TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Październik 14, 2015 | 5:11

KRÓTKA HISTORIA POWSTANIA I UPADKU NOWEJ WIARY(2) – Renata Jabłońska

Zatrzymałem samochód przed dygocącym i wymachującym rękami piekarzem. Miał pianę na ustach. Wyciągnął rękę w stronę samochodu, a wskazujący palec drugiej uniósł do nieba.

Zobaczyliśmy pałki w rękach mężczyzn i leżącego na ziemi, okrwawionego A. Wysiadłem, spojrzałem prosto w oczy jednego z mężczyzn.

– Chcecie pójść wszyscy do więzienia za morderstwo? – wrzsnąłem.

Odsunęli się trochę, zerkając na piekarza, który w drgawkach upadł na ziemię.

Przykucnąłem i uniosłem głowę A. Oddychał.

– Lekarza! Przyprowadź pan lekarza – krzyknąłem do bibliotekarza, który wysiadł za mną z auta. Pobiegł.

Z kościoła wyszedł ksiądz: „Rozejdźcie się, idźcie do domu!·” krzyknął do ludzi. Otworzył szeroko drzwi, z których wyszli nasi studenci, profesorowie i administrator. Młoda żona nieśmiałego studenta usiadła na schodach, płacząc i zasłaniając twarz rękami.

Gdy plac prawie opustoszał, u wylotu ulicy z przeciwnej strony zobaczyliśmy rozwalony samochód studenta.

Ksiądz otworzył boczne drzwi i koledzy A. podbiegli do nas: „Ksiądz nas zamknął, bo powiedział, że oni nas pobiją.”

Zjawił się lekarz. Zaczął zajmować się A.. tamował krew z ran. A. był nieprzytomny. Czekaliśmy na ambulans.

Ale wcześniej zjawiła się policja.

– Wszyscy obecni tutaj mają zostać na miejscu – powiedział ich dowódca.

Rozejrzał się i wskazując lekarzowi piekarza spytał dlaczego nim się nie zajmuje.

– To jego zwykły atak. Za kwadrans mu przejdzie – powiedział lekarz i dalej zajmował się A.

– Hej, wy tam! – krzyknął policjant w stronę chowających się u wylotu ulicy mężczyzn – zanieście piekarza do domu.

Nadjechał ambulans. Lekarz im coś tłumaczył. Położyli A. na noszach i wsunęli je do karetki. Chciałem z nim jechać, ale mi nie pozwolili.

– Pan jest świadkiem tak jak wszydscy tu obecni i musi pan zostać.

Policjanci kazali przynieść stół i parę krzeseł i zaczęli nas wszystkich po kolei przesłuchiwać.

– A co z porzuconymi pałkami? – spytał administrator – Przecież to dowody.

– Zabierzemy.

Trwało to i trwało. Zaczęło się ściemniać. Oficer wstał.

– Jutro macie się wszyscy zgłosić rano na policji w mieście.

Sfotografowali rozwalony samochód studenta, zebrali pałki i odjechali.

Ksiądz podszedł do nas i powiedział, że nie spdziewał się czegoś takiego i jest mu bardzo przykro.

– Ten piekarz jest chyba chory? – spojrzał na lekarza.

– Może. Trzeba by go posłać na obserwację.

– Dziękujemy księdzu za obronę studentów – powiedziałem.

Wracaliśmy w milczeniu moim i lakarza samochodem.

Student, ten, którego samochód zniszczyli, hamował płacz.

– Jak przyjechaliśmy, nie widzieliśmy A. Już było dużo ludzi przed kościołem. Zauważyłem kilku mężczyzn z pałkami.

Pielarz akurat wychodził. Stałem blisko drzwi i widziałem jak dał znak swoim synom, a oni ciągnęli A. Podbiegliśmy do księdza, prosiliśmy żeby przemówił do tłumu przed kościołem, a on nas szybko wepchnął do izby i zamknął… – powiedział student.

– Słyszałem dziwny szum, ale nie spodziewałem się czegoś takiego! – powiedział lekarz, prawie płacząc, gdy dojechaliśmy do uniwersytetu. Postał chwilę z nami i pojechał do domu.

Rektor prosił o szczegóły, więc poszłem z nim do jego biura.

Zadzwoniliśmy do szpitala pytając o stan A. „Bez zmian”, powiedziała pielęgniarka. Na pytanie czy go można odwiedzić usłyszeliśmy kategoryczne „nie”.

Nazajutrz zaczęły się przesłuchania. Trwało to wiele godzin.

Następnego dnia detektywi mieli przyjechać do miasteczka i na naszą uczelnię.

