TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: , | Wrzesień 26, 2015 | 8:55

SCHODAMI W GÓRĘ I W DÓŁ – Renata Jabłońska

Trzypiętrowy dom, sień, schody, które mi wychodzą naprzeciw… Szybko na nie wchodzę. Cofają się, wciągając mnie w głąb sieni. Jest dość ciemno. Ale czerwienieje guzik windy, więc na niego naciskam. Winda zjeżdża powoli. “No tak, jest staromodna.” Wchodzę. Naciskam na nr. 3. Wolniutko suniemy do góry. Zaczynam się denerwować, boję się, że utkniemy. Nawet nie wiem czy dom jest nadal zamieszkały czy pusty.

Winda zatrzymuje się na drugim piętrze. Wychodzę. Troje dębowych drzwi z mosiężnymi tabliczkami. Odczytuję nazwiska. Wszystkie są takie same: Cegła.

“Czy to jakaś rodzina, razem mieszkająca w tym domu?” Zastanawiam się czy zadzwonić jednym z dzwonków. Nie robię tego.

Wchodzę schodami na trzecie piętro. Widzę, że winda tu już jest. “Więc dlaczego zatrzymała się na drugim?”

Lewe drzwi, dobrze mi znane.Tabliczki z nazwiskiem nie ma. Ostrożnie naciskam klamkę. Drzwi się otwierają z cichym skrzypnięciem. Mam zamknięte oczy. Zapach kurzu. Unoszę powieki. Pusty pokój, jakieś papiery, którymi bawi się wiatr. Okno ma wybite szyby. Płacz mnie dławi, lecz łzy nie chcą spłynąć.

Wybiegam. Wchodzę do windy, naciskam na parter, lecz czuję, że się unosi. Dokąd? Czwartego piętra nie ma!

Znów naciskam na “P”. Nic nie pomaga. Próbuję “Stop” – nie działa. W szybce migają dachy wysokich domów i nawet chmury. Trwa to dość długo. Wreszcie winda się zatrzymuje. Ostrożnie popycham drzwi. Stoimy na dachu bardzo wysokiego drapacza chmur. Widok jest imponujący. Co dalej? Spróbuję jednak zjechać na dół. Odwracam się – windy już nie ma. I nie ma żadnej ścianki z guzikiem, żeby ją przywołać.Chodzę po tam pustym dachu, chcę znaleźć wyjście na schody. Nie znajduję.

Zmordowana, siadam. Przelatuje helikpter, wstaję i wymachuję rękami. Ktoś macha do mnie radośnie, jakby naturalne było, że kobieta stoi sobie na dachu wieżowca.

Słońce zachodzi. Szyby wieżowców naokoło lśnią ogniście. Potem zapalają się światła. Jak to pięknie wygląda. A na ciemnym już niebie zapalają się gwiazdy.

Patrzę, aż do zawrotu głowy.

Budzę się na szorstkim prześcieradle okrywającym wypchany słomą siennik. Leżę na piętrowym łóżku na górze, w szkolnej klasie. Na tablicy duży napis kredą: Witajcie, dzieci! Na sąsiednich łóżkach śpią 10-11-letnie dziewczynki.

Zrzucam cienki bury koc. Mam na sobie białą płócienną koszulę. Nogi mam chude, małe stopy nie sięgają końca łóżka. Brzuch wpadnięty, piersi malutkie. Dotykam głowy. Dwa warkoczyki do ramion.

Przez nieosłonięte okno wpełza blada poświata. Wiem, że o 7-mej będzie pobudka, potem mycie pod kranami umywalek w szkolnej ubikacji. Później śniadanie. Dostajemy po talerzu manny z mlekiem i po kromce bialego chleba z śliwkowymi powidłami. Nie cierpię mleka, pytam siedzącą obok dziewczynkę: “Lubisz mannę?” Mówi, że tak. Proponuję, żeby zamieniła się ze mną – dam jej mannę, a ona da mi chleb. Zgadza się dać mi pół kromki. Czekam aż skończy swoją porcję kaszki, potem podsuwam jej mój talerz.

Ktoś mi kładzie na ramieniu ciężką dłoń. To wychowawczyni. Kobieta w średnim wieku, wysoka, koścista.

– Co robisz? Nie smakuje ci nasza manna?!

– Proszę pani, ja nie mogę znieść mleka…

– Co ty wymyślasz? Wstań!

