TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Lipiec 6, 2015 | 9:30

SŁUP – Renata Jabłońska

Jakaś trąba powietrzna porywa mnie z plaży i niesie w zawrotnym tempie. Już tracę oddech, gdy mnie nagle puszcza. Lecę w dół. Ląduję brzuchem na czymś twardym i czuję, że ręce i nogi zwisają mi po bokach. Z trudem otwieram oczy. Bardzo nisko pode mną, i przode mną, zwały zieleni. Nie wiem co jest za mną. Wiszę jak jakaś szmata na bardzo wysokim słupie.

Nagle przypominam sobie film o starżakach, którzy zjeżdżali po słupach z górnego pomieszczenia prosto do samochodów w garażu. Próbuję naśladować zapamiętane nieco ich ruchy. Ostrożnie obejmuję słup rękami i oplatam nogami. Natychmiast zaczynam zjeżdżać w dół. Trwa to długo, czuję, że mam otarte dłonie i stopy. Wreszcie zatrzymują mnie gęste konary drzew. Czepiam się gałęzi, które są giętkie i kołyszą się na wietrze.Jedna z nich chwyta mnie, potem odrzuca wielkim łukiem. Opadam na coś twardego i chropowatego. Leżę na
niewielkim, płaskim szczycie góry. Z trudem udaje mi się usiąść. Rozglądam się, Widzę rzekę na dole, a z drugiej strony morze. Góra jest wysoka i stroma. Od strony morza gładka kamienna ściana, a z przeciwnej tu i tam wystające kamienie. “Odpocznę i spróbuję zejść…” Drzemię trochę. Budzi mnie łopot skrzydeł. Słońce oślepia. Wielkie skrzydła ptaka przepływają nade mną, lecz nie widzę czy to orzeł czy sęp. Bolą mnie dłonie i stopy. Nie mam ich czym zawinąć. .

Kładę się na brzuchu, też obolałym, spuszczam nogi i opieran jedną o wystający kamień. Wytrzymuje, nie spada. Wiec spuszczam drugą. I tak, bardzo powoli, ostrożnie, zaczynam schodzić w stronę rzeki.

Nagły świst przeszywa powietrze, zaczynam spadać.

Budzę się na wygodnym łóżku. Mam zabandażowane dłonie. Udaje mi się rozejrzeć. To najwyraźniej kabina na statku. Przez okrągłe okienko widzę fale.

Poza łóżkiem nie ma tu nawet stolika czy krzesła. Nie widzę drzwi. Ogarnia mnie niepokój. Odrzucam koc. Stopy też mam zawinięte bandażami.

Chcę zejść z łóżka, gdy statek zaczyna się strasznie kołysać. Przez chwilę wydaje się jakby zjeżdżał, jak winda, w dół, po długiej chwili podnosi się do góry. Mam mdłości. Nagły przechył i łóżko staje na głowie. To znaczy, że i ja leżę, a właściwie stoję, na głowie. Przy kolejnym wstrząsie spadam na podłogę, a raczej na sufit kabiny. Jestem pewna, że zaraz utonę razem z tym statkiem.

Coś trzeszczy i spada mi na głowę.

Skulona, leżę na mokrym piasku, nogi w wodzie. Siadam. Spokojne morze. Piasek i wydmy naokoło.

Wstaję. Zaczynam się oddalać od morza. Idę z trudem po wydmach, przecież muszą się gdzieś kończyć. Co pewien czas siadam, żeby odpocząć. Zapada zmrok. Gdzieś z dala mruga światło. “Może to latarnia, a może jakiś dom” – myślę z nadzieją.

Idę i idę i nie zbliżam się do światła.

Lecz nagle światło zbliża się do mnie.

Na peronie niewiele ludzi. Czekamy. Z daleka widać zbliżający się pociąg, który powoli wjeżdża na stację. Parowóz sapie, z komina unoszą się kłęby dymu. Zawiadowca krzyczy żeby wsiadać Wchodzę do wagonu. Jest pusty. Wyglądam przez okno. Starsza kobieta, płacząc, żegna młodą, pewnie córkę. Gwizd, szarpnięcie i jedziemy. Coraz szybciej. Za oknem migają jakieś światła. Potem już tylko ciemność.

“Dokąd jadę? Po co? Do kogo?” Siedzę wciśnięta w kąt ławki. Mam na sobie wełniany kostium, na nogach botki, ale jest mi zimno.