Sprawdziłem czy ścianka w składzie książek jest dobrze zasunięta.

Lekarz zatelefonował do mnie, pytając niby jak moje ramię (trafili w nie kamieniem wtedy na placu), a jednocześnie, wtrącając łacińskie słowa powiedział, że A. umarł.

Dotarli do nas po południu, z paroma policjantami. Łazili wszędzie, węszyli. Czego szukali, przcież to nie my biliśmy chłopaka!

Weszli do składu książek. Przeglądali leżące na stole tomy, porzerzucając stronice, jakby to były zwykłe nowe książki. Nie wzruszały ich błagania bibliotekarza, żeby byli delikatni.

Jeden z policjantów oparł się o ścianę i widocznie trafił przypadkiem na ukryty pod wykładziną guziczek, gdyż wpadł po prostu do naszego schowka.

– A to dopiero! Sciany się u was ruszają! – powiedział jeden z detektywów.

No i zaczęło się wypytywanie co to za obraz, dlaczego wisi w skrytce… – Może to jakieś dzieło sztuki ukradzione przez was?

Lecz po chwili zobaczyli nasze archiwum i zorientowali się, że chodzi o jakieś ugrupowanie.

Lecz gdy zaczęli czytać sprawozdania z naszych dyskusji, wiedzieli już, że chodzi o wiarę.

– Sektę sobie wymyśliliście?- krzyczał wezwany przez nich dowódca.

Aresztowali wszystkich. Grozili oskarżeniem o założenie grupy spiskowców!

Gdyby doszło do rozprawy, to by było pewne więzienie na kilka lat. Więc wszyscy podpisali oświadczenie, że wyrzekają się nowej wiary.

Przedtem było śledztwo – pytali kto był przywódcą, kto tę wiarę wymyślił. Nie mogli uwierzyć, że wyłoniła się w trakcie dyskusji na spotkaniach. Profesorów oskarżali, że to oni są winni, że nie upilnowali studentów i dopuścili się zdrady wobec prawomyślnego, bogobojnego, spokojnego (!) społeczeństwa…

Rektor spytał czy otrzymali naszą skargę na piekarza, który doprowadził do tego linczu. Tylko dlatego, że młodzi się kochali!

– Piekarz jest człowiekiem chorym i będzie leczony – powiedział dowódca tonem ucinającym wszelkie dalsze pytania.

Zaden z tych, którzy bili A. nie był sądzony.

Policja zwróciła się do ministerstwa o zamknięcie uniwersytetu. Teraz znów działa, z innymi profesorami oczywiście, ale studentów jest wyjątkowo mało i pewnie zamkną tę uczelnię z końcem roku.

Portret dziecka spalili na placu przed kościołem, a mieszkańcy wiwatowali.

Jedna z kobiet, która mi przywozi mleko i świetne sery własnego wyrobu, opowiedziała, że parę wieśniaczek zachwycało się dzieckiem z portretu i żałowało, że go palą.

Odważyłem się ją spytać co z córką piekarza. Pochyliła się nad bagażnikiem swego muzealnego samochodu i powiedziała, nie odwracając głowy w moją stronę: „Oni ją trzymają w zamkniętym pokoju. Bracia ją bili, myśleli, że pobita i głodna – bo jej dają tylko suchy chleb i wodę – może poroni. Ale nie. Mówię panu, jak urodzi, oni to dziecko utopią. Wmawiają wszystkim, księdzu też, że jest chora.” Wsiadając do samochodu przyłożyła palec do ust, tym znakiem nakazując mi milczenie.

Studentów ukarali w ten sposób, że w ciągu roku nie wolno im było wyjechać i musieli pracować fizycznie przy robotach drogowych, wywożeniu śmieci itp.Studentki musiały zamiatac ulice, sprzątać szkołę. Mieszkańcy miasteczka wyśmiewali się z nich. Nocować musieli, w osobnych pomieszczeniach oczywiście, w starej, opuszczonej cegielni, pod nadzorem policjanta, żeby nie mieli możliwości rozmawiania z sobą.

Studentom, którzy nie byli związani z naszą grupą pozwolili wyjechać. Część z niche, z solidarności wobec ukaranych, postanowiła jakoś ten rok przebiedować, najmując się czasem do pracy u chłopów.

Profesorom pozwolili wyjechać, ale postarali się, żeby im zabroniono

nauczania.

Przedtem kategorycznie i pod groźbą aresztowania zabronili nam wszystkim wspominania gdziekolwiek i komukolwiek o wymyślonej wierze. No i o tym, co się stało – o piekarzu i o śmierci studenta.

Nie wyjechałem, bo miałem domek niedaleko uniwersytetu i szkoda mi go było opuścić.

