TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Marzec 30, 2015 | 10:21

POWOLNE SPADANIE – Renata Jabłońska

 Położyć kwiaty pod krzakiem róż to trochę głupio. Ale nie mogłam sią powstrzymać i kupiłam bukiet ciemno czerwonych pachnących peonii.

14 lat wcześniej, gdy zmarł drugi mąż Leny, opowiedziała mi o tym, że zapisali się na kremację, że widzieli ogród, w którym pod krzakami róż grzebią prochy zmarłych umieszczając też tabliczkę pamiątkową, i że to im się bardzo spodobało. Więc prochy Henryka czekały tam na nią. Zmarł na atak serca mając 70 lat. Lena dożyła 76-ciu. Gdy ją widziałam rok wcześniej wyglądała na jakieś 65.

Dopiero trzy miesiące po jej śmierci udało mi się przyjechać do Belgii i oto idę pod ten krzak. Róże są żółte, duże, piękne. Kładę peonie i kpię ze swojego głupiego pomysłu.

Wielki ogród pełen róż. Idylliczny jakiś cmentarz. Są też, oczywiście, ławki. Siadam. Rozglądam się. W oddali mężczyzna w ciemnym ubraniu. Cisza. Słońce, mizerne jakieś. Chmury zapowiadające deszcz płyną sennie choć uparcie. Wstaję. Dotykam tabliczki przy krzaku Leny i Henryka, żegnając ich.

 

W nocy wysiadam z samolotu i jadę taksówką do domu. Na stoliku przy łóżku, w moim ulubionym glinianym dzbanuszku, dwie róże. Zółte. „Ładnie, że o tym pomyślał” – cieszę się, no i nie unikam myśli: „Dlaczego akurat żółte?” Bądę mogła go o to spytać dopiero za tydzień, bo po południu wyjechał do Londynu na dawno już zaplanowane odwiedziny u brata.

Zasypiam nad ranem i śni mi się roześmiana – a miała zawsze piękne zęby – młoda Lena. Podaje mi rękę i ciągnie po jakichś dziwnie wąskich, krętych schodach. Budzę się żałując, że sen został przerwany. Ale cieszę się, że tym razem nie był tak przerażająco smutny jak sny, które mnie prześladowały przez dłuższy czas po jej śmierci.

 

Gdy rozpakowuję walizkę i odwieszam ubrania do szafy, przypomina mi się jak kiedyś, dawno, wracałam po pobycie u Leny i walizkę miałam pełną prezentów od niej. Za każdym razem kupowała mi dużo ładnych rzeczy, dbając też o to, żeby były praktyczne. Smiała się ze mnie, gdy sama sobie sprawiałam coś, jak mówiła, zwariowanego. Ubierała się starannie, raczej skromnie. Lena miała hobby – kopiowała obrazy znanych malarzy. Wieszała je w swoim mieszkaniu i obdarowywała przyjaciół. Poza kopiowaniem nie malowała. Dziwiło mnie to i myślałam, że gdybym potrafiła kopiować, to chciałabym też malować własne obrazy. Ale ona mówiła, że jej to nie pociąga.

Była osobą zaradną, oszczędną w słowach i dzielną. To bardzo jej pomogło w czasie wojny, zwłaszcza po śmierci pierwszego, ukochanego męża. Mieli dobre aryjskie papiery i żyli stosunkowo spokojnie. Ale Karol ciężko zachorował i zmarł w 1943-cim roku. Nie miał jeszcze 40-tu lat. Dopóki żył, nieźle zarabiał i Lena nie musiała szukać pracy. Nigdy nie zdarzyło się, żeby ich zaczepili szmalcownicy. Ale już 5-tego dnia po pogrzebie, gdy wracała z cmentarza, ubrana na czarno i zapłakana, zaczepili ją dwaj młodzieńcy i wciągnęli do bramy. „Jesteś Zydówa”, powiedzieli beznamiętnie, „Dawaj forsę i złoto”. Lena powiedziała, że nie ma pieniędzy i nie jest Zydówką. Na ich żądanie zmówiła pacierz. Chcieli jej zabrać złoty krzyżyk, ale jakoś zrezygnowali. „Jeśliś nie Zydówka, to podaj swój adres! Przyjdziemy z gestapowcem…” Lena opowiedziała mi, że było jej tak źle bez Karola, tak za nim tęskniła, że było jej wszystko jedno co się z nią stanie, i podała im prawdziwy swój adres. Siedziała całe popołudnie, gotowa na najgorsze. Ale nikt nie przyszedł. Nazajutrz też nie. I potem już jej ani razu nikt nie zaczepił. Sama nauczyła się szyć i zaczęła robić poprawki i nawet szyć skromne bluzki, spódnice i sukienki. Zdołała jakoś się z tego utrzymać. Po wojnie wróciła do rodzinnej Łodzi. Nikogo z rodziny swojej czy męża nie odnalazła. Spotkała natomiast Henryka, dawnego kolegę Karola, który po kilku tygodniach zaproponował jej małżeństwo i wspólny wyjazd do jego brata do Belgii. Zgodziła się.

