TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Wrzesień 30, 2014 | 5:19

SEN NA CZTERY RĘCE – Renata Jabłońska

 Ostrzeżenie

 

Autobus wlókł się niemiłosiernie. Była już zmęczona, gdy wysiadła wreszcie na swoim przystanku. Zapadał wieczór.

Latarnia przed domem nie paliła się i wejście do sieni ziało wilgotną ciemnością.

Odnalazła guzik kontaktu i odetchnęła z ulgą gdy mdłe światło oprószyło kamienne schody i świeżo polakierowane szare ściany i poręcz.

Na półpiętrze zatrzymała się żeby odpocząć. Spojrzała w kąt, gdzie zawsze stała wiekowa donica z filodendronem. W pierwszej chwili nie mogła się zorientować czy widzi jakiś porzucony, zesztywniały ze starości i brudu płaszcz, czy też zgiętego ku ziemi starca. Zlękła się, że zgaśnie światło, gdyż żarówka podejrzanie zamrugała. Ale nie – zrobiło się nawet jaśniej i zobaczyła, że starzec wyprostował się.

Patrzył na nią wyblakłymi niebieskimi oczami spod krzaczastych siwych brwi. Płaszcz sięgał podłogi. Starzec postąpił krok naprzód. Cofnęła się odruchowo. Wówczas zaśmiał się, nie otwierając ust, tylko jego broda podrygiwała w takt cichego, suchego chichotu.

Po chwilo cofnął się, wyciągnął przed siebie ręce i kościstą prawą dłonią wskazał schody, jakby nakazując jej wspinać się dalej. Bała się poruszyć, lecz nie śmiała się sprzeciwić, i bokiem, żeby nie tracić go z oczu, posuwała się w stronę następnego piętra.

Gdy stanęła na pierwszym stopniu, starzec znów zachichotał. Przeraziła się i nie oglądając się więcej wbiegła na drugie piętro. W tym momencie zgasło światło. Zamarła, opierając się o drzwi swego mieszkania. Gorączkowo szukała klucza w zapchanej torebce i nie mogła znaleźć. Trzęsącą się ręką namacała kontakt. Swiatło wydało jej się ratunkiem.

 

Starzec milczał. Nie wiedziała czy stoi tam, czy może skrada się za nią bezgłośnie. Znalazła wreszcie klucz i zdołał go jakoś wsunąć do zamka. Zatrzasnęła drzwi i założyła łańcuch.

Nasłuchiwała, lecz na schodach panowała cisza.

Piła kawę, potem szykowała sobie kąpiel. W łazience było jasno, woda w wannie pachniała zachącająco. Odczuwała jednak strach przed rozebraniem się. Wreszcie przemogła się. Nie leżała w wannie rozkoszując się, jak zwykle, długą kąpielą, tylko umyła się prędko i naciągnęła nocną koszulę.

Zanim położyła się do ąóżka, nalała sobie następną filiżankę kawy.

Elektryczny grzejnik mruczał usypiająco.

 

 

Ucieczka i wspomnienia

 

Gdzieś daleko migotało czerwone światło, ale wokół niej panowała puszysta ciemność. Swiatło zbliżyło się, powiększyło i zmieniło na zielone. Słychać byąło wyraźnie szum morskich fal. Zrobiło się chłodno. Zapachniało jodem i solą. Czy to zwykły pokój gdzieś blisko wybrzeża, czy też kabina na statku?

Równy kwadrat wielkości okna, fosforyzujący na całej powierzchni, otoczony był grubą ramą z brązowego drewna. Po chwili oknio przestało świecić, zmatowiało jak ekran, zrobiło się mlecznobiałe, a potem przezroczyste, i wówczas zobaczyła morze. Odczuła lekkie kołysanie i drżenie podłogi. Szarozielone potężne fale wzbierały i przetaczały się, lecz nagle zamarły – spiętrzone, wstrzymane – gotowe do straszliwego skoku.

 

Cognęła się, a wtedy okno znów zaświeciło fosforem, zakłuło w oczy – schowało ocean. Chciała się rozejrzeć po pomieszczeniu, lecz nie mogła dojrzeć ścian, ginących w mroku.

Okno migotało zielono przez parę następnych minut, aż zgasło i nabrało mlecznej bieli, jak przedtem. Biel szarzała powoli i na tym tle pojawiła się postać kobiety siedzącej na krześle. Było to zdjęcie jej babki. „Powiększenie” – pomyślała.

Nieruchoma postać, zapatrzona przed siebie, z zamarłym na ustach półuśmiechem. Rące, złożone spokojnie na obciągniętych ciemną suknią kolanach, poruszyły się nagle, uniosły z lekka, i zadrżały. Pierścionki, zbyt luźne zapewne, zadźwięczały cichutko. Poznała szczupłe dłonie matki i jej ulubiony pierścionek z szafirem.

Chciała wstać, podbiec, ale fotel zacisnął wokół niej swoje pluszowe ramiona.

 

Było jej duszno. Uniosła się z trudem, wstała i wyłączyła grzejnik. Ułożyła się na boku, z dłonią wsuniętą pod głowę. Nigdy nie mogła sobie przypomnieć jak wyglądała jej babka, ta, po której nawet nie ma fotografii. Miała pięć lat, gdy swoje babki widziała po raz ostatni.

