TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Styczeń 23, 2015 | 6:03

KSIEGA – Renata Jablonska

Ktoś mi przysłał książke w ciemno zielonej płóciennej oprawie. Na pierwszej stronie złote pasemka. Na innych jakieś esy floresy, też złote.

Książka rośnie. Jest coraz większa i grubsza. Leży na podłodze, stół jest dla niej za mały.

Chcę otworzyć okno i muszę na nią wejść żeby to zrobić.Zdejmuję pantofle, nie potrafię deptać po książce w obuwiu.

Zanim zdążę dotknąć okna, wielkie karty wsysają mnie gwałtownie i przerzucają z jednej na drugą. To nie boli, jest nawet przyjemne, jak turlanie sie po zarośniętym trawą wzgórzu.

Złote pasemka ciemnieją, zlewają się, rosną i zamieniają się w posąg wielorękiej Kali. Boję się. Jestem niewysoka, a ona wielka. Unosi mnie i kołysze jakbym była dzieckiem.

Po sługiej chwili, choć nie słyszę jej głosu, obiecuje mi spełnienie jednego marzenia.

O czym marzę? Już nie jestem młoda. Czasem marzę o spotkaniu tego, którego bardzo kochałam, lecz takie spokanie po wielu latach wzbudza obawę, że się rozczarujemy… Chciałabym spotkać moich nieżyjących rodziców i innych bliskich, za którymi

tęsknię. Co wolę?

Zapadam nagle w sen. Budzę się zwinięta w kłębek na wielkiej czarnej stopie Kali. Teraz słyszę jej mocny, lecz dochodzący jakby zza muru, głos: „Tylko jedno może się spełnić.” Wpadam w panikę. Co wybrać? Zastanawiam się, nie wiem co powiedzieć. Karty księgi wyrzucają mnie na środek dywanu. Straciłam taką niezwykłą okazję, bo zbyt długo się wahałam! Nie po raz pierwszy…

Czuję, że dywan pode mną zaczyna falować, wybrzusza się po bokach i znajduję się jakby między dwiema wielkimi falami. Spadam w dół. Jest coraz ciemniej, duszniej. „Szkoda, że nie udało mi się otworzyć okna”, myślę., spadając niżej i niżej.

W końcu czuję pod stopami twardą nawierzchnię. Swiatło, blado-kremowe, pozwala mi dojrzeć pustą przestrzeń pomiędzy skalnymi ścianami. Siadam. Nie wiem gdzie jestem i co mam robić.

Nawierzchnia drga, niewielkie głazy spadają ze ścian. „Chcą mnie tutaj ukamieniowć? Kto? Nikomu nie wyrządziłam większej krzywdy…” Unoszę głowę w górę, jakbym chciała mieć niebo za świadka, ale zamiast nieba widzę zielonkawy, sfalowany materiał, a może pomięty karton.

Naokoło mnie coraz więcej kamieni. Boję się. Unoszę ręce żeby osłonić głowę. I jak pływak, który dotknął dna basenu, wydostaję się na powierzchnię.

Wpadam między karty księgi. Leżę na stronie tytułowej, lecz ona przerzuca mnie na środkowe, puste karty. Stoję, oparta plecami o jedną z nich, jakbym była fotografią czy ryciną. Trwa to dość długo.

Nagle widzę, że strona przede mną pokrywa się czarnymi literami. Po chwili czytam i rozpoznaję, że to jedna z ballad Mickiewicza. Litery są wielkie, księga ciągle rośnie.

A ja stoję, taka mała, jak przyklejona do olbrzymiej ściany.

Zaczynają mnie boleć nogi, chcę usiąść, a wtedy karta, nie tylko wielka ale też odpowiednio gruba, napiera na moje plecy i odrzuca mnie, aż lecę dużym łukiem i ląduję w rowie pomiędzy stronicami. Jest głęboki i szorstki. Leżę, tak jak upadłam, i zastanawiam się dlaczego księga mnie nie lubi, ja przecież zawsze kochałam i szanowałam książki. Może to wcale nie jest książka, tylko jakaś podstępna karykatura?

Może się za coś mści? Tylko za co? Co zrobiłam? To nie ja zabiłam pana i nie ja zasiałam na jego grobie lilije… W ogóle nikogo nie zabiłam!

Oczy mi się zaczynają kleić. Próbuję wstać. Nie udaje mi się. Zasypiam.