My wróciliśmy do Łodzi tuż przed ich wyjazdem. Lena podarowała mojej mamie na pamiątkę pierścionek, który moja babcia dała Karolowi w 1939-tym roku. Postanowiły obie nie ruszać grobu Karola, nie przenosić go na łódzki cmentarz.

No i Lena wyjechała z Henrykiem do Belgii.

Miałam wtedy 10 lat i zapamiętałam Lenę jako śliczną kobietę, ładnie ubraną i uczesaną.

 

Gdy po raz pierwszy pojechałam do Leny do Brukseli byłam już dorosłą, 24-roletnią kobietą. Minęło 14 lat od powojennego spotkania, ale wydała mi się jeszcze ładniejsza. Moja mama już nie żyła i dużo mówiłyśmy o niej i o Karolu.

Henryk był wobec mnie niezwykle miły i gościnny. Jego starszy brat, który go do Belgii ściągnął i był podporą całej rodziny, i jego żona i syn też, byli bardzo serdeczni. Cieszyłam się, że Lena ma taką troskliwą rodzinę i dobrobyt.

Któregoś przedpołudnia poszłyśmy same na długi spacer w podmiejskim lasku. Lena pytała mnie o mojego ówczesnego przyjaciela, o to czy chcę mieć dzieci. „Tymczasem o tym nie myślę”, powiedziałam i odważyłam się spytać: „A ty nie chciałaś?” Spojrzała na mnie uważnie: „Nie wiem co by było gdyby nie wojna. Ale potem już nie chciałam. Z Karolem zdążyliśmy rozmawiać na ten temat tylko raz, jakiś miesiąc po ślubie, gdy wydało mi się, że jestem w ciąży. Powiedział, że zda się na moją decyzję. Ale chciałam wiedzieć co on o tym myśli. Tłumaczył, że sytuacja jest groźna, zbliża się wojna, i dziecko może cierpieć, a my też… Zgadzałam się z nim, ale kochałam go tak bardzo, że byłoby mi strasznie smutno gdybym to dziecko zniszczyła. Na szczęście alarm okazał się fałszywy, nie byłam w ciąży.” Lena zaśmiała się: „To dobrze, że nie mam dzieci. Swiat coraz mniej mi się podoba… To znaczy, ludzie, rządy, polityka…”

Rok po mojej wizycie w Brukseli Lena przyjechała na dwa tygodnie do Tel-Awiwu. Chodziłyśmy dużo po mieście, jeździłyśmy na wycieczki. Była zachwycona krajem, rozmachem rozbudowy, przyrodą. Ale ludzie na ulicach trochę ją przerażali. „Dziwni jacyś, nie wyglądają jak Zydzi… I strasznie źle wychowani. Nie wiedziałam, że są tacy Zydzi, tacy bezczelni, butni…” Smiałam się, choć dobrze pamiętałam własne swoje wrażenia po przyjeździe do tego kraju. Zastanawiałam się czy gdybyśmy pochodziły z Nalewek czy z Bałut też byłybyśmy takie wrażliwe na zachowanie znacznej części izraelskiej ludności.

 

Czas był dla Leny łaskawy, wyglądała ciągle bardzo ładnie. Była zawsze drobna, szczupła. Ale gdy miała 56 lat upadła na ulicy i złamała nogę w wyjątkowo skomplikowany sposób, w okolicy kolana i tuż przy biodrze. Przeszła trzy operacje, długą rekonwalescencję, różne zabiegi. Utykała potem i musiała się podpierać laską. Henryk i cała jego rodzina opiekowali się nią wspaniale.

Jak ją potem odwiedziłam i szłyśmy ulicą, trzymała mnie mocno pod pachę (nie brała laski gdy nie wychodziła sama). „Nie chciałabym nigdy być zależna wyłącznie od czyjejś opieki, niesamodzielna… Nie zniosłabym tego!”, powiedziała.

Po śmierci Henryka, gdy ją zobaczyłam czekającą na mnie na dworcu, wydała mi się mniejsza. Może to z powodu czarnego palta, na tle osypanego śniegiem peronu. Przyjechałam z Paryża, gdzie miałam jakąś sprawę do załatwienia, i mogłam zostać z Leną tylko dwa dni. Próbowała mnie namówić żebym zatelefonowała do mego szefa i poprosiła o parę dodatkowych dni urlopu, ale jak jej wytłumaczyłam dlaczego to niemożliwe, nie upierała się więcej. Było mi smutno i przykro, że ją zostawiam, lecz pocieszałam się, że jej szwagier z rodziną pięknie się nią zajmują. Miała też dobrych przyjaciół, dwie pary małżeńskie pochodzące z Polski i trzy kobiety – dwie wdowy i rozwódkę. (O tej rozwódce niektórzy mówili pobłażliwym tonem: „wariatka”.)

