TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Kwiecień 7, 2017 | 10:27

STREFA EJLAT (1 i 2 rozdział).

TELAWIW OnLine: Pierwsze 2 rozdziały powieści „Strefa Ejlat”, która ukazała się w Polsce w 2005 i niebawem dostępna będzie w całości w formacie elektronicznym na tym portalu.

No więc już po przyjeździe do Ejlatu nad Morzem Czerwonym i wypiciu jakiejś Lavazzy na stacji benzynowej z dudniącym niemieckim techno trancem, zobaczyłem pustawe lotnisko w środku miasta, gdzie pasy startowe były kolorowo oświetlone w ciemnościach. Miałem za sobą parogodzinną jazdę samochodem przez pustynię i musiałem jeszcze skoczyć do egipskiej enklawy Taba na granicy z Izraelem, gdzie odbywało się jakieś piękne sympozjum pokojowe. No i teraz nie miałem pomysłu jak spędzić resztę wieczoru i chciałem rozejrzeć się w sytuacji i wrzucić torbę z rzeczami do hotelu Hilton-Taba, który dawniej nazywał się inaczej.

Nastroszone wróble skakały z ćwierkaniem wokół kilku facetów ubranych w szorty, luźne koszule i płócienne kamizelki, siedzących na niklowanych stołkach przy barze i stukających ostro na laptopach. – W całej Europie nic tylko zadymy pedalskie i antywojenne, a tu jakby nagle kraina łagodności – powiedział nagle jeden z tych facetów, który nazywał się Szulc i przyleciał okrężnie z Warszawy ze sporą ilością kacogennych kordiałów i miał jechać dalej do polskiej bazy Camp Babilon w Iraku. – Nie wiedziałem, że w „Eljacie” macie strefę bezcłową – powiedział Szulc.

No więc powiedziałem Szulcowi, że w Ejlacie, a nie w „Eljacie”- i byliśmy kumplami z dzieciństwa, ale spotkaliśmy się pierwszy raz po latach dopiero w 2000 roku, gdy „polski papież” składał historyczną wizytę w świętej krainie. Kolega Szulc obsługiwał wtenczas fanatycznie pielgrzymkę Papy dla mediów elektronicznych i pisemek kobiecych i odgrażał się w jerozolimskim centrum prasowym – przed monitorami z papieskim Woodstokiem nad jeziorem Genezaret – że musi koniecznie przyjechać na korespondenta do tej porąbanej kolebki cywilizacji judeochrześcijańskiej.

– Czerwcowe szczyty pokojowe w egipskim Szarm-el-Szejk i w jordańskiej Akabie doprowadziły do zawieszenia broni między Izraelem a Palestyńczykami. Teraz jednak, po sześciu tygodniach rozejmu, który rozbudził nadzieje na pokój miedzy stronami, znów powraca przemoc na Bliski Wschód – powiedział Szulc w telefon satelitarny, wykonując „wejście na żywo” w toalecie. Tylko że woda trysnęła nagle we wszystkich pisuarach naraz i Szulc stojąc na palcach w rozkroku jak raczkujący szczudlarz, wyjaśniał nerwowo, że włączyli „grającą fontannę” w kurorcie Ejlat.

Nad lotniskiem leciały kłębiaste chmury, między którymi przeświecało gwiaździste niebo i nie chciało mi się Szulcowi tłumaczyć, że Ejlat z Tabą, Akabą i Szarm-el-Szejk miały razem robić za model Nowego Bliskie go Wschodu, ale wszystko padło po wybuchu drugiej intifady palestyńskiej. Szliśmy wolno w kierunku Morza Czerwonego i wiatr szarpał 2-metrowymi dmuchanymi krokodylami i rekinami szczerzącymi kły na stoiskach z pamiątkami, i ostry snop zielonego światła puszczany gdzieś z hotelu Herods – jakby z latarni morskiej – coraz to przecinał ciemności.

No więc powiedziałem Szulcowi, że w Izraelu są chyba ze trzy w sumie całkiem niezgorsze latarnie morskie: w starym porcie rybackim Jaffo w południowym Tel Awiwie, gdzie zawijały kiedyś przeładowane parostatki z pierwszymi imigrantami żydowskimi ze wschodniej Europy, nad spadzistym brzegiem morza w Rosz H’Nikra na granicy z Libanem i w zbudowanej jeszcze przez krzyżowców twierdzy Akko, spod której nawet Bonaparte musiał 200 lat temu odstąpić ze wstydem, bo nie dał rady odbić jej mamelukom i ostatnio UNESCO włączyło ją do światowego dziedzictwa.

– Latarnie morskie mają swoje portale – powiedział Szulc.
– I noszą imiona różnych świętych – powiedziałem.
– Nie mylić z małymi kapralami – powiedział kolega Szulc.
– Karuzele też występują w Internecie – powiedziałem.

No i powiedziałem Szulcowi, że pod koniec zeszłego tysiąclecia, u podnóża murów obronnych w Akko archeolodzy wygrzebali świetnie zachowany szkielet grenadiera napoleońskiego z grabą zakleszczoną na drzewcu zbutwiałej chorągwi. I potem oficjele w białych rękawiczkach i szamerowanych degolówkach zabrali kościotrupa specjalnym samolotem do V Republiki, gdzie urządzili mu pochówek z salwą honorową – na cmentarzu z lufami starych kalubryn, w których koczują wiewiórki.