Miesiąc po tych tragicznyc wydarzeniach piekarz wrócił do domu.

Po kolejnych trzech miesiącach odbył się w kościele ślub jego córki.

Nie mogłem sobie tego darować, ubrałem stary płaszcz i skapcaniały kapelusz, namalowałem sobie wąsiki i czerwone plamy na policzkach (użyłem soku wiśnioweo), okutałem szyję szalikiem, który podziurawiłem i poplamiłem, i poszedłem pieszo do kościoła, brnąc celowo w piasku na zboczu drogi, żeby zabrudzić obuwie. Usiadłem skromnie pod ścianą na ostatniej ławce. Musiałem zdjąć kapelusz, ale włosy miałem specjalnie rozczochrane i posypane talkiem. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że kościół nie jest pełny. Ktoś koło mnie usiadł. Zerknąłem. To był lekarz. Po kilku minutach, gdy zabrzmiały organy, odezwał się.

– Niezłe przebranie. Ale wyczułem lawendę, którą pan zawsze pachnie i zaraz pana poznałem.

– Nie używałem dziś lawendy…

– A talk, którym pan posypał wlosy?

– Ale ze mnie idiota!

– No, to nie był najlepszy pomysł, żeby tutaj przyjść. Lepiej żeby pan zniknął przed końcem ceremonii.

Wszystkie głowy odwróciły się ku drzwiom. Skuliłen się. Piekarz prowadził córkę.

Boże, co oni z nią zrobili? Okropnie chuda, blada pomimo makijażu. Biała suknia i welon jeszcze tę baladość podkreślały. Ojciec ją podtrzymywał, bo się ledwo trzymała na nogach. Uklękła obok narzeczonego, bysiowatego bruneta z czerwoną twarzą. Ludzie mi ich zasłaniali, zwłaszcza, że siedziałem skulony.

Nagle poczułem, że muszę wyjść, że nie mogę na to patrzeć. Dotknąłem ręki lekarza i, pochylony, wyszedłem z kościoła.

Gdy moja mleczarka znów przyjechała z mlekiem i serami, spytałem ją czy coś wie o dziecku.

– Znajoma, która mieszka obok, powiedziała, że usłyszała w nocy rozpaczliwy krzyk dziewczyny. Głośno nastawiomy telewizor zagluszał inne głosy i nie mogła nic zrozumieć. Podeszła po ciemku do okna i zobaczyła babę z zawiniątkiem wsiadającą do samochodu syna piekarza.

Po następnch trzech miesiącach córka piekarza, na początku kolejnej ciąży poroniła, strasznie krwawiła i nie uratowali jej lekarze w miejskim szpitalu.

Po pogrzebie w miasteczku plotkowano, że ona nie chciała żyć, nie znosiła męża i tęskniła za swoim ukochanym i za dzieckiem, które jej zabrali. Zalowano jej. A przecież to miejscowi ludzie zabili jej chłopaka…

Ten rok ma się ku końcowi. Chyba jednak sprzedam mój domek i wyjadę. Wszyscy inni niewykryci wyznawcy Dziecka wyjechali. A ci ukarani studenci nie zostaną tutaj oczywiście ani dnia dłużej.

Mój dom sprzedałem za niezbyt dużą forsę, niestety.

Pojechałem najpierw do stolicy, do starszej siostry. Źle wyglądala, bała się o córkę, która była związana z jakąś nielegalną grupą artystów i każdej chwili groziło jej aresztowanie. Siostra nie chciała ode mnie przyjąć ani grosza. Pytałem czy gdzieś coś było słychać o naszej sprawie. Nawet nie wiedziała o czym mówię. Nie wtajemniczyłem jej więc, dosyć ma własnych kłopotów.

Znalazłem pracę w dość dużym mieście, jako kasjer w supermarkiecie. Wynająłem dwa niewielkie pokoje i żyłem sobie spokojnie. Którejś wiosennej niedzieli spotkałem w parku profesora L. Bardzo się oboje ucieszyliśmy. Inni koledzy porozjeżdżali się do różnych miejscowości, więc nie mogliśmy się z nimi widywać. Usiedliśmy na tarasie kawiarni. Opowiedział, że pracuje jako woźmy w muzeum morskim.

– Bardzo mi się dobrze rozmawia z ośmiornicami – zaśmiał się niezbyt wesoło.

– Z klientami supermarketu różnie bywa, oni odpowiadają – też się zaśmiałem.

Postanowiliśmy gwizdać na szpicli i spotykać się od czasu do czasu w niedziele.

