TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Kwiecień 22, 2017 | 2:51

ROZMOWA Z SAMUELEM WILLENBERGIEM

Jak to się stało, że udało wam się uciec z Treblinki w 1943?

To już było po powstaniu w Getcie Warszawskim i zakrawało na cud, że się udało. Z perspektywy wydaje mi się nie do pomyślenia. W Treblince nikt nikogo nie znał – nie wiedziałeś, z kim masz do czynienia; kim jest ten drugi człowiek i co w nim siedzi. Było mnóstwo takich, którzy w ogóle nie chcieli uciekać, bo całe ich rodziny już tam zginęły. Czyli jedna wielka grupa z góry odpadała.

Druga grupa to byli ludzie o wyraźnie semickim wyglądzie, często nie umiejący nawet mówić po polsku – pochodzący z małych żydowskich miasteczek, zamkniętych społeczności sztetlowych. Żeby zorganizować jakiś bunt w tym najgorszym z obozów zagłady (jak mi powiedziano zaraz na rampie) i umożliwić też ucieczkę więźniow – trzeba było wszystko w najgłębszej tajemnicy obmyślić i to w najdrobniejszych szczegółach.

Przywieźli mnie tam w październiku 1942 roku i tylko przypadkiem zostałem przy życiu – jako jedyny z całego transportu z Opatowa. Kiedy mieliśmy już rozbierać się i wiązać buty parami na placu, skąd zaganiali potem do komór gazowych – nagle zobaczyłem koło siebie znajomą twarz i usłyszałem wypowiedziane szeptem słowa: „Samek, to ty?”. To był mój serdeczny kumpel Alfred Bohm z Czestochowy, który trafił do Treblinki przede mną.

Powiedział, żebym się zgłosił, jak będą szukali murarzy, co też uczyniłem, choć nigdy się tym nie zajmowałem i dzięki temu esesman dosłownie wykopał mnie z tłumu idących na śmierć. Alfred uratował mi życie. To był niemiecki Żyd wysiedlony w latach 30. z Rzeszy do Polski, miał w Częstochowie jakąś rodzinę i mieszkaliśmy razem na ulicy Przemysłowej.

Źle mówił po polsku i wyśmiewali się z niego, często probowali go tłuc, bo był obcy, ale ja zawsze tłukłem się za niego – w ten sposób zostaliśmy przyjaciółmi i po prostu zawdzięczam mu życie. Spaliśmy w obozie obok siebie na pryczach, byliśmy nierozłączni, razem kradliśmy odpadki do jedzenia… Ale to nie było tak, że właśnie od niego dowiedziałem się, że w obozie robią jakąś konspirację, choć Alfred był w to zaangażowany.

Mniej więcej, w którym momencie się dowiedziałeś?

Przez ponad półtora miesiaca nie miałem o tym pojecia i dowiedziałem się właściwie całkiem przypadkiem. W listopadzie 1943 wybuchła potworna epidemia tyfusu, która dodatkowo dziesiątkowała wieźniów. Codziennie rozstrzeliwali masę ludzi. Tych, którzy mogli jeszcze jako tako ustać na nogach – staraliśmy się podtrzymywać, żeby rano i wieczorem wychodzili na plac apelowy. Kazali nam zbudować dodatkowy barak, który był przeznaczony na składanie lepszych rzeczy. Głównie chodziło o zawszone futra odbierane idącym na śmierć Żydom zza Bugu. U nas w gettach futer żadnych od dawna nie było, bo trzeba je było przecież oddawać Niemcom. Właśnie między futrami w tym magazynie ukrywaliśmy chorych ludzi.

Jeden z nich, żydowski dziennikarz nazwiskiem Kronenberg, miał wtedy z 40 stopni gorączki i nagle wypadł z „magazynu” wprost na esesmana Mitte zwanego „aniołem śmierci”. Tamten z miejsca pognał go do „lazaretu”, czyli głębokiego dołu, nad którym rozstrzeliwano ludzi. Nagle patrzę… Kronenberg rozebrany do pasa rzuca się na szkopa, krzycząc rozpaczliwie po niemiecku „ja wiem, że tu jest konspiracja!”…

Myślał pewnie nieszczęśnik w jakimś przebłysku, że w ten sposób uda mu się uratować życie… Ale gdzie tam… Tamten bojąc się zarażenia tyfusem odtrącił go gwałtownie i odskoczył jak oparzony, zaś nie rozumiejący niczego Ukrainiec z miejsca go zastrzelił. Ja wtedy pierwszy raz uświadomiłem sobie, że w obozie dzieje się cos niesamowitego:konspiracja.

Jak wyglądała codzienna męka w tym piekle?