– Też kiedyś chodziliśmy w degolówach – powiedział Szulc.
– Robili je na Chmielnej w odcieniu popielatym – powiedziałem.
– Bywały też w odcieniach granatu – powiedział kolega Szulc.
– I mogłeś sobie zamówić z nauszniczkami – powiedziałem.
– Gorzej bywało z białymi rękawiczkami – powiedział Szulc.

Tylko że nagle przygasły światła na ejlackim nabrzeżu i zobaczyłem tłumy małolatów z gitarami i śpiworami pod rozwianymi i podświetlonymi na zielono palmami nad morzem. Więc nagle znowu najlepiej było w knajpowych ogródkach zatłoczonego „starego centrum” w środku miasta i błyskające światłami airbusy z hukiem i wypuszczonymi kołami (jak cholerne wahadłowce nad Texasem – powtarzał Szulc) podchodziły do lądowania od strony zatoki, po drugiej stronie której błyskały światła Akaby.

Do baru Stella Maris trafiały zawsze wprost z lotniska najlepsze odjeby z Sixties, z siwymi kitkami i zasiedliśmy w aluminiowo-wiklinowych fotelach przed oświetlonym wejściem. Technosamba i smród gnijącej ryby w porywach wiatru i w satelitarnej telewizorni puszczali w zwolnionym tempie powtórki z wojny w Iraku: podrajcowani emeryci w przedpotopowych hełmach, wymachiwali kałachami zza worków z piaskiem na moście nad Tygrysem, gdy amerykańskie Abramsy ostrzeliwały już obrośnięte palmami „bizantyjskie” pałace Saddama na zachodnim brzegu.

Ale potem barman, którego wszyscy nazywali Lejbo, i który był kiedyś całkiem niezłym zawodnikiem interdyscyplinarnym w bliższych i dalszych rejonach świata, przełączył telewizor na stary western z Johnem Waynem w spłowiałej koszuli z różową apaszką, który poił gniadego konia w spienionej górskiej rzece – w przezroczystym powietrzu wypełniającym kotlinę między ośnieżonymi szczytami.

– Stalin pod koniec życia chciał zakatrupić Wayne’a – powiedział Szulc.
– Pamiętasz pierwszy western, który kiedyś zaliczyliśmy? – spytałem.
– Indiański wojownik lub Winchester-73 – powiedział Szulc.
– Ostatnia walka Apacza z Burtem Lancastrem – powiedziałem.
– W sweterkach staliśmy z pół dnia po bilety – powiedział Szulc.
– W samo południe z Garry Cooperem było dużo później – powiedziałem.
– Przerobili go potem na Solidarność z szeryfem – powiedział Szulc.

Zauważyłem nagle, że „cholerne wahadłowce” przestały nadlatywać stadami od strony zatoki, po drugiej stronie której migały rzędami pomarańczowe światła jordańskiego miasta portowego Akaba, które wydawało się jakby wyludnione. Dzieciak w nowych rozsznurowanych adidasach puszczał zdalnie sterowany model strategicznego bombowca B52 nad schodami, na których siedziały małolaty – w zakurzonych traperach z fluoryzującymi sznurowadłami, oparte o wypchane plecaki na stelażach.

– Nie pamiętam już, czym się bawiłem jak byłem mały – powiedział Szulc.
– Prawdopodobnie pisiorkiem – powiedziałem.
– Pisiorkiem to było potem – powiedział Szulc.
– Pamiętam upał i watę cukrową na 1 maja. Bokserzy na ciężarówie- platformie grzmocili się po ryjach przed trybuną honorową -powiedziałem.
– Z tego się potem wzięły Love Parady – powiedział Szulc.
– To było w XX wieku, który zrodził najgorsze totalizmy – powiedziałem
– Były też ruskie parowozy z sosnowego drewna z sękami w sklepie zabawkowym na Nowym Świecie – powiedział Szulc.
– Graliśmy w zośkę i pikuty na podwórku, a czasem grywaliśmy też w gazdę – powiedziałem.
– O ile pamiętam, ołów na zośki wytapialiśmy z izolacji starych przewodów elektrycznych – powiedział Szulc.
– To nie było nigdy rzeczą prostą – powiedziałem.

No więc naprawdę było w minionym stuleciu i nie chciało mi się teraz myśleć o tym, jak pojawiałem się w szkole w nowym sweterku, zrobionym na drutach przez moją matkę, i miałem zośkę z resztek tej samej zielonej wełenki zalanej ołowiem. Albo jeździliśmy z chłopakami rowerami za miasto i padaliśmy gdzieś na piachu między młodymi sosenkami i był ten fantastyczny zapach zieleni na wiosnę, gdy poza tym niewiele się działo w twoim życiu; wiadomo jak jest – pomyślałem sobie teraz.

– Wiesz co – powiedział Szulc. – Jeszcze mi chyba nie mówiłeś, co robiłeś po wyjeździe ze skomunizowanej ojczyzny.
– Studiowałem coraz wolniej – powiedziałem.
– Nie zdążyłem wtenczas na Gdański, żeby cię odprowadzić z wszelkimi honorami, w białych rękawiczkach – powiedział Szulc.
– Rozumiem – powiedziałem.
– Nie rozumiesz- powiedział.

