TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Lipiec 7, 2016 | 4:40

TEN ZA NIM

TELAWIW OnLine: Remake tekstu „Ten za nim” z tomu opowiadań pod tym tytułem, który ukazał się w Warszawie w 1996 roku. „Ten za nim” to pierwotnie jeden z dwóch rozdziałów, które „wypadły” z powieści „Grupy na wolnym powietrzu” o pokoleniu lat 60. Powrócą oba w następnym wydaniu.

@

Maj jest okresem wielkich przelotów szybowcowych w Europie i kiedyś, jak byłem mały, ścigaliśmy się z chłopakami w dół po mokrej szosie górskiej czeskimi samochodzikami na pedały – „Ikarami”. Na jakimś zakręcie odbiłem kierownicą, biorąc na skróty i nagle wylądowałem w łopianach, i leciał do mnie facet z goglami na czole. Był przybranym synem mojego wuja – strzelił mnie w pysk dwa razy i postawił na nogi – szybownik i alpinista, wolny strzelec w komunie – też miał jakieś awaryjne lądowanie w okolicy.

Wieczorem poszliśmy na lody do Karpacza – w życiu nie spotkałem faceta, który bardziej przypominał bohaterów z książek Hemingwaya. Każdy jeden chłopak lubi takich facetów – nie trzeba nikomu tłumaczyć. Byłem jeszcze mały, jak głośno było o nim i nasłuchałem się opowieści; pamiętam aferę, gdy wyskoczył z ostatniego piętra wieżowca w Śródmieściu, przewiązawszy się sznurem, jak na ścianie wysokogórskiej i jego żona dostała ataku histerii.

Parę lat później zastał ją w kuchni z palantem z telewizora, który rżnął ją od tylca na parapecie z pelargoniami. Spalił wtenczas wszystkie meble w mieszkaniu i zaczął nosić ciemne okulary rajdowe. Najpierw pił spokojnie, potem strasznie, potem znowu spokojnie – w końcu strzelił sobie w czoło jak Hemingway – pamiętam, jak zobaczyłem butelki po wódce w trzech workach na ostatnim półpiętrze.

Jacyś ludzie pili jarzębiak z piersiówek nad jego grobem – w naszej uliczce na Żoliborzu pachniało wilgotnym mchem i grzybami – przypomniałem sobie, jak opowiadał mi nieraz wieczorami o górskich wspinaczkach. „Bez tlenu i nepalskich tragarzy wiedziałeś na pewno, że nie wysiądziesz, tylko że nagle zrywał się jakiś cholerny wiatr i samotniałeś bez ratunku na skalnej ścianie”.

Też postaliśmy z wujem nad jego grobem. Wieńce z szarotek, że puch leciał w powietrzu jak z dmuchawców – na pusty żołąd znajomy pogrzeb – pejzaż opadających liści, z gwiazdką pomyślności i basową solówą Mingusa. Pamiętam szkliste, nieruchome spojrzenie mojego wuja, gdy wyciągnął „staryj koniak C.K.” z cieniem białego łabędzia na etykiecie i opowiadał, jak w czasie wojny podcinali uzbeckim owcom na żywca odwłoki, z których spływał tłuszcz czysty do podstawionej michy albo kradli tłuste świnie, wbijając im haczyk na szczupaka w czułe miejsce za uchem i odciągając na cienkim sznurku.

Albo wtenczas, jak osierocony żydowski chłopak ukradł bochen chleba na bazarze w Taszkiencie i nie przestawał szarpać go zębami – bity pięściami po głowie i puszczając krew ustami. Więc tego chłopaka pokryła teraz właśnie ziemia matka po tym, jak znaleźli go z przestrzeloną głową pod ścianą pustego mieszkania ze śladami spalenizny i lodówką wkopaną skosem w wyłamane drzwi; butelki stały w trzech workach na ostatnim półpiętrze wieżowca.

Pamiętam szkliste spojrzenie mojego wuja, jak opowiadał, że po wojnie nie znaleźli swoich domów, podwórek i ulic w Warszawie i zaczęli przyprawiać w knajpach na gruzowiskach w sypkim śniegu. Wujowi kiedyś wiatr urwał ucho w syberyjskiej tajdze przy wyrębie świerków, że w paru nie mogli objąć jednego pnia i najwięcej bali się zawsze porywów wiatru na mrozie dochodzącym do minus 40 gradusów, i potem woleli przenieść się do republik południowych.