Po powrocie do domu zaraz do niej zadzwoniłam. Powiedziała, że wszystko w porządku, tylko noga ją boli bardziej niż dotychczas. Obiecała, że pójdzie do swego lekarza. Po jakichś 10-ciu dniach odpowiedziała uspokajająco na moje pytanie o nogę, twierdząc, że lekarz dał jej nowy lek i już nie boli. Starała się bardzo sprawić wrażenie spokojnej i zadowolonej, ale czułam smutek w jej głosie. „Bardzo ci źle bez Henryka?”, zaryzykowałam pytanie. „Tak. Teraz częściej myślę o Karolu. Nigdy nie przestałam o nim myśleć, ani na jeden dzień… Ale w samotności to jeszcze bardziej boli.” Nie wiedziałam jak zareagować, a ona, jakby to wyczuła, szybko powiedziała: „No, kończmy rozmowę, bo dużo za nią zapłacisz. Zresztą muszę się przebrać, idziemy z Basią do kina.”

Ilekroć telefonowałam zawsze wspominała Karola. Henryka rzadziej. No i zawsze skracała rozmowę mówiąc, że mnie będzie drogo kosztować.

 

Minęło 6 lat , zachorowała żona szwagra Leny. W ciągu wielu miesięcy tej choroby Lena opiekowała się nią z oddaniem. Po jej śmierci szwagier załamał się, stracił zapał do pracy, przekazał wszystkie sprawy synowi i zaczął jeździć na wycieczki. Interesował go zwłaszcza Daleki Wschód. Proponował Lenie żeby z nim pojechała, ale odmówiła tłumacząc, że przecież trudno jej chodzić. W rozmowie ze mną wyrwało jej się, że druga noga też ją boli. Zaniepokoiłam się. „To nic takiego, po prostu stare kości”, powiedziała. Potem już ani razu o tym nie wspomniała.

Szwagier wrócił z trzeciej podróży chory. Grypa nie grypa, nie zdrowiał. I już wcale nie wyzdrowiał. Lena zajmowała się nim. Po roku daremnych zmagań z chorobą zmarł. Mniej więcej w tym samym czasie zginęła w wypadku drogowym jej przyjaciółka, a mąż został ciężko ranny i po wyjściu ze szpitala wyjechał do córki do Kanady. Jedna z owdowiałych dawno przyjaciółek Leny przeniosła się do małego miasteczka na pograniczu z Francją, gdzie mieszkał jej syn z rodziną, a druga zachorowała na Parkinsona i dzieci oddały ją do specjalnego Domu Starców na przedmieściu.

W rozmowach z Leną wyczułam, jak bardzo ją przeraża, że zostało już tak mało bliskich jej ludzi. „Wszyscy powoli znikają…”, mówiła. Następnego roku drugą parę przyjaciół spotkało nieszczęście. Ich wnuk, który był rezerwistą w izraelskim wojsku, zginął w Libanie zostawiając młodziutką żonę i dwoje dzieci, a oni postanowili przenieść się do niej do Haify. Lenie została już tylko Basia, ta rozwódka, z której niektórzy trochę pokpiwali. Lena bardzo ją lubiła. To z nią na ogół chodziła do kina. Poznałam ją w czasie którejś z wizyt u Leny i dobrze nam się rozmawiało. Zaskoczyła mnie mówiąc ze śmiechem: „Nie znoszę jak nic się nie dzieje! Gdy na pytanie – co słychać? – odpowiada się –nic nowego… Więc wymyślam sobie czasem różne ciekawe zdarzenia! Strasznie to lubię! Zawsze mówię – wyobraź sobie, co się stało, a ludzie chcą wiedzieć co! Potem o tym gadają, no i mają głupie miny jak im mówię, że wszystko wymyśliłam!” Lena powiedziała mi, że w gronie znajomych nazywają Basię „Wyobraź sobie”.

Zyczyłam Basi w myślach dobrego zdrowia i długiego życia w przyjaźni z Leną.

 

Po kolejnych 4-rech latach, w czasie których widziałyśmy się z Leną tylko cztery razy, przeszłam operację i niespokojna o mnie Lena wydzwaniała co parę dni.