– Najpierw mieszkałem z parę lat w Kopenhadze i od samego początku nie miałem pomysłu, żeby zostać Duńczykiem, choć sporo rzeczy mi się u nich podobało. Potem nagle wyjechałem do Izraela i wyłączyłem się do reszty z pięknych lat 70. – powiedziałem.
-Też nie miałem pomysłu na lata 70. – powiedział Szulc.
– Pracowaliśmy obaj przy tym pomyśle – powiedziałem.
– Lata świetnej pracy – powiedział Szulc z jakąś nagłą rozpaczą w twarzy i wyraźnie nie radził sobie z tym wszystkim, i tkwił w nim jakiś cholerny żal, choć wyglądał raczej na faceta, któremu się udało.

– Nie całkiem tak było – powiedziałem. – Chciałem wyrwać się z kanału emigracyjnego w Danii, gdzie naprawdę już byłem pod murem i potem z parę lat w wojsku i na studiach w Izraelu nie ciągnęło mnie do tej waszej Mitteleuropy. Tylko że w połowie lat 80. na wzgórzach Golan, gdzie robiliśmy już wtenczas za rezerwistów, posyryjska tzw. mina przeciwpiechotna rozerwała jednego z najlepszych kumpli z Warszawy, który nazywał się Sztajner i też wyjechał najpierw do Danii i potem do Izraela.

– Też studiowałem coraz wolniej – powiedział Szulc. – Po rytualnej akcji z obrączkowaniem w Pałacu Ślubów wymyśliłem sobie, żeby wyjechać na saksy do Wiednia, bo w drugiej połowie 70. lat w Polsce znowu wszystko zaczęło się walić. Robiłem przeważnie za budowlańca, ale dzięki temu jakoś wyrabialiśmy z koleżanką-żoną i kupiliśmy sobie nawet chatę z polodowcową sadzawką na Mazurach. Wróciłem do Polski dopiero, gdy wybuchła Solidarność i potem w stanie wojennym znów robiłem na czarno u Austriaków, ale jako starszy pomocnik majstra murarskiego.

– Nie ominął cię jakby los wiecznego tułacza – powiedziałem i naprawdę miałem to już wszystko za sobą, choć niewiele z tego wynikało poza tym, że udało mi się uwolnić od jakiegoś dziadowskiego żalu w środku.
– Ominął mnie los wiecznego etosowca w rozciągniętym sweterku z oporniczkiem – powiedział Szulc. – Lato spędzałem Wienerwaldzie. Pogoda jak w Izraelu, żarcie jak w Polsce, picie jak w Austrii, ale zawsze lubiłem wineczko, więc jakoś nadrabiałem ilością i wychodziłem na swoje.

W knajpie Stella Maris wszystkie stołki przy barze były teraz zajęte poza pierwszym z brzegu, koło którego przelatywała zgrzana Szwedka- kelnerka w chodakach i wyszarpywała butelki z przeźroczystej lodówki z czerwonym neonem Coca Coli i migającą jarzeniówką. Kelnerka miała niezłe piersi, które latały jej luźno pod koszulką i bardzo dobrze odbijały się w lustrze ze złotymi ramami nad barem, i na chropowatych ścianach wisiały komputerowe i niby-jaskiniowe malunki z jakimiś jednorożcami i podświetlone reklamy Guinnessa z Murzynką trzymającą pękaty kufel.

Przy barze, jak mówiłem, same odjeby z siwymi kitkami i lubiłem to miejsce, bo od lat się nie zmieniało, co w świętej krainie było prawie że zjawiskiem nadprzyrodzonym. No więc potem musiałem wytłumaczyć Szulcowi, że przeciętny bar w Izraelu nie przetrwa nigdy więcej niż pięć lat i potem zdycha po cichu. Zwolnił się drugi stołek przy barze i przesiedliśmy się tam z Szulcem, i w telewizorze z wyłączonym dźwiękiem ubrany na biało Koreańczyk, z maskę chroniącą przed SARS na twarzy, tańczył Makarenę na linie, machając wielkim czerwonym wachlarzem.

Barman Lejbo, który tak naprawdę nazywał się Lejbowicz i kiedyś był partyzantem Che Guevary w Boliwii, rozlewał ostrożnie Guinnessy z beczki i robił drinki na złotej tequili w rytmie muzyki z lat sześćdziesiątych, którą puszczał wciąż na okrągło, żeby odstraszyć przyćpane kurwy z WNP, transwestytów ze znerwicowanymi pieskami i nawalonych travellersów. Ale nieraz, gdy trzeba było użyć bardziej radykalnych środków Lejbo puszczał zdarte bluesy z delty Missisipi i walił w stary dzwon okrętowy, że czas już najwyższy, aby zamówić następną rundę drinków.

– Dawno nie widziałem cię w Ejlacie, chłopie – powiedział do mnie.
– Nie ciągnie mnie tu ciekawość – powiedziałem, patrząc jak podaje mi spienionego Guinnessa na kartonowej podkładce ze złotą obwódką.
– Jesteś już trzecim facetem od rana, który tak mówi – powiedział Lejbo, a w jego pobrużdżonej twarzy o ostrych rysach pojawiła się nagle głęboka humanitarna troska idąca o lepsze z niepokojem.
– Poznaj mojego kolegę z Polandu – powiedziałem.
– Nice to meet you – powiedział Lejbo.
– Co to za koleś? – powiedział Szulc.

