Najpierw nas to rozbawiło. Lecz już na kolejnym spotkaniu zaczęliśmy ten pogląd traktować poważnie.

To by tłumaczyło tak wielką niedoskonałość i nietrwałość naszego istnienia…

Powoli, dokładając ciągle nowe argumwnty, zaczęliśmy wierzyć w Dzieclo. Kosmiczne, olbrzymie dziecko, wyglądające jak ziemskie małe dzieci. Określiliśmy, że ono rośnie, ale według czasu kosmicznego. Ustaliliśmy, że gdy było mniejsze, bawiły je gwiazdy i planety, i dopiero gdy podrosło zaczęło się bawić stwarzaniem życia na Ziemi. Uważaliśmy, że ma jakieś sześć lat. Ustaliliśmy, że to chyba chłopiec (pewenie dlatego, że do chłopca pasowały te zabawy).

Gdy urośnie, gdy będzie o kilka lat starszy, dostrzeże może co się na Ziemi dzieje. I może przestanie go to bawić. Co wtedy zrobi? Zrujnuje, zniszczy? Czasem przecież bawi go spadanie gwiazd, więc może zechce żeby Ziemia spadła daleko od Słońca i stała się martwą planetą? Czy ma taką nieograniczoną władzę? Może niszczenie porządku w kosmosie jest i dla niego groźne?

Zdecydowliśmy, że jakby nie było, my wierzymy w Dziecko. To będzie nasza religia. Nie będziemy jej rozprzestrzeniać, lecz jeżeli będziemy pewni, że ktoś, kogo znamy, też szuka nowej drogi, wtajemniczymy go.

Zastanawialiśmy się, czy Dziecko interesuje się ludźmi, przynajmniej od czasu do czasu, aż tak, że widzi wszystko co robimy. Doszliśmy do wniosku, że tymczasem nie.

A tak zwame kataklizmy przyrody – wybuchy wulkanśw, powodzie, huragany, to samoistne (choć człowiek temu często dopomaga niszcząc lasy, zatruwając rzeki i atmosferę, nie mówiąc nawet o doświadczeniach nuklearnych), to nie żadna kara boska, jak niektórzy próbują nam wmawiać. Natomiast wojny, pogromy, ludobójstwo to już niezaprzeczalnie dzieło człowieka.

Z naszej grupy odpadli religijni studenci. Każdy z nich, trochę jednak zafascynowany wiarą w Dziecko, tłumaczył dlaczego nie może jej zaakceptować. Jeden na przykład powiedział, że z szacunku dla bardzo religijnych rodziców i dlatego, że lubi tradycję, drugi, ten nieśmiały, że nie chce wyłamywać się z przyjętych od wieków norm…

Ateiści, głównie studenci filozofii, kpili, że nie mamy odwagi żyć bez religii, stara się zdewaluowała w naszych oczach, więc wymyślamy sobie nową. Ale wszyscy byli nam wierni i nigdy nas nie wydali.

Także profesor filozofii raczej z nas kpił, choć dobrotliwie: „Fajna wiara, do niczego nie zobowiązuje – nie do modlitwy, nie do przestrzegania rónych zakazów i nakazów…”

– Nie jakichś pisanych i rygorystycznych. Każdy z nas powiniem szukać nakazów postępowania w sobie, w swojej moralności…

– Więc każdy może pojmować moralność jak mu się podoba?

– No nie… Ale przyzna pan, że moralność jest giętka… Rożne systemy i różni ludzie, także bardzo religijni, nie są moralni „jednoznacznie”. Chodzi o przyzwoitość, nie mówiąc nawet o sprawiedliwości, bo to sprawa systemów naginających jednostki.

– Przyzwoitość?!

– Wiem, że to niejednoznaczne słowo… Nie znajduję innego na okreśłenie uczciwości wobec drugiego człowieka, życzliwości, uczynności…

– To trochę dziecinne, co pan mówi – roześmiał się.

W gruncie rzeczy zgadzałem się z profesorem filozofii

– Może i tak, może to naiwne, ale – u mnie przynajmniej – to z przekory wobec narzucanych na siłę norm…

Inni nie interesowali się naszymi dyskusjami i nic nie wiedzieli o Dziecku.

Nie chcieliśmy wizerunków, jednak piękny „portret” Dziecka, namalowany przez jedną ze studentek, umieściliśmy na ścianie pomieszczenia, służącego za skład starych, cennych książek, o które należało dbać. Zajmował się tym nasz człowiek. Oddzieliliśmy ruchomą ścianką kawałek tego składu, wielkości szafy, i tylko my o tym wiedzieliśmy. Od czasu do czasu ktoś z nas zachodził tam, żeby popatrzyć na Dziecko. I tam umieściliśmy nasze archiwum czyli streszczenia dyskusji . Pisząc te streszczenia nie cytowaliśmy rozmówców, tylko pisali o co ciekawszycvh spostrzeżeniach i wnioskach.

Dziecko z portretu miało pełną twarzyczkę, pulchne ręce. Nogi zasłaniała długa, mieniąca się perłowo koszula. Najbardziej przejmowały jego niezwykle mądre, piwne oczy. Był jakby zawieszony, czy spoczywający, na granotowo błękitnej materii, tu i tam przezroczystej, miejscami gęstej, namalowanej świetnie przez studentkę – artystkę.

Nie chcieliśmy Dziecka gloryfikować, ale wzbudzał w nas czasem rodzicielskie uczucia. Dwaj żonaci wykładowcy miełi dorosłe już dzieci, mieszkające w odległych miastach. Ja nigdy nie miałem żony. Lecz i we mnie Dziecko wzbudzało czułość.