Apele o piątej rano niezależnie od pogody i pory roku; wieczorem o 18 – połączone z biciem, katowaniem, biegami, padaniem w błoto, strzałami. Po apelu wieczornym zawsze przygrywało tzw. Trio Golda – utrwaliłem je potem po latach w Izraelu w jednej z moich rzeźb holokaustowych. Artura Golda (znanego kompozytora) zastrzelili potem Ukraińcy w czasie buntu więźniów. Codziennie przychodziły nowe transporty. Za jednym razem mieściło sie na rampie 20 wagonów towarowych.

Pracowałem na placu przy sortowaniu ubrań, które kazali ludziom zdejmować pod pozorem, że idą do łaźni. Nad naszymi głowami łazili esesmani wrzeszcząc „arbajde” i strzelali do ludzi. W którymś momencie od razu na początku w takiej sytuacji znalazłem tam nagle ubrania po moich dwóch zagazowanych siostrzyczkach, Tamarze i Icie, które ukrywały się w Częstochowie i ktoś je wydał. Po wojnie dowiedziałem się, że odprowadził je na Gestapo granatowy policjant i chciałem go zabić, ale w końcu dałem spokój…

W Treblince zaczęła się potworna zima; nie nosiło się tam pasiaków, jak w innych obozach; chodziliśmy w cywilnych łachach, przeważnie po zabitych więźniach. Znalazłem jakaś postrzępioną futrzaną czapę, od której zaczęli na mnie wołać „Kacap”. To sie stało moim obozowym przezwiskiem.

Ktoregoś dnia Alfredowi udało się załatwić, że przenieśli mnie do jego komanda budującego ogrodzenia z kolczastego drutu, które w Treblince były przeplatane gałęziami, żeby nie było widać niczego z zewnątrz. Niemcy ciągle tam coś zmieniali i budowali coraz to nowe ogrodzenia. Po gałęzie musieliśmy wychodzić na zewnątrz do gęstego lasu, który rósł wszędzie naokoło. Alfred zawsze mnie przestrzegał: nawet nie myśl o tym, żeby samotnie stąd uciekać, bo z miejsca zastrzelą wszystkich innych.

Bez trudu udawało się nam przekupywać Ukraińców, którzy nas pilnowali, złotem znajdowanym podczas sortowania ubrań – oni wciąż potwornie się upijali i musieli czymś placić za bimber, do którego dokupywali „paczki żywnościowe” na zagrychę od okolicznych chłopów. Przy okazji kupowali też dla nas coś do jedzenia. Tylko dzięki tym „paczkom” udawało nam się przeżyć. Niemcy mający skromne racje, też się tym zażerali jak świnie.

Po wyładunku z wagonów były selekcje; odrywali kobiety z dziećmi od mężczyzn, kazali wszystkim siadać na ziemi, zdejmowac buty i dawali po kawałku sznurka, żeby powiązać jej parami. Potem gnali do krematorium, a trupy koparka grzebała stosami na specjalnie wyznaczonym placu. Dopiero po Stalingradzie dostali rozkaz z Berlina, żeby zacierać ślady i zaczęli palić zwłoki. Najpierw próbowali robić to w dołach, ale im nie wychodziło.

Przywieźli więc szyny kolejowe, z których zrobili takie jakby gigantyczne ruszty… Za jednym razem palili 2500 zwok, które przywozila koparka wprost z krematorium. Myśmy musieli potem myc „łyżkę” tej koparki, to było chyba najstraszniejsze; potworny zaduch doslownie odbierał przytomność, poskręcane trupy z zastygłą męką na twarzach, wywleczone trzewia i wnętrzności – nie ma słow w żadnym języku, żeby to wszystko opisać.

Jak wyglądali ci Niemcy wtedy, przyjrzałeś im się kiedyś dokładniej?

Normalni ludzie, śmieli się i żartowali ze sobą – często jowialni, starszawi faceci, ojcowie rodzin lub bardzo młodzi. Tylko niektórzy z nich mordowali ze specjalnym zamiłowaniem – Mitte czy „Lalka” (rozwoziciel piwa w cywilu) i paru innych, ale od zabijania mieli tam głównie Ukraińców; specjalną hołotę wyszkoloną w Trawnikach. Słynny zwyrodnialec Demjaniuk zwany „Iwanem groźnym” też tam był – po latach izraelski sąd nie chciał go skazać na śmierć, bo nie był pewien jego tożsamości. Ale ja go rozpoznalem od razu, jak wysiadał z samolotu – po nogach! – wiedziałem na pewno, że to on.

Na czym polegał plan buntu w obozie i masowej ucieczki?