– Czytałem kiedyś w Internecie, że Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki – powiedział barman Lejbo, z którym znaliśmy się od dawna.
– Antysemityzm bez Żydów to nasza specjalność – powiedział Szulc.
– To ciekawe – powiedział Lejbo, którego pobrużdżona przeżyciami twarz wyrażała teraz głęboki smutek skontrastowany z niepokojem.
– Trzeba mieć zdrowo najebane we łbach – powiedział Szulc.
– To jest całkiem ciekawe – powiedział Lejbo.
– Tego się nie da znieść – powiedział Szulc.

– Od kiedy biegasz po necie? – spytałem Lejba.
– Robię to z czystej ciekawości – odpowiedział.
– Ja już jestem po odwyku – powiedziałem.
– Dla niektórych net jest OK – powiedział Szulc.
– Przyjazny jest dla środowiska – powiedziałem.
– Kiedyś było inaczej – powiedział kolega Szulc.

– Kiedyś dawno przed drugą intifadą Polacy odwiedzali moją knajpę w ramach pakietu turystycznego Izrael-Egipt-Jordania – powiedział Lejbo.
– Raczej naturalna i pożądana tendencja – powiedział Szulc.
– Pamiętam, jak ten facet uczył mnie polskiego – powiedział Lejbo wskazując moje odbicie w lustrze ze złotymi wygiętymi ramami.
– Myślałem, ze znasz polski od urodzenia – powiedział Szulc.
– Kujwa kujwie jba nie ujwie – powiedział Lejbowicz.
– Pod znakiem starych mistrzów – powiedział Szulc.

– Myśmy mieli absolutnie nawiedzoną polonistkę w podstawówce – po wiedziałem. – Przedwojenną raszplę w sznurowanych bucikach. Potem w ogólniaku za to mieliśmy świetną młodą kobitkę świeżo po studiach, też absolutnie nawiedzoną, i byliśmy zafascynowani tym fenomenem, łączącym w sobie kobiecość najwyższej klasy z fantastyczną inteligencją.

– Nie pamiętam już chyba, co znaczy słowo kujwa – powiedział Lejbo, którego twarz nie zdradziła tym razem żadnych odczuć ani przemyśleń.
– Pewno miałeś słabą panią od polskiego – powiedział Szulc.
– Słowa kujwa używają też często Rumuni pracujący na czarno w Ejlacie i dorabiający jako alfonsi od kurew z WNP – powiedział Lejbo.
– W pięknym rumuńskim języku występuje przyimek „dupa” – powiedział Szulc. – Dawniej jak w gazetach pisali dupa agenta TASS, to znaczyło, że dawali coś za TASSem, a wal dupa wal znaczyło fala za falą.

– Z tego się chyba jakoś wyrasta – powiedziałem.
– Jak jest alfons po nowohebrajsku? – spytał Szulc.
– Ars, co może oznaczać też jad – powiedziałem.
– Nie jest z wami tak źle – powiedział kolega Szulc.
– Musisz zrobić wywiad z Lejbem – powiedziałem.
– Kiedyś chciałem z Nelsonem Mandelą – powiedział.
– A ja z El comandante Che Guevarą – powiedziałem.
– To już wolałbym z Winnie Mandelą – odpowiedział.

No więc potem Szulc zaczął opowiadać, że jakiś skandynawski facet zrobił wywiad z Winnie Mandelą dla National Geographic i strzelił parę fotek, ale nie doszedł z tym do hotelu, bo ograbili go w burdelu w Soweto i zabrali mu wszystkie materiały, i koleś do dziś nie może się pozbierać. W satelitarnej telewizorni Sarajewo i Dubrownik z lotu ptaka i ludzie z plażowymi parasolami w deszczu i harleyowcy z pochodniami; powtórki z setnej pielgrzymki papieża, który białym katamaranem Marco Polo wpłynął do Rijeki, gdzie na secesyjnym bulwarze witały go tłumy Chorwatów.

No i przypomniałem sobie teraz, jak w czasie wizyty papieża w Jerozolimie Szulc w jeansach, białym t-shircie i wytartej tweedowej marynarce z identyfikatorem lamentował, że w Warszawie znowu wysiadły kaloryfery, choć ostatnio w nocy było z 10 stopni mrozu; no kopa lat, ale żeśmy się zeszli – powtarzaliśmy sobie wtenczas i ciekawiło mnie, co to za facet, bo patrząc na niego, myślałem sobie, że gdybym wtedy po marcu-68 nie wyjechał na stałe z Polski, to on byłby teraz jakimś moim odbiciem, i nagle zobaczyłem, że kolega Szulc też uważnie mi się przygląda.

– O co tu chodzi, cholera! – powiedział teraz Szulc. – Siedziałem w absolutnej głuszy na działce z polodowcową sadzawką gęsią, szukając odpowiedzi na pytanie, jak pierdolą się motyle. W ramach odwyku od Afery Rywina oglądałem rysunkowe pornosy na dvd z pięcioma głośnikami i za dzwoniła komóra: chcesz skoczyć do campu Babilon, to przyleciałem – via Amsterdam – do Ejlatu i z miejsca wpadłem w jakieś sympozjum izraelsko-palestyńskie w Tabie, ale za chwile jadę – przez Jordanię – do Iraku.