Zatelefonował do mnie profesor F., który nie należał do wyznawców Dziecka. Od kolegi, dziennikarza, dowiedział się, że rodzice A. opłacili patologa, aby poznać prawdę o śmierci syna. Gdy przyjechali po jego ciało, powiedziano im, że został potrącony przez samochód. Lecz policja nie podała im żadnych szczegółów wypadku, a sińce i zaszyte na ciele A. miejsca, świadczyły o czymś innym. Patolog im powiedział, że chłopak zostal okrutnie pobity, że widać urazy czaszki. Nie mogli tej ekspertyzy wykorzystać, gdyż patolog zrobil sekcję zwłok w tajemnicy i gdyby to ujawnili, groziło by mu aresztowanie.

Rodzice A. opowiedzieli wszystko temu dziennikarzowi, ale nie mógł materiału tymczasem wykorzystać, z wiadomych względów – nie wolno oskarżać policji w tym ustroju!No i z powodu patologa.

Któregoś wieczoru zatelefonował do mnie ojciec A. Przypomniał sobie, że w czasie wakacji A. o mnie opowiadał jako o bardzo mu życzliwym profesorze. Szukał mnie. Przypadek sprawił, że mnie znalazł.

Zawsze wierzyłem w zbiegi okoliczności. Nie jest to zaprzeczeniem wiary w działania Dziecka. Ono stworzyło życie, ale o człowieku nie myślało. Gdy już się znudziło Ziemią i przestały je bawić zwierzęta, zostawiło wszystko własnemu losowi, czyli seriom przypadków.

Paru studentow od czasu do czasu do mnie telefomowało. Miedzy innymi ten przyjaciel A., któremu rozwalili samochód. (Dostał śmiesznie małe odszkodowanie.) Rodzice A. go znali, bywał w ich domu. Po tych tragicznych wypadkach nie wiedzieli gdzie sie podział.

Choć nic nie wiedzieli o naszej wierze, byli na tyle przytomni, żeby nie dopytywać się na policji gdzie go mogą znaleźć.

No i matka A. zobaczyła go, gdy sadził kwiaty na skwerze (to teraz jego praca). Podeszła do niego.

– Niedobrze, żeby nas razem zobaczyli, poweidzial

– Ale muszę z tobą porozmawiać! I chciałabym ci jakoś pomóc…

– Radzę sobie. Dziękuję. A spotkać możemy się, jeśli przyjdzie pani z mężem do kościoła na wschodnim przedmieściu, pod wieczór, powiedzmy o 17-tej.

Tam się spotkali. Wyszli po kwadransie z kościoła i usiedli w najdalszym kącie taniej, ciemnej kawiarenki. No i chłopak opowiedział im całą historię miłości A. do córki piekarza, o nienawiści do nas jako do bezbożników, o szaleństwie ojca dziewczyny.

Dopytywali się jak A. zginął, więc im powiedział prawdę, nie używając określenia lincz i łagodząc trochę obraz… Dopytywali się co z dzieckiem. Mógł tylko powtórzyć plotki o tym, że oddano niemowlę jakiejś starej babie ze wsi.

I właśnie od niego dowiedzieli się gdzie jestem.

– Pnie profesorze, czy mogę do pana przyjechać? Chcę, bardzo chcę porozmawiać o moim synu.

Może pan, oczywiście, bardzo lubiłem pana syna. Ale nie będzie pan miał przykrości z powodu spotkania ze mną?

– Będę ostrożny, przyjdę wieczorem, dobrze?

No i przyszedł. Jeszcze nie stary, sympatyczny człowiek.

Nie mogłem nic dodać do opowieści studenta. Nie chciałem opisywać cierpienia A., gdy dziewczynę zamknęli w domu. Powiedziałem tylko, że kręcił się ciągle w pobliżu i to piekarza doprowadzało do pasji.

Ojciec A. pytał czy coś wiem o dziecku.

– Chcielibyśmy z żoną zabrać je do nas, adoptować, wychować…

Co mu mogłem powiedzieć? Tylko tyle, że słyszałem od jednej kobiety o wiejskiej babie wsiadającej z zawiniątkiem do samochodu syna piekarza. Nie mogłem narażać mojej mleczarki, ona tam mieszka i żyje wśród tych ludzi. Więc nie podałem jej nazwiska.

Telefonował do mnie czasem i opowiadał o szukaniu dziecka. Pojechał do miasteczka, próbował rozmawiac z sąsiadami piekarza, lecz nikt nic nie chciał powiedzieć.