Patrzy na mnie groźnie.

– Z jakiej szkoły jesteś?

Nie umiem odpowiedzieć.

– Kto cię przysłał?

– Nie wiem… Obudziłam się tutaj…

– Kłamiesz. Przysłali cię z kuratorium żebyś szpiegowała i skarżyła na nas?!

– Nie!

– Chcesz schudnąć, żeby powiedzieli, że źle karmimy dzieci, że pewnie kradniemy produkty dla siebie!

– Nie, nie…

– Zabieraj swoje rzeczy i wynoś się stąd!

– Nie mam żadnych rzeczy…

– To idź zaraz. – Wyjmuje z kieszeni i daje mi jakiś banknot.

– Masz tu na autobus i żebym cie więcej nie widziała!

Patrzą na mnie zalęknione oczy dziewczynek siedzących przy trzech długich stołach.

Wychiodzę. Idę długim korytarzem. Otwieram ciężkie drzwi. Schodzę po kilkunastu schodach na szkolny dziedziniec. Pusto. Nikogo nie widać. Nie wiem dokąd mam jechać i gdzie znajdę autobus. Przez otwartą furtkę wychodzę na wiejską drogę. Niepokaźne domki po jej obu stronach. Nikogo nie ma na zewnątrz. Dochodzę do jakiegoś większego budynku. “Zarząd Gminy”, czytam.

Wchodzę po kilku stopniach. Drzwi są zamknięte. Odwracam się żeby zejść, ale taraz schodów jest bardzo dużo. Schodzę i schodzę i nie widzę ich końca. Robi się coraz ciemniej. Ostrożnie stawiam kroki na kolejnych stopniach. Jeden jest widocznie wyszczerbiony, bo potykam się i spadłabym, gdybym się nie chwyciła poręczy, chwiejnej zresztą.

Nagle dostrzegam nad schodami migające światełko, bardzo odległe. „Czy będę musiała wspinać się po tych wszystkich schodach, żeby wrócić na ulicę obok tego “Zarządu Gminy?” Jestem zmęczona i zdenerwowana. Robi się coraz jaśniej. Już widzę swoje stopy na schodach. “Jakie szczęście, że moje pantofle są takie wygodne!” Wreszcie staję na ostatnim stopniu. Przede mną poczekalnia na dworcu kolejowym. Przez okna widać pociąg osobowy. Odwracam się żeby jeszcze spojrzeć na schody, lecz widzę tylko kilkanaście ostatnich stopni, reszta ginie w mroku. Podchodzę do kasy. Kasjerka jest tęgą młodą kobietą o wesołej twarzy.

– Proszę pani, dokąd ten pociąg ma jechać?

– Który?

– No, ten za oknami…

– Tam nie ma żadnego pociągu.

Dziwię się bardzo.

– A bądzie jakiś inny?

Patrzy na mnie podejrzliwie. Wiem, że włożyłam do kieszeni banknot od wychowawczyni.

– Mam pieniądze na bilet…

Kasjerka wybucha śmiechem. Parę osób siedzących na ławkach też.

Nic nie rozumiem. Kasjerka zatrzaskuje okienko. Ludzie na ławkach wyglądają jak wycięci z kartonu.

Budzę się na dachu wieżowca. Jest pochmurny dzień. Siadam, prostując obolałe kości. Przygładzam włosy. Mam gorzki smak w ustach. I jestem bardzo głodna.

Wstaję, chodzę, szukając wyjścia. Nie znajduję.

Słyszą szmery i dudnienia. Pracuje jakiś motor, ale gdzie? Znów zaczynam krążyć po dachu, nasłuchując. Niczego nie odkrywam.

Za wielkimi szybami pobliskiego wieżowca widzę ludzi. Macham rękami, krzyczę… Nikt mnie nie dostrzega.

Zupełnie już zrezygnowana siadam, potem zwijam się w kłąbek i usiłuję zasnąć

Nie pozwala mi ból żołądka.

Ktoś mi zagląda w oczy. Znam tę pochyloną nade mną twarz. To tata! Gładzi mnie po głowie i mówi cichutko: “Wytrzymaj, moje dziecko. Wszystko będzie dobrze…” Chcę spytać skąd się wziął na tym dachu i co to wszystko znaczy, lecz już go nie ma. Pamiętam jak w dzieciństwie zawsze mnie podtrzymywał na duchu i uczył wytrwałości. “Człowiek musi walczyć z przeciwnościami losu. Tak to w życiu jest, że czasem jest się na górze, a czasem na dole.” Chciałabym żeby nie zniknął, żeby był tutaj ze mną. I nagle ogarnia mnie panika: “A mama? Gdzie jest mama?”