– Wszystko jest całkiem OK! – powiedziałem i z głośników na belkach pod sufitem, gdzie siedział rudobrody krasnal z wielkim fiutem i różowym kobiecym biustem, leciał świetny kompakt Oh Preety Women Roya Orbisona w rogowych okularach, który zmarł przedwcześnie w latach 80. – i to bynajmniej nie na AIDS. Rytmiczne dudnienie gitar w zadymionym powietrzu i pijane niemieckie panienki w koszulkach MTV z pacyfistycznymi hologramami zamawiały drinki Sunrise na tequili, i tańczyły przemiatając rozpuszczonymi jasnymi włosami nad barem obitym miedzianą blachą.

(2)

Znów skończyła się jakaś wojna, znów siedzimy przy oświetlonych barach – powiedziałem nagle z cicha jakby sam do siebie, tłumacząc Szulcowi z hebrajskiego wielki napis nad barem, wymalowany tam chyba całkiem niedawno odblaskowymi kulfonami. A on opowiadał, jak w 30-lecie wydarzeń marcowych na Dworcu Gdańskim wmurowali uroczyście tablicę pamiątkową, no i chyba jakoś tak ostatnio rozpieprzyli z pół dworca, budując kolejną stację metra ze schodami ruchomymi. No więc powiedziałem sobie w którymś momencie, że muszę jeszcze skoczyć do egipskiej enklawy granicznej Taba i nic mnie nie ruszały te opowieści.

W telewizorach mówili o tym, że Unia Europejska nie chce darować Fidelowi, że pogonił dysydentów kubańskich, korzystając z tego, że oczy świata zwrócone były na Irak i leciały powtórki z dymiącym wrakiem helikoptera szturmowego Apache na trawiastym poboczu zapiaszczonej autostrady Basra-Bagdad, w zwolnionym tempie, bez głosu i z napisem Non comment. Coraz bardziej zeszmaceni ludzie o wychudłych szarych twarzach i świdrujących spojrzeniach sprzedawali wyrzutnie RPG na tle szkieletu wypalonego piaszczystego stadionu w Umm Kasar.

No więc przypomniałem sobie teraz, jak wtenczas zobaczyłem przez wideofon na Fox News dwóch czołgistów wymachujących amerykańską flagą i iracy „gwardziści republiki” zrzucali w biegu mundury, spieprzając boso w samych gatkach i podkoszulkach brzegiem Tygrysu. Jednocześnie w drugiej części ekranu na wpół oszalały kabotyn w czarnym bereciku Mohammad As-Sahaf ryczał w mikrofony, że Amerykanów nie ma w Bagdadzie, a ci co przypadkiem się tam przedarli, zostali zmasakrowani na murach miasta.

– Ten, co wygrał wojnę – powiedziałem sobie teraz o tym facecie i Marines w hełmach rozdawali cukierki bosym dzieciakom – kłęby czarnego dymu nad Bagdadem – okutane na czarno baby z kryształowymi żyrandolami wyszabrowanymi z pałaców Saddama leciały przez osmalony most nad Tygrysem i lewackie świry (w lennonkach i arafatkach) paliły kukły „Dablju Busha” na antywojennych demonstracjach w Europie; wyludnione miasteczka z dymiącymi ruinami i brodaci fedaini iraccy z kałachami na sznurkach bronili się w ruderach, skąd Amerykanie wykurzali ich ogniem czołgowym.

– Kto jest ten koleś?- spytał Szulc wskazując wiszące nad barem zdjęcia, z których największe przedstawiało brodatego faceta z koralikami na szyi, w ciemnych odblaskowych okularach i w kowbojskim kapeluszu. Więc powiedziałem, że facet nazywał się Rafi Nelson i wymyślił kiedyś słynną wioskę rybacką na kamienistej plaży w Tabie, gdzie na słomianych matach polegiwały półnagie blondyny ze Skandynawii i prosperował słynny pub Papa Leon z pierwszym kominkiem nad Morzem Czerwonym.

– W świętej krainie Sixties opóźniły się o dobrych paręnaście lat – powiedziałem. – Rafi Nelson, król izraelskich hippisów, nie ruszał się nigdzie bez piweczka w garści. Zmarł nagle na zawał w 1988 i to nie na skutek przedawkowania prochami, ale rok później Taba i tak przeszła w ręce Egiptu. – Wszystkie te zdjęcia to „ściana przyjaciół”, nie żyjących już naszych najlepszych kumpli, którzy latami tu przychodzili. Na wolnych miejscach wiszą kartki z napisem zarezerwowane – powiedział Lejbo.

– Rafi Nelson zawsze rano przyjeżdżał starym jeepem z lotniczymi siedzeniami i niklowanymi zderzakami do Lejba i zaczynali razem dzień pracy, wznosząc toast na cześć życia łykiem brandy 84 – mówiłem dalej. – Teraz Lejbowicz co rano kursuje swoim „miejskim jeepem” na cmentarzyk, niczym grzeczne kobitki do hipermarketów, pociąga łyczek koniaku V.S.O.P. z butelki nad grobem Rafi Nelsona i potem odjeżdża szerokim łukiem, żeby otworzyć tą swoją spleśniałą spelunę Stella Maris.