Zaczął jeździć do okolicznych wsi, tam też nikt nic nie wiedział… Ale ktoś doniósł na policji, że ojciec zabitego A. dopytuje się o dziecko. Zatrzymali go, gdy jechał samochodem szosą za miasteczkiem. Wzięli go na komendę. Grozili, mówili, że podważa wyniki śledztwa policyjnego, i tym samym okazuje nielojalność. Pozwolili mu odjechać pod warunkiem, że się więcej w okolicy nie pokaże.

Jego żona rozchorowała się. Nie wiedzieli co robić.

Radziłem żeby jakiś czas odczekali, nic nie robili.

Po paru miesiącach znów mnie odwiedził.

– Pan, profesorze, jest pan człowiekiem rozsądnym – opowiem panu co zamierzamy zrobić.

– Może lepiej żebym nie wiedział?

– Proszę się nie obawiać. To nie my teraz będziemy działać… Moja żona ma znajomą, która oficjalnie zajmuje się adopcją dzieci porzuconych, chowanych w złych warunkach w wielodzietnych rodzinach, itp.

– Tak, dziękuję, żona czuje się trochę lepiej. Ma teraz nadzieję na powodzenie naszych poszukiwań. Ta znajoma prowadzi biuro, ma paru pracowników. Jak dotychczas, nie czepiali jej się.

– Ale jeżeli będzie szukać akurat tego dziecka… To się może źle dla niej skończyć.

– Nie, nie. Ona zacznie wysyłać swoich ludzi najpierw do oddalonych miejscowości, za zakrętem rzeki. Tam są biedne wioski – ona się dowiedziała. I tam spróbuje brać dzieci do adopcji. Potem powoli zbliży się do tych wsi, gdzie w jednej z nich jest dziecko mego syna.

– Zyczę serdecznie powodzenia! Ale to skomplikowane. W strachu przed piekarzem mogą nie zgodzić się na oddanie dziecka. Choć z drugiej strony… Przecież on powinien chcieć żeby zaginął ślad po tak niechcianym wnuku…

Niestety, miałem rację sądząc, że to się nie uda. Nikt z okolicznych wsi nie oddał dziecka do adopcji. Nie byli na tyle biedni. I żadna baba

nie puściła pary z ust o oddanym przez piekarza dziecku.

Matka A. znów się gorzej czuła, ojcie był strasznie zgnębiony.

Powiedział mi, że już im wszystko jedno co z nimi będzie, zaryzykują i zwrócą się do stołecznej prasy.

F. był w stolicy i dowiedział się, że rodzice A. zwrócili się do prasy. Chcą tę sprawę nagłośnić, pokazać jakie zacofanie i brak swobody, nawet w sprawach uczuć, jaka niechęć do obcych, ludzi nauki, panuje na prowincji kraju. (No, przecież nie tylko na prowincji nie ma swobody…) Cóż, może rozpętają burzę polityczną, może coś się zmieni… Albo ich po prostu przymkną. Dziennikarza, jeśli się odważy o tym napisać, i redaktora gazety też. Więc nie wiem czy im się uda to nagłośnienie.

Nie mogę ciągnąć dalel, czekać na rozwój wypadków, bo to może jeszcze długo potrwać. A my – student i dwaj profesorowie – chcemy pojechać samochodem pożyczonym od spowinowaconego z jednym z nich funkcjonariusza policji, wtyczki przeciwników ustroju, pod przydrożne drzewo, i zakopać rękopis. Już wpisałem pod spodem datę.

Gdyby nas tam przyuważono, mamy powiedzieć, że ukradliśmy ten samochód. Więc życzmy sobie powodzenia.

———————-

Minęło 16 lat. Rodzice A. 10 lat wcześniej popełnili samobójstwo. Gazeta nie odwżyła się zająć tą sprawą. A oni odczytywali często ekspertyzę patologa, nakładała im się to na – oględną – opowieść przyjaciela syna i – jeszcze oględniejszą – profesora N. Zadręczali się, nie mogli znieść myśli o cierpieniach jedynaka. I o tym, że jego dziecko jest porzucone gdzieś na zapyziałej wsi, i nie pozwalają im do niego dotrzeć. Sytuacja polityczna kraju, mimo paru buntów, szybko i krwawo stłumionych, nie zmieniła się, więc nie było żadnej nadziei.

W ciągu tych lat miasteczko wzbogaciło się trochę na wczasowiczach i postanowiono poszerzyć szosę od stacji kolejowj.

16-toletni chłopak, Simon, najął się do tej pracy. Koledzy ze wsi mu powiedzieli, że tam dobrze płacą.

Simon nie wyglądał na chłopskie dziecko, choć był jak oni, a nawet biedniej ubrany, włosy miał zbyt długie i zawsze zwichrzone.