Ale najbardziej lubiłem opowieści wuja, jak w powojennej Warszawie girlsy tańczyły kankana w knajpie „Dziedzilla” i niedospani ruscy saperzy wylatywali w powietrze przy odgruzowywaniu ruin z wyszynkiem – wtenczas jak na Wiśle lody ruszyły nagle o świcie i razem z nimi dryfowała ścieżka wydeptana na krze zamiast zburzonych mostów. Założyli spółkę z ruskim pułkownikiem, który jeździł do Berlina zdobycznym kabrioletem generała Waffen-SS i handlowali głównie igłami, za które wszystko mogłeś dostać po wsiach.

W pierwsza zimę po wyzwoleniu nie otwierali prawie oczu z pijaństwa i gorzała rzucała im się na łby, że mogli już tylko spijać kuflami spienioną krew świeżo zarżniętych prosiaków i surowe jajka ze skorupek zafajdanych tęczowo jak pisanki wielkanocne. Jeździli na szaber poniemieckim kabrioletem na Ziemie Zachodnie, potem jak pułkownika wezwali do Sojuza i przedwojenne girlsy z kitami tańczyły kankana na gruzowiskach, i palili w piecu kaflowym biedermeirami i klawesynami, które dawały najwięcej ciepła.

Więc potem ruski pułkownik nie wrócił z Sojuza, a raczej wrócił pociągiem osobowym z własną głową na kolanach, przywieziony przez wiernego adiutanta – wuj wolał postawić kabriolet na cegłach w garażu i to był właśnie ten piękny samochód, który dwadzieścia lat później odremontowaliśmy na Żoliborzu z chłopakami i nazwaliśmy go „Fruwa Twoja Marynara” (FTM).

Siedziałem teraz u siebie na niskim poddaszu i zrobiło się prawie ciemno na dworze – z dołu dochodziły jakieś miauczenia. Przypomniałem sobie, jak wielki biały kot dyplomaty Pathet Lao zaczął przychodzić na naszą uliczkę i podtykaliśmy mu tampon z terpentyną pod ogon, że śmigał 50 m/sek. pod wiatr, szorując dupą po ziemi. Za czyjąś życzliwą radą zaczęliśmy mu dawać walerianę na uspokojenie i pierwszy raz tylko spojrzał wściekle niebieskimi oczkami, i chciał przeskoczyć przez siatkę do swojej willi, ale wycelował za nisko, i poszedł grzecznie naokoło z podniesionym ogonem, ale potem popadł w szpony nałogu walerianowego.

Dyplomata w piżamie przylatywał do nas z maczetą, cośmy zadali jego „kotowi”, że wyciera nóżki w plecionkę z trzciny pod drzwiami, trzęsąc łbem jak opętany, i chciał nas przekupić banknotami emitowanymi przez Pathet Lao, ale wuj powiedział, że te środki płatnicze respektowane są tylko z lufą kałacha pod żebro.

Pamiętam jak w 56. wujek z kumplami kopali w ogródku rowy przeciwczołgowe na Ruskich i znaleźli skrzynkę z 200 zardzewiałymi ostrogami przedwojennych ułanów, i potem skombinowali ze złomowiska starą lokomotywę ciuchci i z parę tysięcy nawalonych liczników Geigera-Mullera, które chcieli przetopić na „pancerfausty”. Ale najlepsze numery były potem, gdy wuj zaczął kursować po klasztorach, żeby „dokopać się złota i klejnotów”, które Żydzi dawali tam na przechowanie za okupacji i wyrobił się na najlepszego konserwatora organów kościelnych w peerelu.

Więc kiedyś pojechałem z nim do miasteczka słynącego z wielu zabytków klasy „A” – ratusz z XVII wieku w otoczeniu kamieniczek z podcieniami i warowny klasztor na niezalesionym szczycie wzgórza. Brat furtian był tak pijany, że ledwo nam judasza uchylił i potem wuj grzebał parę dni w piszczałkach, bo miał poufne informacje, że w organach ukryte są kolie brylantowe, a ja zwiedzałem piwnice klasztorne w towarzystwie brata furtiana, który był miłośnikiem trzystuletniego tokaju.

Parę kilometrów dalej było starorzecze z „wyspą pustelnika” – z rozwaloną basztą obronną – gdzie mieszkał stary Karaim z Pięcioksięgiem i modlił się, mówiąc do wszystkich po imieniu. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że przodkami Karaimów byli Chazarowie, którzy przyjęli religię od Żydów i brodaty pustelnik w pokutnym worze uznawał tylko Pięcioksiąg – modlił się także za moją znękaną duszę, nazywając mnie po imieniu; ale potem dorosłem i uznałem rzecz za nieciekawą.

