TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Maj 2, 2015 | 1:22

KRZYK – Renata Jabłońska

Krzyk narasta we mnie, panoszy się tak, że grozi utratą przytomności. A tego się bardzo boję –utraty kontroli. Dlatego też nienawidzę narkozy.

Postanawiam więc wybrać jakieś ustronne miejsce, gdzie będę mogła krzyczeć – zachowując samokontrolę.

 

Jestem w pracowni chemicznej, gdy nagle wyje syrena. Jedna z laborantek tak się przeraża, że rozlewa żrącą zawartość próbówki.

To syrena ogłaszająca początek Dnia Pamięci, nie taka o zmiennym nasileniu, jak w czasie akcji wojennych.

Opary płynu wydzielają ostry zapach.

Coś mnie wypycha za drzwi i gna korytarzem aż do wyjścia. Idę w słońcu, jest mi gorąco. Dochodzę do cmentarza. Już przy pierwszym grobie stoi grupka ludzi. Jakaś kobieta strasznie płacze.

Obcy, stary mężczyna, patrzy na mnie z napięciem

– Pani go znała? To był odważny człowiek. Dzięki niemu żyję.

– To pana krewny?

– Nie. Ale był mi bliższy od brata.

Nie wiem co powiedzieć.

Po chwili stoję nad grobem mamy. Nie mam kwiatów, które jej zawsze przynoszę. Dlaczego? Chusteczką ścieram pył z nagrobka.

Chcę jechać do domu. Szukam mego samochodu Nie znajduję.

Jestem bardzo zmęczona. Siadam na ławce przy przystanku autobusowym. Podjeżdża mini-bus. Wsiadam. Po kilku przystanakch zostaję sama z szoferem, który o nic nie pyta i jedzie coraz szybciej.

 

Budzi mnie ostry dzwonek telefonu. Unoszę słuchawkę, lecz nikt nic nie mówi, choć parokrotnie powtarzam „halo?”. Słuchawka jest bardzo ciężka, ciemna jakaś, chyba ołowiana. I nagle wiem gdzie będę mogła krzyczeć. Znam takie miejsce. Tylko muszę sobie przypomnieć gdzie ono jest.

Jadę swoim samochodem i nie poznaję okolicy. Dokąd mnie zaniosło?

Naokoło pustka, nie ma domów, drzew. Tylko szosa i mój samochód.

Pędzę coraz szybciej, chcę dotrzeć do miasta, Powinnam iść do pracy.

Widzę stojący samotnie wielki gmach. Jest dziwaczny, jak betonowy olbrzymi kwadrat z doczepionym od frontu jaśniejszym prostokątem ze szklanymi drzwiami.Próbuję wejść. Drzwi nie chcą ustąpić. Okrążam ten kwadrat w nadziei, że znajdę jakieć boczne wejście. Zbliża się do mnie powoli dziwna postać, przypominająca cyrkowego klowna. Na głowie czarny cylinder. Zielony fraczek i granatowe spodnie. Pantoofle czarne z czerwomymi pomponami.

– Lepiej się tutaj nie pętać… – mówi z wymalowanym szmnką purpurowym uśmiechem.

– Dlaczego?

– Bo to dom nieśmiertelnych, a pani jest zwyczajna.

– A jak ci nieśmiertelni wyglądają? Jak pan?

Wybucha śmiechem.

– Skąd! Ja jestem zwykłym klownem z cyrku za rzeką. A oni są niewidzialni.

– To skąd pan wie, że w ogóle są? I po co im te szklane drzwi od frontu?

– Ale pani naiwna. Przecież władze miasta nie pozwoliłyby im zbudować domu bez drzwi!

Macha ręką, i zanim zdążę spytać kto właściwie ten gmach zbudował, znika. „Cyrk za rzeką? Jaką znowu rzeką?”

 

Stoję na nadmorskiej skale. Nie wiem po co tutaj przyszłam. Poniżej siedzą wędkarze. Jakaś para całuje się, a ich stopy obmywają łagodne fale. Ogarnia mnie nostalgiczny nastrój. I nagle zaczynam płakać. Ktoś mnie gładzi po głowie. Drętwieję.

– Wspomnienia bolą?

Odwarcam się. Nikogo nie ma. Zaczynam schodzić ze skały. Na promenadzie tłum ludzi.Nie znajduję miejsca, gdzie powinnam była zaparkować. Potrącona przez biegnące dzieci, padam i staczam się na piasek. Słońce grzeje mocno. Osłaniam oczy i patrzę na morze. Do brzegu zbliża się wielki biały jacht. Dwie sylwetki na pokładzie przywołują mnie ruchem rąk. Idę po grzbietach fal i trochę się dziwię, że nie tonę. Jacht zaczyna się oddalać, nie czekając na mnie.

„Zawsze coś mi ucieka sprzed nosa… Tamten pociąg też mi uciekł. I samolot wtedy, tyle lat temu.” Stoję na brzegu, woda obmywa mi nogi.

Pantofle lażą na piasku. Jestem bardzo zmęczona. Kładę się, opierając o nie głowę.

 

Ktoś na mnie krzyczy. Widzę tylko jego usta, zęby i język. Wrzeszczy tak, że boję się czy mnie nie uderzy. Uciekam, przeskakując jakieś ławki, stołki.. Słyszę złośliwy śmiech.

Pędzę ulicą. Wreszcie widzę mój dom. Wpadam do hallu, opieram się o ścianę i oddycham głęboko. Znów narasta we mnie krzyk. „I nie zanalazłam tego miejsca, gdzie bym się mogła wykrzyczeć…”

Moje łóżko stoi w kuchni. Dziwne, nie przesuwałam go. Ale padam na nie i natychmiast zasypiam.

Widzę opuszczony, na wpół zrujnowany dom na pustkowiu. Wiem gdzie jestem. I wiem, że tutaj mogę krzyczeć. Ale budzę się z uczuciem, że tego miejsca nie zobaczę, to zbyt daleko. Zrywam się, zamykam okna. Szparę pod drzwiami zapycham scierką do podłogi. Rzucam się brzuchem na łóżko, które jest teraz znów w sypialni. Chowam twarz w poduszkę i chcę nareszcie krzyczeć. Lecz z mego gardła wydobywa się wielki, bardzo głośny śmiech.     



Reklama

Reklama