Nie wiem dlaczego, ale baraki przeznaczone dla Niemców przylegały niemal do ogrodzenia. Późną wiosna 1943 przywieźli nagle worki z cementem i zaczęli coś tam intensywnie budować – m.in. powstało pomieszczenie z jednym małym okienkiem wychodzącym na ogrodzenie. Potem jeszcze dobudowali tam wielkie żeliwne drzwi wyrwane z jakiegoś starego zamku, do którego nasi ślusarze dorobili klucz; zrobili też wtedy specjalny dublikat dla nas – wiedzieliśmy już wtedy z całą pewnością, że tam jest zbrojownia.

2 sierpnia Niemcy pojechali plażować nad Bugiem – na taką okazję czekaliśmy. Alfred jeszcze poprzedniego wieczoru, gdy wiedzieliśmy już, że nazajutrz uciekamy, dał mi 100 dolarów, które schowałem w bucie. Miałem przygotowane czyste, zapasowe ubranie. Kilku chłopców, którzy usługiwali szkopom weszło do zbrojowni i zaczęło wyrzucać przez okienko od strony ogrodzenia, gdzie nic nie było widac, karabiny i granaty. Automatów nie było. O 15.30 ktoś walnął granatem w zbiornik z 9000 litrami benzyny.

Potworna eksplozja i zaraz gwałtowny pożar; strzelanina i zamieszanie; ortodoksyjni Żydzi nie chcieli uciekać – zaraz by ich zresztą wyłapali. Reszta miała do wyboru: walczyć lub wyrywać od razu, korzystając z zaskoczenia. Uciekło nas z 300, z czego przeżyło 67. Teraz zostałem już tylko ja…30 metrow za ogrodzeniem obóz otoczony był dodatkowo zaporami przeciwczołgowymi, przez które przedarłem się dosłownie po trupach kolegów. Nagle zobaczylem zabitego mojego przyjaciela Alfreda – innego rannego kolegę, który o to błagał, dobiłem strzałem w głowę z karabinu.

Ukraińcy cały czas strzelali wściekle z wież strażniczych. Krzyżowy ogień. Dostałem postrzał w nogę, która spuchła mi zaraz jak bania. To był jakiś rykoszet. Potworny ból – lecimy dużą grupą przez las, przed nami tory kolejowe Małkinia-Siedlce, jakiś kawalek szosy – wpadamy na tyły wsi Wólka. Część bierze w lewo, druga w prawo; ja samemu wolnym krokiem idę przez wieś; nagle dotarło do mnie, że jestem sam i niczego się nie boję.

Dlaczego nie poleciałeś z jedną z tych grup, jakiś instynkt?

Nie mam pojęcia do dziś. Miałem wtedy 20 lat i parę miesięcy. Nie było we mnie absolutnie żadnego strachu. Od małego byłem ulicznikiem, jeździłem na gapę pociągami z polskimi kumplami, uciekałem z domu; nie miałem żydowskiego wyglądu i mówiłem normalnie po polsku. To mnie wówczas zapewne uratowało. Nagle znalazłem się za wsią w szczerym polu i zaraz ukryłem się w krzakach – ubrany w białą koszulę i marynarkę, wysokie buty, w których łaziłem w obozie, ogolony na zero, ale z czapką na głowie.

Szedłem na przełaj przez łąki, kierując się na południe w stronę Bugu – nikt mnie nie zatrzymywał, a ja szedłem bez przerwy, byle dalej, potworny ból w nodze. Chciałem przejść na drugą stronę rzeki – zapada noc, widzę przed sobą ogromny stóg siana. Niewiele myśląc ładuję się do środka, a tam już pełno naszych uciekinierów z Treblinki śpiących pokotem na ziemi. Nikt się do mnie nie odezwał – po prostu ułożyłem się na nich, musiałem mieć gorączkę i przespałem do rana; budzę się – żywej duszy, odeszli po cichu.

OK, Samek wyczołguje się ze stogu i co widzi na bożym świecie?

Ruszyłem w dalszą drogę w stronę Bugu i potem szedłem w górę rzeki, odpoczywając tylko w zaroślach. Pod wieczór ujrzałem samotny domek na wzgórzu i ścieżkę prowadząca do wody z drewnianym pomostem. „Nie wiesz pan, co tam się tak paliło?” – spytał facet wyciagając rękę w kierunku Treblinki. Mruknąłem coś niewyraźnie, chodziło mu pewnie o zbiornik z paliwem; widząc, że jestem ranny przyniósł jodynę na łyżce stołowej… i pokazał, gdzie mogę się przespać na pobliskiej wysepce zarośniętej szuwarami. Miał łódkę ukrytą płytko pod wodą i trudnił się przemytem.