Jest jasno. Przez otwarte okno wpadają promienie słońca. Podchodzę i wyglądam na zewnątrz. Słońce stoi wysoko, już jest chyba po 11-tej przed południem. Spoglądam na pokój. Dziwi mnie moje zaścielone łóżko. Przecież dopiero co wstałam… Znów wyglądam przez okno. Ulicą jadą samochody, idą ludzie. Ale coś jest nie tak. Po chwili pojmuję, że nic nie słychać, żadnego hałasu. Na drzewie, które dobrze znam, siedzi ptaszek z otwartym dzióbkiem, kołysze się na gałęzi i na pewno śpiewa, ale nie słyszę… Może ogłuchłam? Przejeżdża tramwaj i pewnie dzwoni, też go nie słzszę. Zaczynam bębnić palcami w szybę, która nie wydaje żadnegp odgłosu.

Siadam na łóżku, zupełnie nie wiem co się dzieje. I nagle ta myśl – „Tramwaj? Tutaj nie ma tramwai… Gdzie jestem?”

Pokój wydaje mi się obcy, choć rozpoznaję zielonkawy dywan i wielki gliniany wazon. Ale nie ma moich ulubionych reprodukcji na ścianach, które są jakieś szarawe, nie białe, nie ma stolika z maszyną do pisania i…nie ma półek z książkami! „Gdzie jestem? Gdzie moje książki?”

Pokój wiruje, coraz szybciej, aż prawie tracę przytomność. Zawsze źle znosiłam karuzelę Ale kleżanki nalegały, więc wsiadałam, z żołądkiem pod gardłem.

Nagle wszystko się zatrzymuje. Stoję w wielkiej sali, zupełnie pustej. Białe ściany ze zlocistymi ramami, dzielącymi je na duże prostokąty. Podłoga, cała pokryta malinowym miękkim dywanem. Zaczynam chodzić. Zdejmuję pantofle i bosymi stopami wyczuwam chłodną puszystość. Jakie to miłe. W końcu siadam na środku sali i czekam. Na co?

Słzszę głośne tykaniae zegara, ale go nie widzę. „Czy będzie wybjać godziny? A może ma kukułkę?” Z oddali dochodzą dźwięki orkiestry grającej walca.

Ktoś mnie ciągnie za rękę. Biegniemy boso po świeżo podlanym trawniku. To wysoki mężczyzna w białych spodniach, granatowej koszuli i czapce odwróconej daszkiem do tyłu Wiec ktoś młody.. Kto to? Nie mogę dostrzec jego twarzy, wyprzedza mnie o krok.

I nagle wiem – to mój syn! Ale zaraz sobie uświadamiam, że nie mam syna.

Biegniemy coraz szybciej, z trudem łapię oddech.

Czuję nagle, że puścił moją rękę i …zniiknął. Padam na trawę. Nogi mi drżą ze zmęczenia.

Kołyszą mnie wielkie karty księgi. Łagodnie, jakby się nade mną litowały. Potem ciemnieją i znów pojawia się Kali. Stoję przed nią. Sięgam jej ledwie do kostek i muszę zadzierać głowę aż do bólu, żeby dojrzeć jej oblicze. Błyszczące, jak odlane z brązu.

I słszę jej dudniący głos.

-Nie wiedziałaś czego chcesz, więc Ci zrobiłam niespodziankę – dałam Ci waszego syna. Mogłabyś go mieć, gdybyś była odważniejsza. A ja lubię jak się rodzą dzieci. Teraz już jesteż za stara, nawet ja nie dokonam cudu i nie urodzisz już dziecka.

Stukam palcami w jej stopę i czuję, że jest metalowa, nie ma w niej życia. Buntuję się: —Kim jesteś żeby mnie upokarzać! Jesteś z metalu, pewnie nie wiesz naprawdę co to życie. Może wcale nie stchórzyłam, może to była mądrość?

Posąg Kali rozpływa się. Odczuwam satysfakcję. Choć kiedyś bogini wydawała mi się sympatyczna, Może ją zapamiętałam, taką ze swoistym poczuciem humoru, z noweli Manna.

I znów stoję pomiędzy katami księgi. Opieram się o jedną, a ta przede mną pokrywa się drukiem: „Odważna jesteś. Zobaczymy czego teraz dokonasz.” I po chwili leżę na dywanie. Okno nadal otwarte. Słońce już stoi nisko, jego promienie czerwienieją na szybach. Wieje łagodny wietrzyk.

