TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Marzec 22, 2015 | 10:57

OGOLONE GŁOWY – Renata Jabłońska

Zawsze kupuję w tym mini-markiecie. Chodzę na zakupy o różnych porach. I zawsze spotykam w pobliżu sklepu lub wewnątrz wysokiego, szczupłego mężczyznę w dżinsach i trykotowej koszulce z krótkimi rękawami. Ma ogoloną głowę, tu i tam połyskuje jakiś jasny włosek. „Lato, mokre upaly, bez włosów chłodniej, dużo młodych tak tutaj robi”, myślę. Ten też jest młody –w pociągłej opalonej twarzy błyszczą jasno zielone oczy. Silne ręce też są pięknie opalone.

Spotykam go coraz częściej O różnych porach dnia. “Co ten człowiek robi – nie pracuje, kręci się?” Zastanawiam się gdzie mieszka. Chyba gdzieś w pobliżu.

Dziś, idąc na zakupy, odrazu go spotykam. Tym razem prowadzi na smyczy dużego buldoga. Po paru dniach znów go spotykam, bez psa.

Któregoś wieczoru, w kawiarni, zauważam go przy barze. Rozmawia z

niemłodym łysym facetem, ale ten jest tęgi, o nalanej twarzy i z dużymi wąsami, jakby dla rekompensaty za łysinę.

W końcu przyzwyczajam się do widoku tego szczupłego mężczyzny i już prawie nie zwracam uwagi czy go spotykam czy nie.

Aż raz prawie na siebie wpadamy w drzwiach sklepu. Odsuwa się uprzejmie i przepuszcza mnie.

 

Budzę się w środku nocy. Leżę na obcym łóżku, pali się nie moja nocna lampka, która z trudem przebija mrok. Pokój jest duży, z wielką szafą pod ciemną ścianą. Czuję nagle, że ktoś leży obok mnie. Siadam. Na szerokim łóżku śpi spokojnie szczupły mężczyzna. “Co to znaczy? Przecież nie zapraszałam nieznajomego faceta do mojego łóżka! Ale to nie moje łóżko i nie moja sypialnia… Jego? On mnie zaprosił do siebie i przyjęłam zaproszenie? Niemożliwe.”

Wstaję ostrożnie. Na krześle leży suknia. Szybko ją naciągam, i na palcach idę w stronę drzwi. Same się przede mną otwierają. Zbiegam ze schodów. Jestem na ulicy, obok mini-marketu. Wchodzę do środka, choć jeszcze jest noc. Ale oni pracują 24 godziny na dobę. W szybie oszklonej szafki z łakociami widzę, że noszę nie swoją suknię! Fioletową, krótką, z falbaną. Nigdy takiej nie miałam, to nie mój gust. “Kupię chleb i pędzę do domu”, postanawiam. Ale widzę, że nie mam torebki, nie mam pieniędzy. W nadziei, że mnie może w tej sukni nie poznali, wybiegam ze sklepu.

 

Idę w stronę domu, robi się coraz jaśniej. Chcę wejść do swojego mieszkania, zanim mnie ktokolwiek w tej kiecce zobaczy. Lecz znajduję się u wejścia do wielopiętrowego nowoczesnego budynku. Wchodzę do środka, do dużego lobby, w którym stoi wielki szklany stół, a wokół niego szerokie, ciemno czerwone fotele.Widzę szereg wind. Podchodzę do nich. Rozsuwają się jedne drzwi. Bezszelestnie sunąca w górę winda. zatrzymje się na 42 piętrze. Drzwi się otwierają. Wychodzę do szerokiego korytarza. Lśniąca marmurowa posadzka prowadzi do dużej poczekalni, pustej, z wieloma zamkniętymi drzwiami. Szukam okna, chcę spojrzeć z wysoka na miasto, zobaczyc “ludzi jak mrówki”, samochody… Nie znajduję. Klimatyzacja dziala, nie jest duszno.

Siadam na jednym z miękkich, wygodnych foteli. “Odpocznę chwilkę, potem zjadę na dół i wyjdę na ulicę.” Lecz jestem widocznie bardzo zmęczona, bo zaraz zasypiam.

 

Jest rześki poranek. Siedzę na ławce w parku. Przede mną niewielkie wzgórze. Wiotkie, rozkołysane wiatrem rośliny są mi nieznane.

Wstaję i stąpając między roślinami wchodzę na płaski szczyt pagórka. Widzę morze, rozkołysane, lśniące w słońcu.

Schodzę ostrożnie w stronę plaży. Już rozstawiają kolorowe, wielkie parasole.

Nagle potykam się i spadam w dół. Leżę na piasku. Czuję, że mam otarte do krwi kolana. Ktoś pomaga mi wstać. Młody mężczyzna z ogoloną głową w niebieskich kąpielówkach. Dziękując za pomoc spogłądam na jego twarz – oczy ma piwne. Podprowadza mnie pod parasol i wskazuje leżak.

– Pójdę po szklankę wody i jodynę – mówi.

– Dziękuję, nic mi się nie stało. Zaraz wstanę.

– Ma pani pokrwawione kolana – uśmiecha się i odchodzi..

