TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Czerwiec 30, 2015 | 8:47

SPIRALA – Renata Jabłońska

Jedyną moją krewną tutaj jest ciotka. Dzwoni i prosi żebym do niej przyszla przed wieczorem.

Ciotka mieszka w bloku, który ma przedziwne schody. Nie dlatego, że są kręcone, lecz dlatego, że na każdym półpiętrze i piętrze zwężają się i prawie nie ma gdzie postawić nogi na paru ostatnich stopniach. Trzeba się mocno trzymać poręczy. A co robić gdy ma się zajęte ręce?

Dużym krokiem pokonuję trzy ostatnie stopnie i staję przed drzwiami mieszkania cioci Amalii. Arkusz papieru na drzwiach przytrzymuja dwie pluskiewki.

Kochanie, muszę coś koniecznie załatwić. Wrócę za godzinę, z górą dwie. Klucz zostawiłam u sąsiadki. Rozgość się. Napij się herbaty. W środkowej szafce, w słoiku, są smaczne ciasteczka”.  Już tylko ona mówi do mnie „kochanie”. Mama tak mówiła, albo „córuchno”, a tata „córeczko”.

Pukam do drzwi sądiadki. To starsza pani, którą poznałam kiedyś. Otwiera drzwi, uśmiecha się i daje mi klucz. Dziękuję i wchodzę do mieszkania ciotki. Robię sobie harbatę i jem ciasteczka. Poten wlączam telewizor.  Siadam na kanapie, ale czuję zmęczenie, więc się kładę i okrywam pledem, który leżał zrolowany, pod poduszką. Zamykam oczy.

Tapczan kołysze się jak hamak. Spię, ale po chwili budzę się i ze zdziwieniem widzę, że leżę na czymś w rodzaju pryczy z desek ułożonych a cegłach. Nade mną też są deski, z których zwisa owłosiona męska ręka.

Siadam, rozglądam się. Jest ciemno, nie ma okna, lecz z jednej strony przedostaje się blade światło. Wstaę, idę ku niemu.

Ktoś mnie chwyta za ramiona.

– Nie zbliżaj się tam, bo możesz spaść.

Odwracam się i widzę niemłodego mężczyznę z siwym zarostem.

– Kim pan jest? Skąd się tutaj wzięłam?

– Nic nie pamętasz? Było trzęsienie ziemi! Wyciągnąłem cię z gruzów, skleciłem te więzienne prycze i położyłem cię na dolnej

– Nie możemy stąd wyjść?

– Nie mamy drogi… Ten gmach to był czteropiętrowy parking. Uratowaliśmy się na górnym piętrze dzięki olbrzymiej belce, która się utrzymała razem z kawałkiem betonowej podłogi, i nas ochroniła.

– A pod nami…?

– Mam zapalniczkę. Pokażę ci, ale tylko na chwilę, co się naokoło dzieje. Oświetla gruzy i wskazuje palcem przepaść , skąd sączy się poświata, i ku której chciałam iść.

Gasi zapalniczkę.

– Może pan potrzymać mnie za rękę? Chcę zajrzeć w dół, tam, skąd płynie światło.

– Są tam na dole same gruzy, widziałem.

– Proszę, niech mi pan poda rękę.

Robi to niechętnie.

Staram się nie ciągnąć go, gdy po dwóch małych krokach staję na skraju ukośnie złamanego betonu. Po bokach ciemne gruzy, sterczące metalowe drag, wiszą kable…  Na dole są rzeczywiście gruzy, ale jednak spomiędzy nich przenika światło.

Cofam się do tyłu trzymając się ręki człowieka, który mnie uratował.

– Dziękuję. Widziałam.

– Cztery piętra się zapadły, a my siedzimy na górze…

– I co, będziemy tak siedzieć i czekać – na co?

– Jak usłyszymy jakiś ruch na dole, zaczniemy krzyczeć o pomoc.

– A jeśli nie będzie do kogo krzyczeć?

Patrzy na mnie i ma w oczach rozpacz.

– Proszę pana, wolę zginąć niż tak siedzieć i czekać na powolną śmierć! A pan?

– Taki skok to pewna śmierć!

– Jednak skoczę. Jeśli uda mi się wydostać ku temu światłu i

Cofam się do tyłu trzymając się ręki człowieka, który mnie uratował.

– Dziękuję. Widziałam.

– Cztery piętra się zapadły, a my siedzimy na górze…

– I co, będziemy tak siedzieć i czekać – na co?

– Jak usłyszymy jakiś ruch na dole, zaczniemy krzyczeć o pomoc.

– A jeśli nie będzie do kogo krzyczeć?

Patrzy na mnie i ma w oczach rozpacz.

– Proszę pana, wolę zginąć niż tak siedzieć i czekać na powolną śmierć! A pan?

– Taki skok to pewna śmierć!

– Jednak skoczę. Jeśli uda mi się wydostać ku temu światłu i znaleźć pomoc, powiem żeby pana stąd ściągnęli.