Na drugi dzień budzę się rano, a on stoi nade mną i daje mi papierosa „Junaka” – mówi, że w nocy byli Niemcy, pytali, ale nikogo nie znaleźli. „Idź dalej w górę rzeki, a dotrzesz do lasu” – poradził. Tak też zrobiłem. Wpewnym momencie doszedłem do wioski ze stacją kolejową „Kostki” – wchodzę do pustego kościoła; ksiądz na mój widok dostaje trzęsiawki i zaczyna się jąkać z wrażenia; błogosławi mnie na droge, żebym tylko jak najszybciej poszedł…

Wstępuję do wiejskiego sklepiku, jakieś chłopaki na mój widok milkną raptownie. Stoję bez ruchu, jestem bez grosza, przecież nie będę wyciągał tej stówy od Alberta. „Coś panu podać? – sklepowa do mnie. „Poproszę tylko o szklankę wody”. Daje mi się napić i nagle zaczyna bardzo szybko mówić ściszonym głosem: „Byli tu wczoraj i chcieli zabili mojego chrześniaka, który jest ogolony na łyso, bo ma coś z głową. Musieliśmy wzywać wójta, żeby poświadczył, że chłopak jest miejscowy”.

Przypomniałem sobie o stacyjce kolejowej i spytałem, kiedy tu jadą jakieś pociagi. Ona na to, że o 5 rano jest pociąg do Siedlec. Nagle bez słowa wcisnęła mi w rękę 20 złotych, dokładając 15 papierosów z zapałkami… Przespałem kolejna noc w stogu – nad ranem widząc przekupki z tobołami poprosiłem jedną z nich, żeby kupila mi bilet w kasie – byłem tam obcy i mój widok mógł zwrócic czyjąś uwage. „Pomogę pani targać toboły, ale mógłbym mówić do pani: stryjenko?”…”A gadaj se zdrów”…

Czyli dojechałeś elegancko do Siedlec i co potem?

Na targowisku od razu sprzedałem swoje „oficerki” z Treblinki – dostałem jakąś forsę i jeszcze wojskowe buciory zamiast tamtych. Pod dworcem przyłączyłem się do jakichś chłopaków, z którymi razem wskoczyliśmy do pociągu na Warszawę – kobieta zwana przez nich „hrabiną” grała na akordeonie… Ale w którymś momencie się załamałem – do wagonu wsiadła kobieta z małą dziewczynką, bardzo podobną do mojej zagazowanej siostrzyczki Ity.

Powiedziałem tym przekupkom, że uciekłem ze stalagu dla jeńców wojennych w Prusach Wschodnich; ostrzegły mnie, żeby nie jechać do Warszawy, bo tam ciągle, panie, jakieś łapanki i żeby lepiej wysiąść z nimi w Rembertowie. „Bierz pan ten worek z kartoflami i ruszaj za mną” – powiedziała ta moja i wylądowałem w drewnianym domku, gdzie była jej młoda córka. W nocy zjawił się synek ze szramą na pół policzka, który okazał się szmalcownikiem: „Wiesz pan jak jest, na Żydach się żyje”.

Słysząc, że uciekłem „ze stalagu w Prusach Wschodnich” rzekł od razu, że gdybym miał forsę, to by mi wykombinował całkiem pewne dokumenty…Wtedy poszedłem na całość: wyciągnąłem tę moją stówę dolców…”Kurwa, skąd to masz?” – „A z Żydka ściagnąłem na Bugu”. – „Co żeś z nim zrobił?” – „No wiesz – cmoknąłem z grymasem po cwaniacku – rzeki nurt”… Zniknął na trzy dni (co ja wtedy przeżyłem…) – wrócił z autentyczną kennkartą i nawet z poduszeczką z tuszem, żebym sobie odciski palców zrobił. Poszliśmy do fotografa, żeby zdjęcie było autentyczne…

Sprzedał te moje dolce za 6 tysięcy złotych, z czego dla mnie zostały 4000 i jeszcze mi załatwił dobre ubranie „po Żydach” z kapelusikiem tyrolskim… Od ucieczki z Treblinki minął niecały tydzień – jadę jak panicho do Warszawy. Nie zwracam uwagi na Niemców – nie obchodzą mnie. Wysiadam na Pradze na Dworcu Wschodnim, pruję na obiad do knajpy – wypijam ćwiartkę wódki. Ruszam w miasto szukać ojca, który jest artystą malarzem; ma aryjskie papiery i udając niemowę (fatalny akcent) utrzymuje się z malowania świętych obrazków na Marszałkowskiej. U ojca mieszkałem potem do Powstania Warszawskiego, w którym wziąłem udział.

© 2017 Eli Barbur. Wszelkie prawa zastrzeżone.



Reklama

Reklama

Treści chronione