– Nic, tylko przyklasnąć! – powiedział Szulc i zobaczyłem nagle, że zaczynamy z wolna poważnieć, jak zawsze w momentach, gdy muzyka zbliżała się do tych najważniejszych klimatów lat 60. I było cholernie mocne przeżycie naprawdę; pamiętam jak robiliśmy nagrania z UKF późnymi wieczorami i potem słuchaliśmy na okrągło za dnia; no i gdzieś pod koniec lata 1965 Rolling Stonesi zaczęli nagle ładować Satisfaction i po wakacjach przyszedłem wściekły do szkoły, bo zawsze byłem jednym z tych facetów, którzy woleli Beatlesów, i teraz nagle musiałem iść na kompromis.

– Ty – przemówił Szulc. – Przecież my naprawdę byliśmy fajni kolesie, to całe nasze porąbane pokolenie Sixties, a teraz nawet nie jesteśmy w stanie nasrać do bidetu; przecież nikt z nas tak naprawdę do końca nie poniał o co chodzi w tym burdelu, choć rozsiewamy woń sukcesu; mocno spietrana klasa średnia z pokręconymi metrykami, uwikłana w debilną poprawność polityczną, coraz bardziej spanikowana pomysłem o przejebanym życiu.

– A miało być tak pięknie – powiedziałem.

– Mogło być inaczej – powiedział Szulc.

– Nie lubię takich rozmów – powiedziałem.

– Też chyba nie lubię – powiedział Szulc.

– Z tym się nie daje żyć – powiedziałem.

– Kiedyś tak myślałem – powiedział Szulc.

– To jest silniejsze od nas – powiedziałem.

– To już się skończyło – powiedział Szulc.

Parę stolików od nas zobaczyłem dziewczynę, która miała cholernie piękną i jakby trochę zmęczoną twarz. Nosiła luźny biały t-shirt ze starogrecką nimfą obejmującą tygryska i siedziała z nawaloną ekipą telewizyjną, której sprzęt w brzuchatych aluminiowych walizach walał się wszędzie dokoła na betonie. Snuł się koło niej multimedialny facet z laptopem i w czarnym bereciku z antenką typu późny Gomułka, wczesny Gierek, i usłyszałem chyba jak bełkocze coś głośno po polsku. – To jest Max-operator!- powiedział Szulc. – Może na to nie wygląda, ale lubi też sobie pomalować. Robi naprawdę świetne obrazki.

– Pusty mózg, a ciało oddycha, pełna nirwana – powtarzał Max-operator, który miał jakiś niesamowicie pokręcony nos i wyglądał na 30 góra 35 lat, ale halucynogenne hubki wciąż go jeszcze bawiły i opowiadał, jak rajcowali się w deszczowych lasach nad Amazonką grzybkami San Pedro i potem na baleta kłusowali na dzikich ogierach po wypalonej dżungli tropikalnej.

– Nie powiedział jeszcze ostatniego słowa – powiedziała dziewczyna i miała coś cholernie fajnego w pełnych i zmysłowych ustach, gdy uśmiechnęła się patrząc na mnie z bliska, i tańczyła luźno z facetem bez twarzy, bo miał duże ciemne okulary i ten swoj czarny berecik zsunięty nisko na czoło.

– To jest Iza, kobieta o pięknych ustach – powiedział Szulc. – To my się jeszcze nie znamy? – powiedziała Iza, która naprawdę miała piękne i zmysłowe usta i kiedyś poznaliśmy się przelotnie w Warszawie, ale potem chyba wyjechała na parę lat do USA,

Wyszliśmy na dwór, gdzie na schodach travellersi z plecakami pili wódkę izraelską Gold z butelek z czerwoną kartką i kobitka z gołym pępkiem i wytatuowanym jaszczurem (iguaną) na łopatce prężyła się niezłym ciałem na starym, świeżo odmalowanym motorze Harley- Davidson z siodełkami obciągniętymi skórą zebry i rozdawała ulotki ze srebrnym saksofonem reklamujące 17. festiwal Jazz nad Morzem Czerwonym.

Zobaczyłem, że kasjerki w sklepach też mają na głowach reklamowe kapelusze ze srebrnym saksem festiwalowym i radyjko Głos Morza Czerwonego meldowało, że od jesieni 2000 – wskutek drugiej intifady palestyńskiej – spadła gwałtownie turystyka z Zachodniej Europy. Nie spełniły się też nadzieje, że w obawie przed irackimi atakami rakietowo-biochemicznymi na centralny Izrael, tysiące ludzi z dziećmi ucieknie z Tel Awiwu i okolic do kurortu Ejlatu nad Morzem Czerwonym, wypełniając 5-gwiazdkowe hoteliska, ale latem sytuacja nagle zaczęła się poprawiać.

– Max ma kluczyk od hangaru, gdzie wiszą jego obrazki – powiedziała Iza.

– Lubi sobie pomalować – powiedziałem.

– Patrz na to pozytywnie – powiedziała Iza.

– Pozytywistycznie! – powiedział Szulc.

– Jakiś głupi jesteś – powiedziała do Szulca

– O to jakby chodzi – odpowiedział.

– No, jest to sposób – powiedziała Iza.

No więc zobaczyłem teraz, że Szulc i Iza prowadzą ożywioną rozmowę w gronie własnym; sam wpędzasz się w kanał, pomyślałem.

– Tego już nie ma – powiedział kolega Szulc.

– Tego właśnie nie wiemy – powiedziała Iza.