Boję się okropnie. A jednak robię te dwa kroki naprzód i skaczę. Widzę dużo bieli i światło.

Siedzę na fotelu u dentystki.

– Jeszcze musimy zaplombować boczny ząb, ale już nie teraz.

Wstaję, uszczęśliwiona, że nie będzie wiercenia, piłowania.

Wychodzę, mijam pustą poczekalnię i idę w kierunku windy. Lecz windy nie ma! Są  spiralne poręcze, bez schodów! Oglądam się za siebie – nie ma drzwi z tabliczką z nazwiskiem dentystki, tylko pusta ściana.

Stoję, bezradna.

 Potem siadam na podłodze, bo jestem bardzo zmęczona. Drzemię z głową opartą o ścianę.

W naszej trzypiętrowej szkole były szerokie  schody, z wypolerowaną, też szeroką poręczą. Lubilśmy zjeżdżać po niej z piętra na piętro. To byłp dawno, miałam jeszcze mamę i tatę i aż trzy ciotki… Została jedna. Muszę do niej iść, przecież prosiła żebym przyszła!

Wstaję, zbliżam się do spiralnej poręczy. „Skrzyżuję nogi żeby nie spaść…” Chwytam poręcz w miejscu, gdzie kończy się podłoga. Podciągam się, siadam, przerzucam nogę, potem obie  zaczepiam o siebie stopami, pochylam sią i zjeżdżam! Na dole prawie padam, ale łapię równowagę. Znajduję się na nieznanej mi, brzydkiej, szarej i pustej ulicy. Domy nie mają numerów, bramy są zamknięte, nie widać sklepów. Idę, w nadziei, że na jakimś rogu zobaczył nazwę ulicy, zorientuję się gdzie jestem.

Idę już długo i nie widzę żadnej przecznicy. Lecz uparcie maszeruję dalej i nawet nucę sobie do taktu.

Dostrzegam jakiś blask. Ulica kończy się betonową barierką, za którą lśni morze! Jakie piękne i wielkie!  Oparta o bariekę stoję i się gapię aż do zmierzchu. Słońce opada, ozłaca fale. Jestem jak zahipnotyzowana.

Nagle beton barierki zaczyna rosnąć w górę. Po chwili zasłania morze.

Idę wzdłuż tego muru, który był barierką. Z daleka widzę żelazne schody, takie jak przy moście na dworcu kolejowym. Idę ku nim. Gdy wreszcie do nich docieram, widzę, że są kręcone, spiralne. A były przecież proste jeszcze parę miesięcy temu.

Ostrożnie stawiam nogę na pierwszym stopniu. Potem na drugim. Są mocne, dość szerokie, i nie zwężająsię przy zakrętach. Wchodzę na most. Spodziewam się, że pod nim są tory, może będą przejeżdżać pociągi. Nic z tego. Na dole widzę tylko piasek. Morza nie widać. Schodzę takimi samymi schodami z drugiej strony mostu.

Gdy spuszczam stopę na piasek, zapadam się. Wir piasku obraca mną i spiralnym ruchem wciąga mnie w głąb. Zamykam oczy i zaciskam usta. Brak mi tchu. Już myślę, że się uduszę, gdy czuję pod stopami twardą nawierzchnię. Ostrożnie unoszę powieki. Stoję na dachu drewniaego baraku. Jest dość niski, więc skaczę na dół.

Lecz nie ląduję, jak myślałam, na piasku. Jestem w wodzie. Mam jej pełne usta. Jest słona. Zanim zdążę się przerazić, czuję, że czyjeś ręce ciągną mnie w górę.

– Miałaś jakiś straszny sen,kochanie?

Ciocia Amalia gładzi moje dłonie.

– Chyba się topiłam…

Całuje mnie w czoło.

– Chodź do kuchni, napijesz się czegoś i poczujesz się lepiej. A potem pomożesz mi nakryć do stłu, dobrze?

– Nie możemy jeść w kuchni, jak zawsze?

– Dziś nie. Jutro twoje urodziny! Ugotowałam coś specjalnego. I napijemy się wina!

Gdy już siedzimy przy stole, widzę, że obok mojego talerza leży kwadratowa, ślicznie zapakowana paczuszka.

Patrzę pytająco.

– To prezent urodzinowy dla ciebie. Nie obejrzysz?

– Dziękuję, ciociu!

– Osiemnaste urodziny pamięta się całe życie. Pamiętam moje, choć były głodne i chłodne, ale jedna jakoś je świętowaliśmy.

Odwiązuję wstążkę, rozwijam papier. Z białego w zielonkawe paseczki pudełka wyjmuję bransoletkę z nanizanych na giętki drucik moich ulubionych małych turkusów.

– Nie ma problemu z wielkością, owija się ją wokół ręki – ciocia Amalia nalewa wina do pękatych kieliszków.

A ja owijam nadgarstek turkusową spiralą.



Reklama

Reklama

Treści chronione