TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Lipiec 31, 2014 | 11:35

NIKNĄCE TWARZE – Renata Jabłońska

Chwyciła mnie za rękę gdy wsiadałam już do taksówki przed telawiwskim lotniskiem.

  • Proszę, bardzo proszę, niech mi Pani da swój numer telefonu! Nie będę zawracać pani głowy, tylko jeden raz poproszę o spotkanie…

Zaskoczyła mnie. Nie uwierzyłabym, że potrafi o coś prosić. Przed odlotem, w poczekalni na warszawskim lotnisku, miała wyniosłą minę, a w samolocie, gdy wszyscy wpadli w panikę, zadziwił mnie wyraz euforii na jej twarzy.

Ja umiem widocznie włączać jakiś wrodzony (a może nabyty w czasie wojny) system samoochronny, który pozwala mi zachować zimną krew i nie martwić się dopóki nie jest już bardzo źle i niebezpiecznie. Gdy 45 minut przed lądowaniem ogłosili, żeby zapiąć pasy i w żadnym razie nie opuszczać foteli, i że będziemy odczuwać silne wstrząsy, ludzie zaczęli się denerwować, dopytywać co się dzieje, krzyczeć nawet. Odczułam, oczywiście, niepokój, ale byłam spokojna, rozglądałam się i przyglądałam pasażerom. Ona siedziała na sąsiednim fotelu, tuż przy przejściu, jak ja. Gdy na nią spojrzałam, zlękłam się prawie. Jej twarz wyrażała triumf! Oczy błyszczały, siedziała wyprostowana jak przedtem, i tylko usta wykrzywiał grymas pogardy. Zaintrygowało mnie to niebywale. Obserwowałam ją i w końcu to odczuła. Spojrzała na mnie uważnie i miałam wrażenie, że coś ją zdziwiło.

Samolot dygotał, niektórzy pasażerowie reagowali krzykiem, ktoś nawet głośno płakał, dwaj religijni młodzi ludzie z Ameryki modlili się żarliwie.

A ona siedziała nadal spokojna, wyprostowana, triumfująca. Zerkałyśmy na siebie.

Po 15-tu chyba minutach wstrząsy ustały, pilot ogłosił, że drobna awaria została opanowana i lądowanie odbędzie się normalnie.

Spojrzałam na nią i zobaczyłam, że jej twarz jakby nagle zwiędła, zszarzała. Oczy miała zamknięte, nadal siedziała wyprostowana, ale ręce, które przedtem spokojnie trzymała na kolanach, teraz były aż do białości kostek palców zaciśnięte na poręczach fotela.

 

Trzy i pół godziny wcześniej, w poczekalni na lotnisku, też siedziała wyprostowana, z rękami na kolanach, z torebką przewieszoną na przegubie dłoni, i obserwowała podróżnych. Na widok gadających głośno po angielsku i śmiejących się religijnych młodzieńców przybrała ironiczny wyraz twarzy. Wyglądała jak sroga nauczycielka, zwłaszcza, że ubrana była w szary kostium z białą bluzką, a na wysoki połysk oczyszczone pantofle i torebka były czarne. Twarz miała pociągłą, dużo drobnych zmarszczek i bruzdy koło ust, oczy jasne, siwe włosy krótko ostrzyżone. Ani śladu szminki.

 

Wylądowaliśmy, jednocześnie z trzema innymi samolotami, i w tłumie podróżnych straciłam ją z oczu. Wśród ludzi przy taśmie z bagażami i w długiej kolejce do taksówek też jej nie widziałam. No i nagle do mnie podeszła. Dałam jej swoją wizytówkę. Intrygowała mnie i choć się trochę obawiałam, że narażam się na molestowanie ze strony dziwaczki, to jednak ciekawość wzięła górę.

 

Minęły ze dwa tygodnie, a ona nie odezwała się. Już zaczynałam zapominać o jej istnieniu, gdy nagle zatelefonowała.

  • Proszę pani, leciałyśmy z Warszawy tym samym samolotem. Nie przedstawiłam się pani, ale mam nadzieję, że mnie pani pamięta… Dała mi pani swoją wizytówkę.

Oczywiście, że pamiętałam. Umówiłyśmy się w znanej mi małej, cichej kawiarence. Siedziała już przy stoliku, gdy nadeszłam. Podała mi na powitanie wąską, suchą dłoń.

Stała przed nią na stoliku duża filiżanka czarnej kawy.

  • Kawa utrzymuje mnie przy życiu – uśmiechnęła się blado.

Zamówiłam sok i spoglądałam na nią, czekając.

  • Mam nadzieję, że pani mnie nie tylko wysłucha, ale też potrafi zrozumieć… Znam się na ludziach, widzę, że pani też dużo przeżyła.

Milczała dość długo, ja też.

  • Mam na imię Natalia. Moja mała siostrzyczka – usta jej w tym momencie silnie zadrżały – wołała na mnie Natka… Nasza matka umarła jeszcze przed wojną, gdy miałam 8 lat, a Lilka, moja siostra, cztery. Ojciec ciężko pracował w fabryce włókienniczej, a ja zajmowałam się małą. Jak byłam w szkole, to ona bawiła się z dziećmi sąsiadki, która je razem zamykała w mieszkaniu. Jej mąż był majstrem, ona też pracowała, i mieli duży pokój z kuchnią, nad nami. My mieliśmy na parterze mały pokoik z jeszcze mniejszą kuchnią. To było w Łodzi, tam zawsze mieszkaliśmy, tam się urodziłam. – Zamilkła, piła kawę. – Pamiętam nasze podwórko, na którym bawiliśmy się. Było szare, naokoło odrapane mury oficyn.

Ale zimą, gdy był duży śnieg, to była frajda! Lepiliśmy bałwany i domki ze . śniegu…

Mówiła ładnie po hebrajsku, starannie dobierała słowa, ale „bałwany” powiedziała po polsku. Słuchałam uważnie, czując, że dalszy ciąg będzie smutny, może nawet straszny, wojenny.



Reklama

Reklama