Od czasu, gdy jego babka umarła, mieszkał sam w jej dwuizbowym starym domku. Matka prawie się nim nie interesowała. Była już niemłoda i nie przelewało jej się. Więc chłopak najmował się do różnych prac i zarabiał na chleb.

Babka była dla niego dobra. Pytał ją gdzie jest jego ojciec, mówiła, że umarł. Raz, gdy miał z 9 lat, zabrała go na cmentarz i pokazała grób. Zobaczył, że ojciec był stary. Spytał dlaczego matka wyszła za niego. „Bo miał dom i dobrą pracę, był stolarzem, i był dobry dla niej”.

Matkę widywał rzadko, gdy przychodziła do babki, która jej dawała trochę pieniędzy. Do siebie go nigdy nie zabierała. Czasem przychodziła z synkiem, który był jego bliźniaczym bratem. Byli do siebie niepodobni i mieli różne usposobienia. Ojciec umarł zanim chłopcy się urodzili – w domu babki, która pomagala córce także przy poprzednich porodach.

Matka miała jeszcze dwie dziewczynki, jedną starszą o rok, drugą o dwa lata.

Pytał dlaczego on jest u babki, a brat u matki.

– A co – źle ci u mnie? Ona cię wykarmila, ale nie mogła zajmować się i tobą i nim, bo on był slaby, wrzaskliwy…

Babka wyraźnie nie lubiła jego brata.

Gdy zaczęli chodzić do szkoły, nie siedzieli w jednej lawce i prawie się do siebie nie odzywali. Siotry były w innych klasach i nawet na przerwach nie interesoway się braćmi.

Tylko do kościoła chodzili w niedzielę wszyscy razem. Potem bez babki, bo chore nogi nie pozwalały jej już chodzić.

Simon widział od czasu do czasu jak ktoś z miasteczka przyjeżdża do babki i daje jej pieniądze. Spytał ją o to.

– To syn piekarza. Kiedyś mi nie zapłacił za robotę i teraz spłaca.

– Dlaczego on na mnie patrzy jak wilk?

– E tam, zdaje ci się…

Raz jego brat bil się na podwórku szkolnym z chłopakiem z wyższej klasy, który go solidnie tłukł. Simon poczuł rodzinną solidarność, podbiegł i przyłożył dryblasowi, który odszedł i nagle przystanął.

– Bękarty, wyskrobki! – wrzeszczał.

Simon uczył się bardzo dobrze. Nauczyciele mówili, że pójdzie pewnie do gimnazjum.

Kiedyś, gdy już był w ostatniej klasie podstawówki, widział, że stary człowiek stoi pod drzewami przy wejściu i przygląda mu się.

Chłopiec z miasteczka powiedział mu, że to piekarz.

To dziwne… Jego syn mnie nie cierpi, a on mi się przygląda…”

Piekarz umarł. Wszyscy z okolicy byli na jego pogrzebie.

Babka pomodliła się za jego duszę w domu.

– Pan Bóg mu wybaczy… – powiedziała.

Syn piekarza przestał przyjeżdżać. Widocznie już spłacił dług.

O gimnazjum nie było mowy, babka powiedziała, że nie ma na to pieniędzy.

Latem babka umarła. Simon bardzo płakał na jej pogrzebie. Matka przyszła potem i zabrała różne rzeczy z domu babki. Simon widział, że podnosi materac i wyciąga jakieś małe zawiniątko.

– Jesteś już duży, najmij się do roboty w polu – powiedziała i poszła.

Tak zrobił. Zarabiał mało, ale starczało mu na żywność.

Praca przy poszerzaniu szosy była ciężaka. Ale płacili lepiej niż chłopi.

Przydzielili go do przesadzania przydrożnych wielkch drzew dalej od

szosy. Simon lubił drzewa i robił wszystko, co mu kazali ostrożnie i z oddaniem.

Raz, gdy już się rozchodzili po pracy, wydało mu się, że największe, jeszcze nie przesadzone drzewo, ostatnie, trochę oddalone od innych, przechyla się w jedną stronę. Zbliżył się i zobaczył, że jakieś zwierzę

wyryło tam dość głęboką jamę.o. Chciał zgarnąć do jamy ziemię i suche gałęzie, ale zauważył coś połyskującego na dnie. Pochylił się, chwycił palcami i wyciągnął niewielką paczkę owiniętą blyszczącą folią. Usiadł na ziemi . Wziął scyzoryk i zaczął majstrować, aż udało mu się dobrać do metalowego pudeka. Z trudemn zdołał podważyć pokrywkę. W środku zobaczył opakowany w przezroczysty nylon zwinięty w rulon papier. Wyciągnął go, rozwinął i przeczytał ręcznie napisany tytuł: „Krótka hisroria powstania i upadku nowej wiary”.