Rozglądam się, bo nie widzę księgi. Wstaję. Szukam drzwi. Nie ma ich. Wyglądam przez okno, ale jest zbyt wysoko żeby wyskoczyć. Na dole jadą różne pojazdy, słzszę szum ulicy. Zrezygnowana, gotowa położyć się na dywanie i zasnąć, dosrzegam księgę. Stoi, jak wielka szafa, za moim łóżkiem, które się pojawiło na swoim miejscu.

Zrzucam z nóg pantofle, wchodzę na łóżko i dotykam jej. Okładka otwiera się miękko. Stronice są zadrukowane. Czytam: „Sen, który mię trapił w nocy i obudził, był wykładnikiem lęku. Nawrotem czasu, który powinien być zabroniony naturze…” Dalej puse miejsce. Chcę, jak na egzaminie, powiedzieć: „Wiem kto to napisał”, ale stronice, jakby na nie wiał wentylaror, odwracają się w zawrotnym tempie. Migają rzędy druku. Wreszcie okładka zamyka się na końcu. Jest zielona, ale bez złotych pasów. Właściwie nie mam pewnści, czy one w ogóle na niej były.

Księga kiwa się, pada na mnie i znów jestem pomiędzy jej kartami. Przerzucają mnie, dość łagodnie. Widzę wydrukowne słowa: „Nie zdałaś.”

– Nie zdałam? Przecież się nie mylę, wiem skąd ten cytat. I znam jeszcze inne cytaty. I wiersze.

– Wierzymy Ci na słowo. Jesteś oczytana. Kochasz książki, pamiętasz cytaty i wiersze. A pamiętasz co ON ci powiedzaiał? Możesz zacytować?

– Pamiętam… Ale nie mogę, to zanadto boli…

Karty cicho szeleszczą, a ja siadam i zasypiam.

Stoję, jak przyklejona, Karty księgi, nieruchome, nic mi nie robią, niczego nie pokazują. Stoję i stoję i zaczynam marzyć żeby mnie znów wyrzuciły na dywan. Nic z tego.

Ale odczuwam lekkie kołysanie. Udaje mi się usiąść. Niezadrukowane teraz karty drżą wywołując powiew. Ta, na której przysiadłam, unosi mnie, odpływa ze mną.

Długo lecimy w powietrzu. Mam wrażenie, że zaraz zobaczę nasz dawny dom, choć wiem, że został zburzony. Ale na tle puchatej chmury widzę nagle twarze mamy i taty.

„Czy jednak Kali postanowiła wybrać za mnie i spełnila jedno moje życzenie?”

Opadamy. Stoję przed domem, karta znika. Wchodzę na klatkę schodową, potem na drugie piętro. Zatrzymuję się przed znanymi mi dobrze drzwiami, Naciskam dzwonek. Nikt nie odpowiada. Szukam klucza. Nie mam go. Siadam na stopniu i czekam.Bardzo długo, w końcu zasypaim.

Stoję w moim dawnym pokoju obok półek z książkami. Na środku skrzynia, do której wkładam te, które zabiorę w daleką podróż. Mam jch dużo, nie wszystkie zmieszczą się w skrzyni. Więc muszę wybierać. Trudno mi się zdecydować które zostawić. Skrzynia jest pełna, a z Dzieł Mickiewicza zmieściły się tylko cztery tomy. Nie wiem co robić, zaczynam wyjmować niektóre książki, inne wpycham z powrotem. Zal mi każdego odrzuconego tomu. Jestem spocona, strasznie zdenerwowana.

Budzę się na swoim łóżku. Księga znów leży pod oknem. Jest noc. Ale światło małej lampki na nocnym stoliku pozwala mi dojrzeć, że ona maleje. Wstrzymuję oddech. Księga rozpada się na wiele normalnej wielkości książek. Całymi szeregami posuwają się naprzód. Dokąd? Rozglądam się po pokoju. Sciany są teraz białe. Widzę też drzwi.

Naprzeciw łóżka półki z moimi książkami. Nawet nad drzwiami.

Widzę, że pokój poszerza się i obok moich starych półek wyrastają nowe. Szeregi ksiąśek układają się na nich. Tylko jedna jest w zielonej płóciennej okładce.               



Reklama

Reklama