W telewizorach śnieg walił wielkimi płatami, jak dawniej w kreskówkach Mosfilmu z dziadkiem mrozem i dżihadyści skalpowali brody innym dzikusom w jaskiniach Tora Bora. Na schodach kilku nagich do pasa, posmarowanych oliwką dla niemowląt Johnson’s baby facetów w szarawarach grało na bongosach i lasery jakby skakały im po rękach, ale to jakieś grube Amerykanki w strojach tenisowych strzelały ich z boku cyfrowymi aparatami z fleszami. Mocno uszminkowany transwestyta w panterkowej mini zmagał się z pekińczykiem, którego wyprowadzało z równowagi monotonne dudnienie. Dwóch chłopaków w butach do wspinaczki wysokogórskiej wymieniało się fluoryzującymi sznurowadłami, różowymi i pomarańczowymi i jakieś panienki na łyżworolkach rozdawały reklamówki pizzy Domino‘s.

Iza opowiadała teraz, jak Polański kręcił Pianistę w Warszawie i na Pradze zrobili targowisko gettowe – po zdjęciach miejscowe menele, którzy przedtem na planie robili za biedotę w chałatach, naparzali się kto zgarnie ze straganów żywe karpie. I potem w Berlinie w starych rozwalonych koszarach kręcili sceny z Umschlagplatz, do których brali anorektyków z ogłoszenia, mających robić za Żydów; na szczęście ktoś w ostatniej chwili zauważył, że ubrali ich pomyłkowo w skórzane płaszcze esesmanów, a spasione byczki ze świńskimi mordami przebrali za wynędzniałych Żydów z tobołkami.

– Zapraszamy do portu na koncerty jazzowe! – powiedział nagle telebim nad schodami i wycięta laserem świetliste logo festiwalowe z saksofonem przeleciało z wizgiem przez telewizory w ogródkach knajpowych. No i zaraz potem zobaczyłem jakieś powtórki z ludźmi z obłoczkami pary w oddechach, kupującymi kolorowe bukiety z pąkami w oszronionych kramach pod strzelistą katedrą w jasnym zimowym słońcu europejskiej metropolii; szli do piekarni po pierwsze croissants za euro i kobitka z zimnym ogniem trzymała nowy banknocik 50 w zębach pod Bramą Brandenburską.

Na „północnym nabrzeżu” dwaj bezdomni pozdrawiali się powolnymi ruchami rąk, jakby wzajemnie się błogosławiąc i jeden miał czerwoną opaskę na łbie z cienkimi warkoczykami przy skórze, z kolorowymi koralikami na końcówkach, a drugi uczesany był w jakąś niesamowitą kaskadę, której głównym elementem była przeplatana paciorkami tleniona grzywka. Na fasadzie 7-piętrowego budynku z antenami satelitarnymi na dachu, Murzyn z niebieskimi szczotami jechał windą między mega cycami wielkiej jak centaur blondyny z twarzą podobną do Marilyn Monroe.

Na dole przy stolikach siedziało kilku samotnych długodystansowców w wytartych kurtkach jeansowych i przy barze jakiś facet z kolczykiem wczepionym w brew, nagle gwałtownie się rozkasłał i dziewczyna ogolona na łyso, z kosmykami jak pejsy pod uszami waliła go piąchami przez plecy. W tej knajpie nadmorskiej wszyscy owijali sobie głowy koszulkami od wiatru chyba i facet z kolczykiem nosił wojskowe spodnie z drelichu, z odstającą komórką w futerale, przypiętą do kieszeni jak colt.

Szliśmy w stronę ejlackiego portu, skąd niosły się dźwięki strojonych instrumentów i opowiadałem im chyba coś luźno, jak robiłem tu kiedyś za rezerwistę Cahalu (IDF) i co wieczór w ejlackim „starym centrum” zbierało się tylu chłopaków, że butelkami po piwie Goldstar składaliśmy numer naszej jednostki na knajpowym stoliku. A potem na nocnych patrolach w górach otaczających Ejlat opadało cię nagle wycie szakali i tzw. psów kanaanejskich w ciemnościach, i widziałeś tylko dalekie światła jordańskiej Akaby po drugiej stronie zatoki.

O wschodzie słońca patrolowymi jeepami zjeżdżaliśmy do opuszczonego miasteczka filmowego Texas-Ranch, gdzie dawniej kręcili spaghetti-westerny, a teraz stada zdziczałych psów kanaanejskich uganiały się główną uliczką, wzbijając kłęby żółtego kurzu wokół zbitego z surowych desek podestu z szubienicą. Stawaliśmy zawsze przy świeżo pobielonym więzieniu – jedynym murowanym domku w miasteczku – robiliśmy sobie kawę z kardamonem na małej butli gazowej, którą stawialiśmy na rampie przed kratami.

No więc teraz Max z tym swoim wywiniętym kinolem, zapatrzony w siebie, mówił coś o multimedialnych chałturach i potem nagle zaczął gadać, że z pół roku temu jechał starym rzęchem BMW autostradą Berlin-Hannover, gdzie nocami w weekendy można się pościgać z różnymi synkami miliarderów. No i nagle zobaczył przed sobą najnowsze porsche-cabrio jadące z prędkością 80 km/h, i tak go to wkurwiło, że postanowił je wyprzedzić, i zobaczył w środku dwóch dziadków w wieku esesmańskim w czapkach świętego Mikołaja, a między nimi siedział piesek w takiej samej czapeczce.