Ludzie z odległych wsi pracujący przy poszerzaniu szosy mogli nocować w starej cegielni, gdzie były piętrowe łóżka. Simon tam sypiał i dopiero po porannym niedzielnym nabożeństwie szedł do domu. Była właśnie sobota, ale postanowił, że pójdzie prosto do domu, na nabożeństwo nie przyjdzie. Jeśli spytają, powie, że go bolała uderzona noga. (Kolega niechcący upuścił łopatę na stopę Simona i zrobił się duży siniec.)

Przyszedl do domu zmęczony, umył się i zasnął na siedząco, nie tknął nawet kromki chleba z serem i z ogórkiem, którą sobie przygotował. Gdy się ocknął było już ciemno. Zapalił światło, zjadł i chciał przeczytać rękopis, ale oczy mu się kleiły, więc się położył spać.

Wstał wcześnie rano, napił się kawy i rozłożył papiery na stole. Kartki zwijały się, musiał je przytrzymywać żelazkiem.

Czytał bez przerwy aż do południa. Był oszołomiony. Nie opisaną wiarą, która go rozśmieszyła. „W dziecko chcą wierzyć? Przecież dzieci mało co wiedzą.” Nie był religijny, mimo, że babka ciągle się modliła, a może właśnie dlatego… Odbębniał modlitwy tylko dla pozoru.

Zawładnęła nim historia tego oddanego wiejskiej babie dziecka i miłości A. i córki piekarza. Dostał dreszczy. Mówił do siebie głośno: „To co, że daty sie zgadzają… Może to nie w naszej wsi… Ale gdzie? Przecież znam dzieciaki ze szkoły, żaden nie był u babki, wszyscy mieszkali z matką i z ojcem.”

I pomyślał o niepodobnym do niego bracie-bliźniaku, o obojętności matki i sióstr. I przypomniał sobie, jak pobity przez niego chłopak krzyczał „Bękarty!” Ale przecież nie tylko na niego, na bliźniaka też… Postanowił, że musi się dowiedzieć co było przed jego urodzeniem.

Po południu poszedł do starszej siostry, która już wyszła za mąż. Metalową puszkę po ukrytym maszynopisie oczyścił, aż błyszczała jak nowa. Nadawała się do przechowywania kawy czy ryżu. Zabrał ją dla siostry. Ucieszyła się z prezentu i pozwoliła mu wejść do kuchni.

Ale zerkała na niego podejrzliwie.

– Czego chcesz? – spytała łagodniejszym niż zwykle tonem.

Nie wiedział jak zacząć.

– Tak mi się jakoś zachciało wiedzieć więcej o naszej rodzinie.. Ty ojca pamiętasz?

– Trochę… Był dobry, zabawki nam strugał.

– No i zmarło mu się jak matka nosiła nas w brzuchu?

Spojrzała na niego.

– Matka sobie gacha znalazła jak ojciec chory był! Wy jesteście bękarty.

– To dlaczego tylko mnie oddała babce?

– Nie wiem…

Więcej nie zdołał z niej wyciągnąć.

Powiedziała, że jej mąż zaraz wróci, więc lepiej żebym sobie poszedł.

Usiadł w domu przy stole i rozmyślał. W końcu wstał, pozamiatał, ugotował sobie kartoflankę.

Potem przeglądał maszynopis jakby miał nadzieję coś jeszcze znaleźć. Olśniło go nagle, że syn pieksrza przywoził babce pieniądze. „Może za mnie, wcale nie za jej robotę?”

Nazajutrz przed wyjściem w drogę do pracy schował maszynopis pod materacem.

Chłopak, który upuścił łopatę na jego stopę, zaproponował, żeby poszli po pracy do miasteczka, że go zaprasza do spożywczego, kupi dla nich ciastka.

W sklepie były dwie starsze kobiety. Jedna przyglądała mu się dość długo. Potem odwróciła się do tamtej i powiedziała cicho: „Podobny do matki, bieduli.”

Gdy wyszli spytał kolegę, któtry był z miasteczka, co to za kobiety.

– Jedna ma krowę, sprzedaje mleko i robi sery. A druga tu mieszka niedaleko domu piekarza.

– Ten piekarz ma syna, nie?

– Tak, mieszka z matką. A młodszy wyjechał i nigdy nie przyjeżdża. Zona piekarza podobno sfiksowała jak umarła jej córka.

– A ta kobieta, co ma krowę, gdzie mieszka? Kupiłbym na przyszłą niedzielę mleka i sera.

– A tam, na końcu ulicy. Widać zaraz obórkę.

