TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Maj 16, 2015 | 9:27

NAMIASTKA – Renata Jabłońska

Rano dzwonił telefon. Zachrypnięty męski głos zawiadamia, że posłaniec chce mi przynieść przesyłkę, jeśli będę w ciągu najbliższej godziny w domu. Potwierdzłam, Chcę spytać skąd ta przesyłka, ale połączenie już jest przerwane..

Po pół godzinie młody człowiek wręcza mi niewielką paczuszkę, każe podpisać. Gdy zamykają się za nim drzwi, oglądam ją. Mój adres i telefon wypisane bezbłędnie, nieznanym mi charakterem pisma. Nadawca: „I. Jakobi”. Kto to może być? Rozrywam papier. Białe kartonowe pudełko otwiera się bez trudu, W środku mniejsze, na którym leży koperta. List napisany na myszynie, podpisany X.X. …: „Pozwalam sobie przesłać Pani ten klucz wraz z moimi najlepszymi życzeniemi.” Z małego pudełka wyjmuję coś, co wygląda jak półokrągłe puzderko na biżuterię. Na białym atłasie leży niewielki klucz. Nie złoty i nawet nie srebrny.

Z nieokreśloną obawą biorę go do ręki. Zwyczajny klucz. Co to ma znaczyć? Jakiś Jakobi przysyła mi klucz – do czego? Od autora listu, X.X..- Kim on jest?

Siadam przy stole, kładę pudełko z kluczem i zamykam oczy w nadziei, że nadejdzie jakieś wspomnienie mogące wyjaśnić tę zagadkę.

 

Wóz policyjny zawodzi i ciska naokoło ostre smugi światła. Siedzę obok szofera, który wcale nie jest policjantem. Spogląda na mnie i wybucha śmiechem. To nie jest wesoły śmiech.

– Ukradłem im wóz! Dojedziemy do wsi i wtedy zobaczysz!

– Co zobaczę? – głos mi drży ze strachu.

A on się śmieje i pędzi jak szalony.

Budzę się na sianie w szopie. Lubię zapach siana. Przez szpary w deskach wypływają cienkie strużki światła. Z sufitu zwisają źdźbła słomy.

Wstaję, próbuję otworzyć drzwi, zbite z kilku desek, z jedną poprzeczną, przybitą na ukos. Nie udaje mi się. Przez szerszą szparę widzę kury dziobiące ziarno. To mnie jakoś pociesza.

Zupełnie nie pojmuję dlaczego tutaj jestem. Czy ten zwariowany szofer bierze mnie za kogoś innego? Może mnie porwał i zażąda okupu… Od kogo? Nie mam bogatych krewnych. Stoję i stoję i nic się nie dzieje. Kury sobie łażą, poza nimi nikogo nie widać. I nie słychać żadnych odgłosów.

W końcu, zmęczona staniem, kładę się na sianie.

 

Stoję na moście. Rzeka jest oliwkowo zielona. J. stoi obok i patrzy na mnie, nie na rzekę.

– Patrz jaki piękny odcień zieleni ma dziś rzeka – uśmiecham się do niego.

– To nie zielony, to szary…

Nie chcę się z nim sprzeczać.

– Musimy już iść, twoja matka na nas czeka – mówię.

J. wzrusza ramionami i opiera się plecami o poręcz,

Zaczynam powoli iść w stronę ulicy. Nagle słyszę straszny krzyk. Odwracam się J. nie idzie za mną. Nie ma go. Cierpnę ze strachu. Wracam na most i patrzę na wodę. Jest gładka, lśniąca. Widzę zbliżającego się policjanta.

– Proszę pana, obawiam się czy mój mąż nie skoczył przed chwilą do rzeki…Słyszałam krzyk.

– A gdzie pani była? – Ma groźną minę.

– Szłam przodem, byłam już za mostem, na ulicy. Czy nie może pan wezwać pomocy? Nawet jeśli to ktoś inny skoczył…

– A czy pani pokłóciła się z mężem?

– Nie, skąd.

– Nie popchnęła go pani?