Tego dnia dzwonek telefonu obudził mnie z drzemki. Usłyszałam głos Leny: „Wyobraź sobie nie żyje!” Jeszcze nie oprzytomniałam i nie zrozumiałam o kogo chodzi. „Kto nie żyje?”, spytałam. „Basia! Basia nie żyje…”, w głosie Leny wyczułam płacz. „Ale jak…co się tak nagle stało?”, jąkałam się, łapiąc się na głupiej myśli: Może Basia coś znowu wymyśliła, żeby było ciekawiej? Trudno sobie wyobrazić żeby ona zwyczajnie umarła… „Nagły atak serca”, powiedziała Lena, „Wieczorem jeszcze śmiałyśmy się wspominając okropnie głupi film z przedpołudniowego seansu, a rano jej pomocnica znalazła ją martwą…” Powiedziałam Lenie, że jak wyzdrowieję, to zaraz do niej przyjadę. I miałam tak zamiar zrobić w trakcie urlopu zdrowotnego. Ale Lena zaskoczyła mnie przyjeżdżając po tygodniu do Tel-Awiwu. Zmizerniała trochę. Szantażowałam ją i gdy namawiała mnie do jedzenia stawiałam warunek, że zje tyle samo co ja. Opaliła się tutaj, trochę się poprawiła. Ale chodzenie sprawiało jej trudność. Na moją nieśmiałą wzmiankę o tym, że może przeniosłaby się tutaj na stałe, nie brak i u nas dobrych lekarzy, odpowiedziała: „Nigdy tego nie robiłam i nie chcę nigdy być nikomu ciężarem ani też nie chcę być od nikogo uzależniona czy zdana na czyjąś opiekę! Nigdy. I nie mów mi, że nie byłabym ci ciężarem”, przerwała mi. „A poza tym nie znam języka, lato jest tutaj ciężkie, no i w ogóle, ile razy można zmieniać kraj…” Nie dała się przekonać i po trzech tygodniach, gdy wróciłam do pracy, wyjechała.

 

W ciągu następnych miesięcy nie słuchałam jej uwag, że za często wydzwaniam i co kilka dni telefonowałam do niej.

Którejś soboty Lena zadzwoniła przed południem mówiąc, że jest na badaniach w szpitalu w związku z nogą. Na moje usilne prośby podała numer telefonu. Codziennie wieczorem pytałam ją co jej robią, jakie badania, i jakie są wyniki. Bagatelizowała. Po tygodniu, w niedzielę, zadzwoniłam jak zwykle, ale nie było odpowiedzi. Po jakimś czasie też nie. Wreszcie jakaś pielęgniarka, która weszła do jej pokoju, podniosła słuchawkę. Powiedziała, że Lena prosiła o dzień urlopu i poszła do domu. Jutro wróci do szpitala, bo pojutrze ma przecież wyznaczoną operację. „Nogi?”, spytałam. „Biodra. Ale nie powinnam o tym mówić przez telefon, nawet krewnej.”

Zaczęłam natychmiast wydzwaniać do mieszkania Leny. Nikt nie odpowiadał. Czułam się bezradna, nie wiedziałam co robić. Pocieszałam się, że może chce się wyspać i wyłączyła telefon. Ale rano też nikt nie odpowiadał. Z jej pokoju w szpitalu też nie. Nagle przypomniało mi się nazwisko konsjerżki z domu Leny. Połączyłam się z centralą międzynarodową, podałam nazwisko i adres i poprosiłam o numer telefonu.

Zaraz mnie też połączyli. No i dowiedziałam się… Konsjerżka, którą znałam, starsza, raczej oschła osoba, zapłakała: „Proszę pani, madame przyszła wczoraj do domu, przywitała się ze mną, wjechała na to swoje szóste piętro i po godzinie wyskoczyła z okna! Prosto na beton podwórza… Pewnie dlatego wybrała kuchenne okno, bo pod frontowym rosną przecież krzaki… Zabiła się na miejscu, nie cierpiała przynajmniej.” Mówiła coś jeszcze, ale nie rozumiałam co. Wykrztusiłam „dziękuję” i odłożyłam słuchawkę. Siedziałam, otępiała, sama nie wiem jak długo.

Zatelefonowałam do mego przyjaciela, który właśnie wychodził do pracy. Ale gdy usłyszał co się stało, powiedział, że zaraz wpadnie. Przyjechał po 15-tu minutach.

Wypłakałam się. Potem poszliśmy do pracy. Opowiedziałam szefowi o Lenie prosząc o czterodniowy urlop. Zamówiłam bilet. Zanim zdążyłam się spakować posłaniec przyniósł depeszę. Od Leny. Ręce mi się trzęsły. „Moja kochana, mówiłam ci, że nie chcę żyć zdana na czyjąś opiekę. To mi grozi, bo obie nogi i biodro, nawet po operacji, już mi nie mogą służyć. Więc wybacz i nie myśl o mnie źle. Zostawiłam testament u adwokata, który się do ciebie odezwie. Nie przyjeżdżaj na kremację. Dbaj o siebie. Lena.”

 /2002/



Reklama

Reklama