Ludzie z okolicznych wsi żyli skromnie. Ziemia była, na sczęście żyzna, ale nie było jej wiele, bo naokoło góry.

Tylko dolina, gdzie płynęła rzeka, była zielona, uprawna.

Rzemieślicy w miasteczkach nie mieli zbyt wiele roboty, ale zarabiali na życie. Nawet aptekarz, choć lepiej mu się wiodło, nie był bogaty.

Wszyscy byli wierzący i regularnie chodzili do kościoła.

Dziwili się, że stosunkowo mała ilość studentów przychodi na niedzielne nabożeństwa, a wykładowcy też nie wszyscy.

Spotkany u szewca ksiądz, spytał mnie o to. Powiedziałem, że mamy pokój do modlitwy, gdzie w skupieniu oceniamy nasze zachowanie.

– Ale to nie jakiś rodzaj medytacji na wschodnią modłę?

– Nie, skąd.

– Szkoda, że nie wszyscy przychodzicie na niedzielne nabożeństwa.

Jakaś baba, po wyjściu z kościoła, stanęła na stopniach i wznosząc ręce do nieba wykrzykiwała: „Są blisko nas bezbożnicy, synowie szatana!” Lekarz, który regularnie chodził się modlić, opowiadał, że spojrzał na nią, a ona go wytknęła palcem; „A ten bezbożnik każe się kobietom rozbierać!” Miał ochotę powiedzić histeryczce, że nawet gdyby mu zapłaciła, nie kazałby się jej rozebrać… „Ona strasznie śmierdzi” – zaśmiał się z zażenowaniem.

Było w okolicy mało młodych mężczyzn. Wyjeżdżali, szukać pracy, chcieli wyuczyć się jakiegoś zawodu,

Tylko paru uczniów, po skończeniu miejscowej szkoły, jeździło do miasta do gimnazjum. Sami chłopcy. Dziewczęta starano się wcześnie wydać za mąż.

Na spotkaniach dyskutowaliśmy na temat poczynań Dziecka.

Przypuszczaliśmy, że zaczął się bawić tworzeniem, gdy przekroczyl piąty rok życia. Więc przed milionami lat ziemskich. Przedtem bawiły go układy słoneczne, gwiazdy, barwy kosmosu. Aż spodobała mu się Ziemia. Najpierw stworzył życie w wodzie – w morzach i oceanach. Potem roślinność – wielkie lasy. Później zwierzęta, które z początku bardzo go bawiły. Gdy się znudził Ziemią, zostawił ją własnemu losowi. Ewolucja robiła swoje. W końcu, setki tysięcy lat temu, powstał prymitywny człowiek. Powoli zachodziływ nim zmiany, aż stał się człowiekiem rozumnym.

Czy Dziecko na nas patrzy czasami? Czy go bawią, czy też może niepokoją nasze poczynania? To pakaże tylko czas. Bardzo długi czas.

Nasze spotkania zaczęły intrygować niewtajemniczonych studentów

i różne osoby postronne – administratora, urzędnika z dziekanatu… No i sekretarkę rektora oczywiście.

Musieliśmy ich więc czasem zapraszać, a w takich wypadkach były to zwykłe spotkania towarzyskie.

Trochę to rozwiało atmosferę podejrzliwości.

Propagowaliśmy jarską żywność w studenckich stołówkach, i mówiłiśmy, że to jest jednym z tematów rozmów na naszych spotkaniach.

W trakcie jednego ze spotkań, akurat właśnie towarzyskiego, przyjechał do nas konno miejscowy piekarz. Przeprosił i powiedział, że jeden ze studentów (wymienił imię) zaleca się do jego córki.

– To nie jest przyjęte tutaj u nas, żeby obcy, i to taki, który nie szanuje wiary, nie chodzi do kościoła, spotykał się naszymi córkami. Więc proszę żeby mu tego zabronić. – powiedział to dość spokojnie, ale zdecydowanie, wskoczył na konia i odjechał.

No i mieliśmy problem.

Profesor filozofii i ja zostaliśmy przez innych upoważnieni do rozmowy z tym studentem.

– Ta dziewczyna się buntuje, bo nie dają jej żadnej swobody, nie pozwalają jechać na kurs obsługi komputerowej, i chcą ją wydać za kuzyna matki, starszego od niej o 10 lat!

– Zakochałeś się w niej?

– Sam nie wiem, lubię ją…

– Jeśli możesz, przestań się z nią widywać. Jej ojciec jest bardzo religijny, podobno miewa jakieś ataki i wtedy mówi, że słyszy głos Boga… Lepiej z nim nie zaczynać.

– Postaram sią, ale ona mnie zawsze szuka… Musiałbym przestać chodzić do miasteczka…

– To przestań tymczasem, dobrze? Jak będziesz czegoś stamtąd potrzebować, ktoś inny ci załatwi. Wakacje niedługo, pojedziesz do domu, zapomnisz.

Właśnie w czasie wakacji do tych małych, pięknie położonch miasteczek, zaczęli nagle przyjeżdżać wczasowicze.

Zareklamował te miejsca syn właściciela sklepu z obuwiem, który przeniósł się do stolicy kraju. Widząc ogłoszenia o miejscach wypoczynkowych, pomyślał o dochodach, jakie miasteczka jego rodzinnej okolicy mogą zyskać.

Trudno było z tego zrezygnowć, gdyż było to świetne źródło zarobku dla mieszkańców tych miescowości, położonych w dolinie otoczonej górami.



Reklama

Reklama