– Nie! Przecież proszę, żeby go szukać, ratować!

Policjant bierze mnie pod ramię i prowadzi w przeciwną niż szłam stronę. Nie wiem co robić. Szarpię się.

– Dlaczeo pan nie wzywa pomocy?!

-Pani mi nie będzie dyktować co mam robić!!

Wyrywam mu się, rozpędzam i przeskakuję barierkę…

Ląduję na czymś twardym, lecz nie robię sobie krzywdy. Siadam i widzę, że to pokład niewielkiego statku. Ktoś się do mnie zbliża. To J.! Nosi kapitańską czapkę, uśmiecha się.

– Wiedziałem, że przyjdziesz.

– Dokąd płyniemy?

Ma tajemniczą minę.

 

Nadmorskie miasto. Znane mi ulice. A jednak nie wiem dokąd iść. Nie pamiętam, czy mam tu mieszkanie, czy gdzieś pracuję… Jestem stanowczo zbyt ciepło ubrana. Zdejmuję żakiet. Chciałabym też ściągnąć rajstopy, ale przecież nie zrobię tego na ulicy.

Rozglądam się. Mijają mnie przechodnie w letnich ubraniach. Dużo dziewczyn w krótkich spodenkach i trykotowych koszulkach. Długonogie, opalone

Widzę jakąś ruderę. Idę tam i za załomem muru ściągam rajstopy. Co za ulga! Wychodzę na ulicę i nie poznaję jej. Nie wiem gdzie jestem. Przejeżdża widmowo pusty, biały autobus. Ludzi coraz mniej. Szukam przystanku, może mi pomogą numery autobusów, może któryś zawiezie mnie w znaną okolicę. Idę i idę i nie widzę przystanku.

Naprzeciw mnie, ciągnąc wózek z zakupami, idzie tęga niemłoda kobieta. Zatrzymuję ją.

– Proszę pani, może pani wie, gdzie jest przystanek autobusowy?

– Zgubiłaś się, moje dziecko?

„Dziecko? Przecież jestem dorosłą kobietą. Lecz widzę, że jestem niewiele wyższa od jej wózka.

– Chodź ze mną, odpoczniesz, zjesz coś, a potem pomyślimy jak znaleźć Twoją mamusię.

Bierze mnie za rękę. Drepczę przy niej, słysząc z tyłu stukot kółek wózka. Pustej ulicy nie przecinają inne, prostopadłe.

– Teraz ty trochę ciągnij wózek, bo już jestem bardzo zmęczona – mówi kobieta i kładzie moją dłoń na półokrągłym uchwycie.

Wózek ciągnie mnie do tyłu, zaczyna pędzić. Nie udaje mi się puścić uchwytu ani odwrócić się do przodu. Czuję.że mnie unosi nad chodnikiem. I lecę tak tyłem nie wiadomo dokąd.

Wózek puszcza mnie nagle, spadam na chodnik obok czteropiętrowego domu, który wydaje mi się znajomy. Brama jest otwarta. Z prawej strony sień i schody. Wchodzę na trzecie piętro.

Wydaje mi się, że lewe drzwi prowadzą do naszego mieszkania. Naciskam klamkę. Drzwi się otwierają, lecz za nimi nie ma mieszkania, nie ma nic. Cofam się i próbuję otworzyć sąsiednie drzwi, lecz te nie otwierają się. Wchodzę na czwarte piętro. Wszystkie drzwi stoją otworem Za nimi ciemność. Nim zdążę się cofnąć, jakaś siła pcha mnie do przodu, wpadam w czarną dziurę. Jest duszno, ale miękko.

– Zjawiłaś się jednak? Co cię przygnało z zagranicznych wojaży? – D. pochyla się nade mną.

– To ty żyjesz? Tak się cieszę!

– Niby dlaczego miałbym nie żyć? Myślałaś, że jak mnie opuścisz, to się zabiję?

– Nie opuściłam cie, skąd! Kochałam cię przecież i chciałam żebyś żył. Ale ten wypadek…

– Jaki znów wypadek – przerywa mi zdziwiony.