Dwa-trzy kina w Śródmieściu, do których nauczyłeś się łazić samemu na „poranki” – biegaliście też nieraz z chłopakami po różnych biurach podróży, zbierając prospekty z planami wielkich samolotów pasażerskich i flagowych transatlantyków z kasynami. Pierwsze wycieczki szkolne z namiotami nad rzeką – rano graliście w gazdę przed zatłoczonym barem mlecznym. Pierwsze czarno-białe seriale w TVP – „Znak Zorro” z zamaszystym, kredowym „zet” wszędzie na murach domów i rycerska saga sir Lancelota, który wybił sobie z głowy szukanie św. Graala.

Zawarłem umowę z gościem, który dawał po stówie za egzotyczne rośliny palmowe i obmyśliłem włamanie do mojej ciotki, której palma królewska była przedmiotem zawiści całego Żoliborza. Ciotka wystawiała ją na werandę w słoneczne dni, żeby zdopingować fotosyntezę i zakradłem się od ogródka, a Danek zadzwonił od frontu, żeby ciotkę zagadać. Chwyciłem donicę, ale była tak ciężka, że runęła na parkiet z potwornym hukiem i ledwo się zdążyłem schować w krzaki. Ciotka potem przez lata nie mogła otrząsnąć się z osłupienia, że przeciąg zwalił taką donicę z parapetu i nigdy więcej nie otwierała drzwi moim kolegom szkolnym.

W podstawówce przychodziliśmy na „dyngus” z gruchami od lewatywy, które niosły z 5 metrów i po lekcjach chodziliśmy na pierwsze paczkowane lody „Calypso” i „Bambino” pod filarami Cedetu*. W piątej klasie zostałem perkusistą orkiestry szkolnej, bo próby odbywały się w czasie lekcji i daliśmy nawet show w telewizorze, gdzie moja rola ograniczyła się do walnięcia w bęben trzy razy. Danek wykonał songa, że wzorowi obywatele chcą zostać profesorami, ale on woli panem majstrem, w związku z czym Mostostal – sprawujący patronat nad naszą szkołą – ofiarował nam demobilowy gazik do rozbiórki, który postawiliśmy w rogu boiska.

Tylko, że potem pani od śpiewu i geografii, która była też naszą wychowawczynią, poszła na zasłużony urlop macierzyński i nowy nauczyciel zaczął od badania słuchu członków orkiestry szkolnej. Walił kamertonem w stół i musiałeś zawyć „do-re-mi-fa-so-la”- wywalił mnie z miejsca na mordę, bo moje wykonanie wprawiło go w trans. Ale próby orkiestry i tak odbywały się odtąd z tym facetem po lekcjach.

* Późniejszy „Smyk”.

W podstawówce najbardziej podpadł mi pan od fizyki, który chodził w garniturku „do figury” w najgorszy mróz i został wychowawcą naszej klasy po tym, jak pani od śpiewu i geografii poroniła w karetce pogotowia. Człowiek ten nazwiskiem Nowicki, świeżo po stacjonarnych studiach pedagogicznych, wprowadził jako pierwszy na świecie wypracowania z fizyki. Pamiętam jak gula mu skoczyła z wrażenia, gdy wybierając temat „znaczenie tlenu w życiu człowieka”, skoncentrowałem się intuicyjnie na znaczeniu butli tlenowej w życiu płetwonurka.

Więc potem już zawsze miałem opory z panem od fizyki, któremu gula chodziła, gdy tylko mnie widział z daleka – przypomniałem sobie teraz, jak kiedyś na dużej przerwie celowałem z papierowego hacla z gumki w dupę Rajsa wywieszonego przez okno i trzymanego przez chłopaków za nogi. Wykonywał na zewnętrznej elewacji wielki napis kredą „pan od fizyki jest kurwa” – gdy dziewczynka z pierwszej ławki wlazła w krzywą balistyczną i podebrała mojego hacla w okolicę oka.

Jak raz skończyła się przerwa i pan od fizyki wsadził łeb do klasy, i z miejsca wyleciałem „po opiekę lub rodzica”. Potem jak znowu zjawiłem się w szkole – opalony, uśmiechnięty i zrelaksowany – ten pieprzony kabotyn zaciągnął mnie za ucho do ławki, gdzie siedziała panienka z podbitym limem i wrzasnął: „Przeprosić poszkodowaną koleżankę!” Więc miałem już potem pojęcie o tym facecie i wolałem uniknąć dalszych zgrzytów – nasza klasa była najgorsza w szkole – porozsadzał nas w ławkach z dziewczynkami, które miały łagodzić nasze obyczaje.