Ta ze zdjęcia była szczupła, ciemnowłosa i ciemnooka. Ponoć bardzo surowo rządziła rodziną. O tej drugiej opowiadali, że była pulchną, okrągłolicą szytynką o jasnych oczach.

„Babcia – jakie to miłe słowo.”

Jedna zmarła z głodu, drugą zagazowali.

Wóz straży pożarnej przejechał ulicą, wyjąc przeraźliwie i rzucając na szyby okien czerwone plamy. Przymknęła oczy.

 

Strach

 

Daleka muzyka. Bębny. Czarny parowóz sapał i poświstywał. Koła wagonów stukotały na szynach. Kłęby pary niosły zapach bezkresnych torów kolejowych. Okna pociągu nie były oświetlone. Między migającymi wagonami prześwitywała szarość. Coraz bardziej ciemniejąca. Niewyraźny krzyk potężniał z minuty na minutę. Nagle ucichł.

Widmowo ciemny pociąg zniknął już w oddali, ale pojedynczy wagon odczepił się, zwolnił, i zatrzymał.

Wbrew własnej woli poszła w jego kierunku. Odnalazła ciężkie drzwi i nacisnęła klamkę. W przedziale panowała ciemność. Z trudem rozróżniła jaśniejszą nieco plamę okna. Słodkawy jakiś, niemiły zapach drażnił nozdrza.

Zapaliła się mała, umieszczona pod sufitem żarówka. Ławki były drewnine, brudne. Jedna miała kilka wypalonych papierosami plam, i nacięć na poręczy.

Podeszła bliżej, pochyliła się i zobaczyła nagie niemowlę. Wzięła je na ręce. Było bardzo ciężkie. Usiadła. Zarówka zamigotała. Spojrzała na niemowlę i krzyknęła. Olbrzymie mrówki pełzły po jego nagim ciele w kierunku nienaturalnie różowej twarzy. Zerwała wiszącą przy oknie naddartą roletę, owinęła nią niemowlę i położyła z powrotem na ławce.

Cofając się ku wyjściu, otrzepywała suknię.

 

Gdy zdołała otworzyć ciężkie, żelazne drzwi wagonu, nie znalazła się na peronie, lecz w innym przedziale, podobnym do poprzedniego, ale pozbawionym okna. Na półce na walizki stał drewniany kuferek, a na nim płonąca świeczka. W miejscu, gdzie powinno być okno, wisiał obraz przedstawiający sterego mężczyznę. Jego siwe włosy lśniły niebieskawo. Biała koszula połyskiwała jakby była polakierowana. W czarnym krawacie błyszczała główka szpilki.

Swieca zamigotała. Krople gorącej stearyny kapały na ławkę, na której leżał zesztywniały stary płaszcz.

Mężczyzna z portretu zmrużył oczy. Ręce, oparte o poręcz fotela, uniosły się z lekka. Były to ręce szkieletu. Spod ławki dochodziło ni to chrobotanie, ni to chichot. Gdzieś daleko gwizdał parowóz.

 

Wspomnienie i przeczucie

 

Ostry dzwonek stojącego przy łóżku telefonu. Usłyszała dobrze znany głos.

– Jaki dziś dzień – spytała zachrypniętym głosem.

– Kiedy?

– Dobrze, po dziewiątej.

Odłożyła ciążącą w dłoni słuchawkę.

Dzisiaj piątek? Wtedy też był piątek… Wysokie schody, a u ich podnóża fontanny i posągi. I rzeka w oddali. I mała kawiarnia z trzema stolikami pod rozłożystym kasztanem. A później krzyki, zamieszanie, ambulans…

Kawa, aromat dobrej kawy…

 

Zapach mokrej ziemi. Łukowate sklepienie domu w ogrodzie otoczonym niewysokim murem. Scieżką ogrodu biegł ku bramie jasnobeżowy pies. Zatrzymał się nagle w połowie drogi, uniósł łeb i spojrzał prosto w bezchmurne niebo.

Czekała, spoglądając zza żelaznych prętów zamkniętej bramy.

Pies zbliżał się , lecz przed koćcem ścieżki skierował się w bok i lekko wskoczył na mur. Przyjrzała mu się, zdziwiona łatwością tego skoku, i zobaczała, że to właściwie duży kremowy kot. Jednak łapy i ogon były psie…

Usłyszała złośliwy chichot dochodzący z piwnic budynku.

Zaczęła uciekać.

 

Bardzo wysokie, prawie czarne drzewa zasłaniały horyzont. Biegła przed siebie, a może stała w miejscu, i tylko drzewa przepływały obok niej coraz szybciej. Dygotała z zimna. Chciała uciekać, wiedziała, że musi jechać gdzieś daleko. Ale nie miała przy sobie pieniędzy na bilet. Dostrzegła nagle oświetloną kabinę telefoniczną. Chciała natychmiast zatelefonować, wytłumaczyć… Myślała, że pamięta numer telefonu, lecz cyfry były poprzestawiane i nie mogła ich w żaden sposób uporządkować.

Szklana kabina drgnęła i zaczęła opadać jak winda. Na każdym mijanym piętrze błyszczały posadzki niezwykle szerokich korytarzy. Próbowała bez skutku zatrzymać windę, która spadała coraz szybciej .

Gdyby nie chwyciła wyciągniętych ku niej z zewnątrz rąk, roztrzaskałaby się razem z windą i nie usłyszałaby dzwonka do drzwi.

/1993/



Reklama

Reklama