Leżak wybrzusza się i pomaga mi wstać. Widzę chodnik wzdłuż plaży. Zaczynam iść w kierunku ulicy prowadzącej do domu. To niezbyt blisko, ale idę już stanowczo zbyt długo. Na plaży gimnastykują się niemłodzi ludzie, którym młody mężczyna z ogolona głową, pokazuje co mają robić. Przyglądam im się. Coś mnie nagle popycha w stronę morza. Próbuję skierować się w bok. Nie udaje mi się. Moje nogi już się zanuurzają w wodzie, czuję pieczenie kolan. Myślę, że jeśli tak dalej pójdzie, to pewnie utonę. Woda dochodzi mi już do podbródka. I wtedy nadpływa duża łódź. Czyjeś ręce wciągają mnie do środka.

Słońce oślepia, nie mogę dojrzeć kto mi pomaga. Dopiero gdy mnie kładzie na dnie łodzi, widzę wielkiego męśczyznę z silnie umięśniomymi ramionami. W opalonej twarzy uśmiechają się czarne oczy. Unoszę wzrok – słomkowy kapelusz nie pozwala zobaczyć jakie ma włosy “Jeśli je w ogóle ma” –śmieję się w duchu. Łódź kołysze coraz bardziej. Mam mdłości. Zamykam oczy.

 

Siedzę w kawiarni. Do stolika podchodzi kelner. Jest niemłodym mężczyzną i ma bujne czarne włosy! Z radości zamawiam kawę i ciastko, choć od dłuższego już czasu nie jadam słodyczy. “Jak miło zobaczyć kogoś z czupryną”- rozweselona, rozglądam się naokoło. Tylko dwa stoliki są zajęte przez rozgadane starsze panie. Dostrzegam na ścianie tuż za mną duże lustro w podwójnej srebrnej ramie. I ogarnia mnie przerażenie – noszę nadal tę nie swoją, fioleową suknię!

Czarnowłosy krlner stwia na stoliku kawę, ciastko i lody.

– Nie zamawiałam lodów.

– To ode mnie… Ma pani taki miły uśmiech.

Tańczymy tango. W lustrze miga falbana tej okropnej sukni. I migają zdziwione twarze strszych kobiet. Jedna wypływa z ram lustra, patrzy na mnie, a jej oczy są bezgranicznie smutne. Po chwili znika.

Piję kawę. Widzę, że rozgadane panie nadal siedzą przy stolikach. Chcę zapłacić i wyjść. Kelnera nie widać. Więc kładę pieniądze na stoliku i wychodzę. Szeroka ulica nie jest mi znana. Robi się coraz ciemniej, zapalają się uliczne latarnie. Chcę spytać gdzie jestem, ale nie widzę ani jednego przechodnia. Postanawiam wrócić do kawiarni żeby się dowiedzieć jak mogę się dostać do domu. Ale kawiarni nie ma, zniknęła. Zdziwiona, bezradna, stoję i zastanawiam się w którą stronę się skierować.

Nagle widzę zbliżającego się mężczyznę w dżinsach, białej czapce z daszkiem i trykotowej koszulce. Oddycham z ulgą. On mi na pewno wskaże drogę.

 

Siedzę na fotelu, chyba dentystycznym. Boję się. Zaden ząb mnie nie boli, więc co tutaj robię?

Pochylony nade mną lekarz w niebieskim kitlu, ma odkrytą, ogoloną głowę. Spogląda na mnie kpiąco przymrużonymi zielonymi oczami.

Podaje mi lusterko.

– Proszę zobaczyć jakie ma pani teraz białe, piękne zęby!

Twarz w lusterku nie jest moja. I nie te końskie, długie zęby. Chcę krzyczeć.

Mdleję widocznie, bo leżę na kanapie w pokoju wyglądającym jak poczekalnia.

Wstaję. Szukam ubikacji. Znajduję ją, nadspodziewanie dużą i elegancka. Parę umywalek na tle wielkiego lustra, marmurowe blaty. Z ulgą dostrzegam, że noszę swoją barwną długą spódnicę i biała trykotową bluzkę. Uśmiecham się na wspomnienie fioletowej kiecki z falbaną. Skąd się wzięła?

Myję ręce. Lustro zjeżdża w dół, a za nim jest stajnia. Konie spokojnie przeżuwają owies. Przechodząc, przyglądam im się z przyjemnośią. Są zadbane, lżniące. Wszystkie kare.

Wychodzę ze stajni na łąkę nad rzeką. Blade słońce stoi wysoko. Przy brzegu kołysze się niewielka łódź. Potężny siwy mężczyzna ładuje paki na jej dno.

Potem prostuje się, przeciąga, i nagle mnie dostrzega. Ma siwą brodę. Ale nie jest stary. Jego oczy mają zły, nawet okrutny wyraz.

Starając się zachować spokój ruszam w kierunku stajni. Lecz nie widzę jej. Czuję, że ten siwy facet za mną idzie. Nie odwracam się. Po chwili słyszę jego ciężki oddech za moimi plecami. Boję się okropnie. Zaczynam biec.

Nagle zjawia się jeździec na karym koniu, chwyta mnie i sadza przed sobą.

Oddalamy się szybko od rzeki.

Czuję po bokach silne ramiona jeźdźca. Odwracam głowę.

Uśmiecha się do mnie szczupły, opalony mężczyzna z ogoloną głową i zielonkawymi oczami..



Reklama

Reklama

Treści chronione