Wylądowałem w jednej ławce z „poszkodowaną koleżanką”, która miała obłożone elegancko książki i zeszyty, różowe bibuły na tasiemkach z wyciętymi serduszkami, zakładki do książek z szarotką i niebieski atrament marki „Parker”. Więc poczułem się wtenczas, jak gówniarz w pierwszej klasie – z drewnianym piórnikiem z kolorowym góralskim łbem – zapamiętałem dokładnie tamto uczucie, bo pierwszy raz w życiu zobaczyłem stylizowane na gotyk napisy na naklejkach i dziewczynka w mojej ławce była najlepszą uczennicą w klasie, i wszyscy nazywali ją Lele.

Postawiła pośrodku ławki niebieskiego „Parkera” i powiedziała, że mogę w nim maczać obsadkę, ale miałem od dawna wieczne pióro z tłoczkiem, i wolałem czarny, szkolny atrament o konsystencji gnoju. Jeśli chodzi o zeszyty, to posiadałem jeden „stukartkowy” do wszystkiego i zacząłem panience pożerać drugie śniadania, bo swojego nie nosiłem z braku teczki. Fizyk rozwiązał nasz samorząd klasowy, zamiast którego sformował „rząd jedności klasowej”, do którego weszli wszyscy poza mną i dwoma wodogłowcami opóźnionymi w rozwoju.

Chłopaki piastowali teraz oficjalne stanowiska w rządzie, którego premierem był Nowicki i musiałem nagle nauczyć się żyć na bocznicy, i to w jakimś sensie była najlepsza szkoła życia, jaką wyniosłem z tej podstawówki. Od małego, od piaskownicy uczyli cię rysować laurki z kwiatkami – ryłeś grzecznie wierszyki na pamięć i tak się jakoś składało, że od początku wypisałem się z tego towarzystwa, i przeszedłem wtenczas na własny rachunek. Czułem się cholernie zaszczuty i wykopany ze swojego życia, choć nie mogłem wtedy jeszcze wiedzieć, że celem totalitaryzmów jest zrobienie ze wszystkich ludzi aparatczyków.

Naprawdę nie poznawałem chłopaków; Rajs i Danek kierowali resortem „turystyki i krajoznawstwa” (minister i wiceminister) – organizowali po lekcjach piesze wycieczki do muzeów warszawskich i potem na lekcji wychowawczej składali premierowi Nowickiemu szczegółowe sprawozdania na piśmie. Pojawiła się gazetka ścienna z listą osiągnięć naukowych, gdzie występowałem zawsze na ostatnim miejscu z dwoma opóźnionymi w rozwoju ex aequo – występowałem też w roli bohatera karykatur, w których spisywałem zadania domowe w pozach relaksowych.

Ale najbardziej lubiłem, jak fizyk wpadał na przerwie do klasy z rykiem „uczeń znowu z nogami na ławce!” – wpisywał mi też ciągle uwagi w stylu „uczeń chodzi po szkole w butach” i musiałem to potem dawać starym do podpisu, przez co miałem opory w domu. Zacząłem wtedy pisywać do fizyka listy na maszynie w imieniu mojego starego, że daje się zauważyć ostatnio drobna poprawa w zachowaniu syna, który – ku ogólnemu zaskoczeniu – pomalował w żywe kolory huśtawki w pobliskim ogródku jordanowskim, skąd wiało dotąd grozą i niechlujstwem.

Kończyłem zawsze uprzejmą prośbą o włączenie niniejszego listu do protokołu rady pedagogicznej i potem, jak stary przypadkiem zaszedł do szkoły – powiedział, że pomysł był fajny i dlatego mnie nie wkopał, ale żebym więcej tego nie robił. Pamiętam, jak rąbnąłem z Muzeum Narodowego kapcie filcowe wiązane na buty, żeby w tym chodzić po szkolnych kuluarach i staliśmy wtenczas ze wszystkimi szkołami w śnieżycy po zachodzie słońca parę godzin, żeby zobaczyć miecz koronacyjny „Szczerbiec”, który Chrobry wyszczerbił kiedyś na bramach Kijowa.