Nadpływa wielka chmura, ciężka, szara. Robi się ciemno. Potem parę błyskawic, grzmoty i wielka ulewa. Nie mam się gdzie schować. Ociekam wodą, z trudem oddycham. Osłaniam rękami pochyloną głowę. Obracam się, próbując pod jakim kątem deszcz bije najsłabiej. Padam. Na mokrym, bardzo równym dachu nie ma kałuż Tylko moje ubranie nasiąka wodą do granic wytrzymałości Więc siedzę teraz, jak mokra szmata, i myślę o tym, że pewnie dostanę zapalenia płuc.

Ulewa mija. Wstaję. Zdejmuję bluzkę, żeby ją wycisnąć. Potem spodnie. I nagle widzę ludzi w oknie sąsiedniego wieżowca. Machają rękami, jeden facet grozi mi paluchem. Szybko, ale z trudem, naciągam mokre spodnie i bluzkę. Przechodzę na drugą stronę dachu. Zrywa się wiatr. Mam nadzieję, że mnie trochę osuszy. Po kilkumastu minutach słyszę i widzę hekkopter. Policyjny. Zaczyna krążyć nad dachem. Czy wyląduje?. Więc ci z przeciwka zawiadomili policję… Żeby mnie ratować?

Helikopter krąży dość nisko, lecz nie ląduje. Policjant, wychylony i z megafonem w ręku, wrzeszczy: “Co pani robi na dachu? Rozbiera się publicznie? Spuścimy drabinkę i wciągniemy panią!”Boję się. “Mokra, osłabiona, nie utrzymam się…” Widzę chwiejącą się na wietrze drabinkę i myślę, że lepiej od razu skoczyć z dachu i koniec.

Słyszę dojmujący szept: “Nie skacz, idiotko! Właź do windy.” Odwracam się i widzę stojącą na dachu kabinę. Podbiegam. Otwierają się przede mną drzwi, winda natychmiast rusza z miejsca. Ale nie zjeżdża na dół! Wznosi się! Nie ma guzików ani okienka. “Dokąd mnie teraz zaniesie? Na chmurę?” Trwa to dość długo. Jestem tak zmęczona, głodna i przemoknięta, że robię się obojętna.

Winda zatrzymuje się gwałtownie. Drzwi się otwierają. Przed nimi schody – pośród chmur! Prowadzą tylko na dół. Czuję szarpnięcie i oto stoję na pierwszym stopniu. Winda znika. Nie ma poręczy, schody są dość wąskie. Chwiejąc się, stawiam krok na pierwszym stopniu, potem na następnym. Kręci mi się w głowie. Odpoczywam, potem znów schodzę po kilku stopniach, i znów, i znów. Dostrzegam wreszcie dachy domów. Ogarnia mnie strach. Ale to nie wieżowce, to kilkupiętrowe domy! Co za radość! Schodzę coraz szybciej. Wreszcie ostatni stopień dotyka jakiegoś dachu – talerze TV, kotły… I drzwi do nadbudówki na samym środku. Zbliżam się do nich, na uginających się, drżących nogach. Popycham je. Otwierają się. Przede mną zwyczajne schody na niższe piętra, drewniane, starte poręcze. Schodzę powoli. Zatrzymuję się na trzecim piętrze. Znane mi drzwi z mosiężną tabliczką z moim nazwiskiem. To zresztą popularne nazwisko. Ogarnia mnie radość i strach jednocześnie. Dotykam klamki. Zamknięte. Patrzę na sąsuiednie drzwi. Chyba pamiętam. chorą starszą panią. Nie śmiem dzwonić.

Ale naciskam dzwonek moich drzwi. Nikt nie odpowiada. Zauważam kartkę, zatkniętą w szparę między dzwonkiem a drzwiami. Wyjmuję ją i czytam: “Będę w domu około 19”. Podpis nic mi nie mówi. Nie znam takiego imienia… Schodzę po drewnianych schodach, każdy stopień zakończony jest metalową listwą. Na parterze widzę szyld biura podróży. Wiem, że czeka tam na mnie bilet powrotny do mojego miasta.



Reklama

Reklama

Treści chronione