TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Lipiec 14, 2015 | 8:22

POWRÓT – Renata Jabłońska

Wracam z podróży, o wiele dłuższej niż planowałam. Z obawą otwieram drzwi swego mieszkania. Chłodno, wieje z lekko uchylonego okna. Było lato, gdy wyjeżdżałam. Zeschnięte rośliny w doniczkach Kurz na meblach.

Wchodzę do sypialni. Narzuta na łóżku też pokryta warstwą kurzu.

“Jak długo mnie nie było?” Nie umiem sobie tego uświadomić.

Chcę uporządkować mieszkanie. Zaczynam od doniczek, bo źle mi na duszy, gdy widzę martwe rośliny. Wychodzę na kuchenny balkon po kosz na śmieci.

Na przezornie okrytej starym dywanikiem pralce pyszni się fiołek alpejski w pełnym rozkwicie! Nie rozumiem skąd się tutaj wziął, i kiedy? Dotykam ziemi w doniczce, chcę sprawdzić czy jest wilgotna. Kręci mi się w głowie, nogi uginają się pode mną.

Leżę na falochronie. Wieje bryza, słońce już dotyka wody. Niewielkie fale rumienią się coraz bardziej. Oddech morza działa na mnie kojąco. Zasypiam.

 

Na schody Placu Hiszpańskiego wchodzę trzymana pod rękę przez Mauro. Jesteśmy młodzi. Ale kto to jest Mauro? Schody nie chą się skończyć. Nagle zaczynają wirować. Czuję gigantyczny zawrót głowy, chcę chwycić rękę Maura, lecz trafiam w próżnię. Płynę gdzieś w ciemności, nie wiem dokąd. I nagle ląduję na placu. Ale jak na czarno-białym filmie, widzę tylko ciemne domy, pomnik i wyloty ulic, jak paszcze rekinów. Co robić? Dokąd iść?

Stoi przede mną Cyganka. Skąd się wzięła?

– Ty tutaj nie należysz – mówi łagodnie, trzymając moją dłoń. Patrzy intensywnie na jej wnętrze. Wzdycha.

– Czaka cię daleka droga, za morze. I będziesz miała długie życie. Urodzisz troje dzieci. – puszcza moją rękę i znika.

“Nie mam dzieci i już raczej za późno, żeby je urodzić” – śmieję się, bo takie mi się to wydaje dziwne i zabawne. “Pewnie mi się śni i ten plac i Cyganka”.

 

Statek jest duży. Jestem na górnym pokładzie. Kołysze trochę, fale są wysokie, szare..

Unoszę głowę – niebo przytłacza masa ciemno-szarych, nabrzmiałych chmur. Dziwi mnie, że nie czuję strachu przed burzą. A słyszę już pierwsze grzmoty.

Huczą silniki odrzutowca. Lecimy między puchatymi, białymi chmurami, które przyprósza różowy poblask. Nie wiem czy lecimy nad jakimś krajem, nad górami czy nad morzem. I dokąd? Czuję jak ktoś ściska mnie za rękę. Powoli odwracam głowę. Mama! Całuję ją i płaczę. Jest jeszcze młoda i taka ładna.

– Tylko nie zniknij, proszę!- mówię i znów ją całuję.

– Musisz wreszcie wydorośleć, nie możesz tak za mną ciągle tęsknić… No, może od czasu do czasu. – uśmiecha się. I dlaczego właściwie się rozwiodłaś? I nie dałaś mi wnuka…

– Przecież wyszłam za mąż jak ciebie już nie było – płaczę.

Chcę się przed nią przynajmniej pochwalić moimi sukcesami zawodowymi, ale rozdziela nas wielka ściana z ciemnego szkła. Widzę jeszcze jak mi macha ręką na pożegnanie.

Stoję przed szklanymi drzwiami Izby. “Jakiej znów Izby? Pracuję przecież na uniwersytecie” Drzwi się rozsuwają, wchodzę do poczekalni mego dentysty. Z jego gabinetu wychodzi młoda dziewczyna w zielonym kitlu. Patrzy na mnie nieprzyjaźnie.

– Czy pani zamówiła kolejkę?.- pyta niemiłym, metalicznym głosem.

– Nie. Nie wiem jak się tutaj znalazłam…

– Proszę wejść! -. mówi rozkazującym tonem, wskazując gabinet.

Chcę się bronić, przecież nie potrzebuję akurat teraz interwencji dentysty.

– Dziękuję pani – mówię lodowatym tonem – to pomyłka.

W drzwiach pojawia się postać nieznanego mi mężczyzny, też w zielonym kitlu.

– U nas nie zdarzają się pomyłki! Została pani wezwana, więc proszę wejść!

Boję się, biegnę w stronę drzwi. Nie otwierają się. Walę w nie pięściami.

 

Budzi mnie ból palców. Są starte do krwi. “Dlaczego? Nie szorowałam niczego, nie używałam ostrych chemikalii…”

Leżę na wąskim łóżku w obcym pokoju. Za oknem widać wysokie drzewa. To mnie jakoś podnosi na duchu. Wstaję.

 

Pociąg jest bardzo długi i przepełniony. Rozglądam się, szukając numeru mego wagonu. Tłum ludzi, usiłujących dostać się do środka, unosi mnie. Znajduję się w pełnym podróżnych korytarzu . Nie ma mowy żeby wejść do któregoś z zajętych przedziałów. “I po co kupowałam miejscówkę… Ale najważniejsze, że pojadę, nie będą tutaj czekać nie wiadomo jak długo.” Słyszę płacz dziecka, potem jakieś krzyki. Pociąg nie rusza z miejsca. Zaczynam się niepokoić. Mam tylko plecak, gdybym miała walizkę, może udałoby mi się na niej usiąść. Choć pewnie by mi ją wytrącili z ręki w tym tłoku. Ktoś się opiera o moje plecy, czuję ucisk książki w twardej okładce, którą miałam zamiar czytać w drodze.

Wreszcie pociąg rusza. Ogólne westchnienie ulgi wywołuje ruch powietrza. Wyfruwam przez otwarte okno, nogami muskając głowy podróżnych. Przepływam nad dachami wagonów. Potem wiatr mnie znosi w stronę bardzo zielonego lasu.

“Liściasty” stwierdzam, lądując na maleńkiej polance, porośniętej paprociami. Z ulgą zdejmuję plecak, kładę go pod głowę i odpoczywam. “W takim lesie byłam dawno temu. ” Wstaję, chcę się zorientować gdzie jestem.

Widzę dość szeroką drogę. Idę i idę, prawie zasypiam ze zmęczenia, gdy siadam na chwilę na jakimś pniu. Siłą otwieram oczy i widzę naokoło smukłe, wysokie brzozy. A ziemię między nimi pokrywa gruba warstwa śniegu. “Śnieg” – cieszę się, Nabieram pełną garść i zaczynam ssać, gasząc pragnienie. Wyciągam z plecaka gruby sweter, bo robi się coraz zimniej. Idę pomiędzy brzozami i znów nie wiem dokąd. Zapada ciemność. Siadam na śniegu.

 

Słoćce grzeje i razi oczy. Siedzę na piasku. Naokoło pustka. Gdzieś z daleka dociera plusk fal.. Wstaję. Idę w jego kierunku. Smuga dymu pojawia się na niebie, czuć zapach paliwa. Wpatruję się, choć łzy mi ciekną po policzkach z tego wysiłku. Wielki zielony balon płynie powoli na tle błękitu.

I nagle wiem: jestem w moim mieście, mogę teraz iść do domu. 



Reklama

Reklama

Treści chronione