Zwały śniegu naokoło. Przecinają je zasypane tory. W oddali las, dość rzadki. Ciemne, ogołocone z liści drzewa. Idę, od czasu do czasu opieram się o pień któregoś i odpoczywam.

W jednym z drzew coś stuka wewnątrz. “Dzięcioł? Chyba nie.” – zastanawiam się, a drzewo rozwiera się i przyciąga mnie.

A tam, na skraju dziupli, przez którą widać las, siedzi duży dzięcioł.

– Wołałaś mnie? – patrzy na mnie wnikliwie.

– Nie… Zastanawiałam się tylko kto stuka.

– Nie wyglądasz mi na głupią, więc dlaczego sądziłaś, że to nie ja?

– To nie było osobiste… Myślałam ogólnie o dzięciołach.

– Co to znaczy ogólnie?! Są jednostki, każda inna, a ogólnie, to bzdura!

– Tak, zgadzam sią…

– Zgadzasz się? Za kogo się uważasz? Za człowieka, oczywiście. A czy potrafisz zrozumieć, że wiem więcej od niejednego z was?

Patrzę na niego – ma nastroszone pióra i groźne spojrzenie.

– Potrafię. Naprawdę potrafię – mówię z pełnym przekonaniem.

– No dobrze, powiedzmy, że ci wierzę. Dam Ci szansę.

Boję się co wymyśli i czy sprostam jego pomysłowi.

– Odsunę się, a ty przejdź przez moją dziuplę na drugą stronę.

“O Boże, przecież się nie zmieszczę”- myślę z przerażeniem. Ale boję się mu sprzeciwić i wsadzam głowę do dziupli. “No i utknę tutaj i uduszę się w końcu” – myślę, czując, że dalej ani rusz.

Ale dzieje się ze mną coś niezwykłego – robię się coraz cieńsza i coraz dłuższa. Przesuwam się bez trudu przez dziuplę. Stoję obok drzewa i sięgam jego najwyższych konarów. “I co dalej? Przecież nie zostnę taka…?!” Zbliżam głowę do dziupli, słyszę śmiech – nie złośliwy, raczej rozbawiony. I nagle wracam do mego poprzedniego kształtu.

– Dziękuję! – mówię do dziupli.

Zrywa się silny wiatr. Gna mnie naprzód. Udaje mi się zwolnić tempo, gdy znajduję się pośród jakichś zabudowań. Wyglądają na opuszczone fabryki.

Jeszcze biegnę, potem wiatr zawraca. Idę ciemną ulicą, zarośniętą po bokach chwastami. Wreszcie widzę dom z oświetlonymi oknami. Zbliżam się ostatkiem sił. Pukam do drzwi. Nikt nie otwiera. Widzę szyld: “Muzeum Miasta, otwarte od… do… Więc zamknięte, choć oświetlone. ” Idę na tyły budynku w nadziei, że może znajdę jakąś ławkę i będę mogła odpocząć. Ławki nie ma, lecz sa drzwi oświetlone u góry żarówka. Popycham je. Otwierają się. Widzę pokoik pod schodami. Stoją tam wiadra i szczotki, jest kran nad niskim zlewem i jest krzesło! Piję wodę z kranu. Siadam na krześle i natychmiast zasypiam. Budzi mnie rozmowa ludzi na zewnątrz. Na szczęście oddalająca się. Nie chcę żeby mnie wzięli za złodziejkę. Szyko piję jeszcze trochę wody i ostrożnie wychodzę na ulicę. Jest pochmurny ranek. Słyszę dzwonienie. Biegnę za tym głosem i widzę odjeżdżający czerwony tramwaj. Idę w kierunku jego jazdy. Po kilkunastu minutach dochodzę do ulicy z szarymi, starymi domami. Z bramy wychodzi człowiek z psem. Chcę podejść i spytać co to za miasto, lecz on ciągnie psa za dom. I nagle wiem co to za miasto. Idę coraz szybciej, aż dochodzę do szerszej ulicy Domy są i tutaj stare, ale ładne. Na przystanku tramwajowym czeka kilka osób. Biegnę w głąb ulicy i staję, przerażona. Widzę gruzy po wyburzonym domu. Moim dawnym domu. Na samym środku stoi wysoki, mocny słup. Tylko on się ostał zniszczeniu. Wdrapuję się po gruzach i przytulam do niego. 



Reklama

Reklama

Treści chronione