Robi się coraz jaśniej. Widzę, że on jest młody. A ja? Patrzę na swoje dłonie. To nie są ręce młodej kobiety.

 

W samolocie jest zimno. Opatuleni pledami podróżni drzemią. Ja nie mogę spać, jestem zbyt podniecona. Chcę już stanąć na puszystym śniegu, z całych sił próbować przypomnieć sobie głodne dzieciństwo. I twarz mojej młodej mamy.

Dlaczego w tym samolocie jest tak zimno? A ci wszyscy ludzie śpią?

Samolot ląduje nagle na środku zamarzniętej rzeki, i znika.

Stoję sama. Brzegu nie widać – świeci słońce, lód mieni się tęczowo. Nagły huk i zaczyna pękać. Wokół mnie wirują wielkie kry. Kręci mi się w głowie.

Siedzę z J. na schodkach drewnianej willi. Przede mną klomb bratków, które sama zasadziłam. J. śmiał się, że powinniśmy zamieszkać na wsi, bo mam dobrą rękę do roślin Ktoś się zbliża dróżką od rzeki. To D. Boże, co on tutaj robi? Spoglądam na J. Jego twarz jest spokojna, ale w oczach widzę napięcie. Nie wiem co powiedzić, co zrobić…

Lecz D. znika. 

Jest wczesny poranek. Pospiesznie zjadamy z J. śniadanie, rozglądamy się po domu, bierzemy walizki i wychodzimy. J.   zamyka drzwi na klucz, który chowa w wielkiej donicy przed gankiem.

 

W pociągu siedzę z D. Nie wiem skąd się wziął. Ale tak się cieszę!

– Tak bardzo za tobą tęskniłam – mówię.

– Ale szybko znalazłaś tego J.!

– Skąd o tym wiesz? – dziwię się, bo przecież od tylu lat go nie ma.

– Wiem wszystko – mówi poważnie – I rozumiem Cię. Wyjmuje z kieszeni portfel, ostatni prezent ode mnie – i kładzie go na ławce.

Chce mi się płakać, chcę go przytulić, lecz on znika..

Otwieram torebkę, szukam chusteczki. Widzę mały klucz na dnie saszetki. W jednej z przegródek leży duży klucz. „Więc jadę do siebie, do mojego mieszkania, do mojego miasta, do moich spraw…” Oddycham z ulgą.

Pociąg przystaje na jakiejś niewielkiej stacji. Do mojego przedziału wchodzi starszy pan, w pięknym szarym garniturze. Siada naprzeciw. Patrzy na portfel D., którego nie miałam odwagi dotknąć..Bierze go do ręki i obraca, jakby się nim bawił. Otwiera go i wyjmuje kopertę.

Uśmiecha się, wyciąga do mnie rąkę.

– Jestem Jakobi – mówi.

„Jakobi? Coś mi to nazwisko przypomina…” Patrzę na niego, chcę spytać kim jest

– Pani mnie nie zna, nie spotkaliśmy się nigdy. Ale miło mi panią poznać. I chciałbym spytać co pani zrobiła z takim małym kluczem?

To pan mi go przysłał?

– Tak, z czyjegoś polecenia. I mam do pani pytanie: Czy nie wymieniłaby pani dużego klucza na ten mniejszy?

– Dlaczego?

– Bo to jest klucz do innego losu.

– Do innego losu? Kim pan jest?!

– Tego nie mogę powiedzieć. Ale inny los może być lepszy, ciekawszy… – jego uśmiech wydaje mi się chytry.

Czuję się dziwnie. Migają mi przed oczami twarze moich bliskich – tych, których już nie ma, i tych, których mogę zobaczyć. Prostuję się.

– Dziękuję panu, zostawię sobie swój los.

Niewidzialna dłoń wyjmuje z mojej torebki mały klucz. Nikt naprzeciw mnie nie siedzi. Znika też portfel i list.

Pociąg jedzie coraz szybciej. W panice szukam dużego klucza. Jest!

 

 

 



Reklama

Reklama