Więc przypomniałem sobie, jak najbardziej lubiłem wieczorne przejazdy szosą nadbrzeżną z Ejlatu do Taby, gdy wzdłuż wąskiej plaży między skałami migały światła w setkach namiotów na wietrze. W ciągu dnia wstępowaliśmy nieraz do pubu hotelowego, gdzie barman z Bombaju, w białym smokingu, robił koktaile zawsze w takim odcieniu błękitu, jaki o tej porze dnia przybierała Zatoka Ejlacka. – To może nie straciłeś wcale tyle czasu na cholerne wojsko, jak ci się zawsze zdawało – powiedziałem sobie.

Tylko że naprawdę cholernie lubiłem jeździć szosą wzdłuż portu ejlackiego, gdy na nocnej zmianie pracowały wielkie dźwigi i przeładowywali nowe japońskie samochody z okrętów na piętrowe lawety, a suwnice przestawiały kontenery na placach składowych między hangarami, gdzie teraz odbywał się festiwal Jazz nad Morzem Czerwonym i w przerwie puszczali przez głośniki utwory Johna Coltrane’a, i widać było migające, pomarańczowe światła jordańskiej Akaby po drugiej stronie zatoki.

Kolorowa kolejka turystyczna z dzwoniącym parowozikiem rozwoziła nawalonych ludzi z butelkami piwa i z nargilami z arakiem po nabrzeżu, gdzie – między oświetlonymi na czerwono kontenerami i wielkimi dźwigami – grali latynojazz w kłębowiskach kabli, monitorów i pulsujących laserów. Zapach browaru i marychy; ludzie z jednorazowymi kubkami na szyjkach butelek, ktoś krzyknął półgłosem, ciągnąc mnie do małego hangaru z falistej blachy, gdzie przed wejściem silny wiatr od morza targał małym drzewkiem oliwnym w donicy.

Zobaczyłem rodzaj trapu prowadzącego do hangaru; drewnianą konstrukcję, która – jak morska fala – odsuwa się, żeby przepuścić piaskowe i ziemiste postaci na dużych białych płótnach, niektóre otrząsające się jeszcze z bryzgów wody; jakbyś wyrwany ze snu patrzył pod słońce na ludzi wychodzących z morza. Samotność, męka i bezsens lat 60. ze smugami słońca i seksu – z rękami wyciągniętymi donikąd; widok nieznanego lądu, jakby poganiali się nawzajem – dźwięki muzyki elektronicznej.

– Piasek i ziemię Maksiu pracowicie zebrał łopatką w różnych etosowych miejscach w Izraelu – powiedziała Iza. – Muzyczkę elektroniczną skomponował któryś z tych kolesiów od Art-B.

– To byłby niezły scoopik jeszcze z parę lat temu – powiedział Szulc.

– Kolorowe pisemka w Polsce za wywiad z eks-małżonką Bagsika w Tel Awiwie dawały kiedyś 500 baksów. Nie chciała niestety zdradzić tajemnic łoża i oscylatora, więc za tę kasę wcisnąłem im zdjęcia apartamentowca, w którym zamieszkiwała – powiedziałem.

– Z ogromnym sentymentem wspominam, jak kolesie od Art-B byli ludźmi z pierwszych stron gazet – powiedział Szulc.

– To był zawsze świetny temat zastępczy, gdy zamierał proces pokojowy na Bliskim Wschodzie – powiedziałem.

– Niezły był też śmigłowiec szturmowy Huzar na platformie Sokoła, o ile pamiętam – powiedział Szulc.

– No proszę – powiedziała Iza. – Znów jesteśmy w nieśmiertelnym temacie stosunków polsko-żydowskich.

– Niech temat ten nigdy nie spada z headlinów – powiedziałem.

– I zawsze niech budzi emocje pozytywne – powiedział Szulc.

– Do Europy przez Jedwabne – powiedziałem.

– To brzmi jak sen piękny kolorowy – powiedział Szulc.

– Nie brak na szczęście tematów zastępczych – powiedziałem.

– Ta choroba toczy nas od zarania – powiedział Szulc.

– No i podsyca ją też ciągle twoja gazetka – powiedziałem.

– O Jedwabnym nie chcieli pierwsi napisać – powiedział Szulc. – Byłem przy tym, jak nie chcieli napisać ani słowa.

– Stali się zwykłymi nudziarzami – powiedziałem.

– Też dla nich jakby kiedyś coś robiłeś – powiedział Szulc.

– Byli wtedy najlepsi w Polsce – powiedziałem.

– W pewnym momencie sami o sobie zaczęli mówić „największy dziennik w Europie środkowo-wschodniej” – powiedział Szulc.

– Skąd oni wzięli ten pomysł? – spytałem.

– Maszynka do robienia kasy – powiedział Szulc.

– Ciekawe, czy też tak mówią o sobie – powiedziałem.

– Z pewną jakby nieśmiałością – powiedział Szulc.

– Czy gazetka tego nie widzi? – spytałem.

– Przestało jej zależeć – powiedział Szulc.

– Stali się koncernem medialnym – powiedziałem.

– Pochylają się, kurwa, nad człowiekiem – powiedział Szulc.

– Też byście, kurwa, pochylili się nad człowiekiem – powiedział Max, który miał dziwnie wywinięty nos, z zadartą na końcu spiczastą spiralką.

– Mistrzu ma rację – powiedziałem.

– I słowa więcej o gazetce – powiedziała Iza.



Reklama

Reklama