Simon wytrzymał jakoś do soboty i po pracy poszedł szukać mleczarki. Z łatwością znalazł jej dom. A ona akurat podlewała swój mały ogródek pod oknami.

Stał, nie wiedząc co powiedziać. Zauważyła go. Dała mu znak ręką i weszła do domu, a on za nią.

Kazała mu usiąść i znów uważnie mu się przyglądała.

– Jesteś podobny do matki, ale włosy masz takie kudłate jak twój ojciec.

– Proszę pani, ale ja nie wiem kto byli moi rodzice…

– Ale szuakłeś mnie? Dlaczego? Dowiedziałeś się czegoś?

– Tak.. – i szybko dodał – Od siostry. (Rozumiał, że o rękopisie lepiej nie wspominać.)

– No i czego chcesz ode mnie?

Zmieszał się.

– Kolega mi powiedział, że pani wszystko wie, co się kiedyś w miasteczku działo…

– No to co?

– To może pani wie kto są moi rodzice…

Postawiła na stole kubek mleka.

– Wypij.

– Dziękuję!

– Wiem, tak. To była nieszczęśliwa miłość. On byl studentem, a ona… Ładna, dzielna, chciała się stąd wyrwać…

– To dlaczego nie wyjechali?

Kobieta udecrzyła dłonią w stół, aż pusty już kubek podskoczył.

– Ona była córką piekarza! A to był straszny człowiek. Rządził całą okolicą, wszystkich miał w kieszeni…

– To on jej nie pozwolił się ożenić ze studentem?

– Nie pozwolił. Wydał ją za jakegoś bogatego kuzyna i ona zaraz umarła.

– A student?

– Słuchaj, ale nie puszczaj pary z gęby, że ze mną gadałeś, słyszysz? Przysięgasz?

Przeżegnał się.

– Wierzę ci, bo jesteś ich dzieckiem. Ten piekarz był stuknięty…

Mówił, że słyszy głos Boga. A głupi ludzie mu wierzyli. Npuścił ich na studenta. Pobili go tak, że umarł w szpitalu…

A jak on się nazywał?

– Nie wiem.

– I nie wie pani gdzie jest pochowany?

– Nie. Podobno jego rodzice zabrali ciało. Ale nie wiem skąd oni są.

– A moja prawdziwa matka jak miała na imię?

– Anna…

– Gdzie jest pochowana?

– W grobowcu rodzinnym męża. Nie szukaj, bo jak cię zobaczą, to będzie źle z tobą..

– A synowie piekarza nie bronili jej?

– Tfu! Oni byli jeszcze gorsi. Chcieli się siostry pozbyć, żeby było więcej dla nich.

– To oni mnie wywieźli na wieś?

– Już ci wszystko powiedziałam. Idź teraz. I pamiętaj – przysięgłeś!

Podała mu zawiniątko z twarogiem.

– Jakby cie ktoś pytał co tu robisz, to powiedz, że kupiłeś ser.

Simon podziękował i wyszedł.

Zastanawiał się czy syn piekarza jest taki jak jego ojciec i ludzie się go boją.

Nie poszedł do sąsiadki piekarza, bo co mu mogła nowego powiedzieć? Ze widziała jak wywożą niemowlę?

Na mszy przyglądal się księdzu, ale ten był młody, nie mógl tu być tyle lat temu.

Profesora N. nie znajdę, bo gdzie go szukać? A może już nie żyje…” westchnął.

Idąc drogą do wsi myślał, że może pojedzie do miasta, może znajdzie jakiś kurs komputerowy i pracę. Zaoszczędził trochę z zarobków za robotę przy szosie, może starczy na taki kurs.

W domu znów przeglądal maszynopis. Wszystko zapamiętał.

Więc nie znam nazwiska ojca ani dziadków. Tylko tego cholernego piekarza. Nagle pomyślał: „Czy to nie on mi się przyglądał w drzwiach szkoły? Sumienie go ruszyło, czy co?”

Poszedł do pracy. Minął tydzień. W spożywczym kupił kawę w metalowym pojemniczku. W domu wyjął terebkę z pojemnika i włożył do słoika po narmoladzie. Rękopis, złożony wpół, włożył do nylonowej torebki i wepchnął do pojemnika po kawie. Z wierzchu owinął go grubą nylonową torbą i zawiązał mocnym sznurkiem.

W poniedziałek przyszedł do pracy przed wszystkimi. Wybrał drzewo i zakopał pod nim paczkę z rękopisem.

Jeszcze w domu nie mógł się powstrzymać i pod spodem, pod datą, wykaligrafował: „Zyje, ja Simon, syn A. i Anny”.

————————–



Reklama

Reklama