Jeździłeś zimą tramwajem na stopniu do „Pałacu Młodzieży”- PKiN, gdzie dawali legitymacje na ulgowe przejazdy i zeskakiwałeś w biegu na oblodzona wysepkę na Marszałkowskiej. Zapisałem się na modelarstwo lotnicze, bo nie wiedziałem, co z sobą zrobić. Były tam szerokie drewniane schody z kołkami wyjętymi z poręczy, na których zjeżdżałeś parę pięter aż do piwnicy ze schronem przeciwatomowym.

Pamiętam, ile zdrowia mnie kosztowało montowanie żeberek na skrzydłach i potem silniczki spalinowe kupowałeś* w Składnicy Harcerskiej na pięterku i były zawody zdalnie kierowanych modeli na „największym placu Europy”. Moja maszyna osiągnęła pułap przelotowy, ale schodząc do lądowania rozpieprzyła się o obelisk z odległościami do stolic europejskich. Włóczyłem się luzem po mieście; baby sprzedawały nowalijki pod Cedetem i koło kwiaciarni z wielkanocnymi palmami i baziami niewidomy sprzedawał na lekarskiej wadze lusterka z dupami w St. Tropez. Nazywali go “ślepy Leun” i sprzedawał też gumowe diabełki, którymi strzelał, żeby przyciągnąć ludzi – ściskane paluchami pykały, pokazując długi czerwony jęzorek.

*Za własna forsę, 200 zł.

Więc chyba najbardziej w podstawówce lubiłem, jak po ostatniej lekcji stawaliśmy elegancko parami na korytarzu i schodziliśmy do szatni „pod opieką nauczyciela” – woźna otwierała boks, a my robiliśmy sztuczny tłok i „macaliśmy” najlepsze dziewczynki z naszej klasy. Pamiętam, jak kolega Szmul z olimpijskim spokojem ustawiał się z wyciągniętą ręką w stronę przerośniętej o parę lat panienki z największym cycem na terenie szkoły i wrzeszczał przeraźliwie do mnie lub któregoś z chłopaków: pchnij mnie!

Nowicki testował na mnie poemat pedagogiczny – traktował swój przedmiot jako argument łagodnej perswazji – wpadł kiedyś do klasy na dużej przerwie, gdy spisywałem jak raz od Lele wypracowano z fizyki. Wyjąc jak ranny łoś, wykręcił mi rękę do tyłu i podniósł za ucho z ławki – zarobiłem z miejsca dwa haki naraz: z przedmiotu i zachowania, i wyleciałem rutynowo „po opiekę lub rodzica”. Ale to był właśnie taki moment, że wiedziałem, iż tym razem facetowi nie odpuszczę.

Ciotka miała wówczas pomoc domową – zdrową wiejską dupę imieniem Klara – pamiętam, jak wcisnąłem jej na głowę ciotczyny kapelusik z woalką rzewną i przebrałem w kostium z szarego tenisa. Na drugi dzień rano zaprowadziłem ją pod pokój nauczycielski i miała tylko kiwać głową refleksyjnie, powtarzając „tak, panie profesorze”, i zrobił się straszny tłum, bo zaraz się rozniosło. Pan od fizyki zaczął nawijać, że należy bezwzględnie zawiesić mnie w czynnościach ucznia, bo jestem pasożytem, na ogólne odczucie, zbędnym w tej społeczności.

Niestety Klara w pewnym momencie zaczęła zdradzać objawy niepokoju, bo tłum wyprowadzał ją z równowagi i zamiast potakiwać grzecznie, jak ją uczyłem, rozdarła się nagle przeraźliwie na całą szkołę. Zrobił się taki bajzel, że we łbie się nie mieści. Pan od fizyki z pianą na pysku ryczał, że wystawiam szkołę na pośmiewisko i przechylony przez barierkę w sekretariacie chciałem dzwonić na pogotowie – przeszkodził mi Szmul, który miał wystawionego haka ołówkiem na okres z fizyki i bał się, że mu zostanie, jak Nowickiego wezmą na obserwację.

Następnego ranka zawitała do naszego domu „trójka klasowa” z matką Szmula i nie chciałem ich wpuścić, ale ze strasznym rabanem wdarli się od tyłu. Fizyk zalecał potem gorąco mojemu staremu, żeby przenieść mnie do szkoły dla dzieci z obniżoną sprawnością myślenia, ale ojciec znów znalazł się na poziomie i rzekł, że dalsze propozycje mile widziane. To się ucieszyłem i ryknąłem dzikim śmiechem – potem jak fizyka przytkało, ojciec spytał, czy pan profesor jest autorem uwagi „Uczeń na klasówce z fizyki rozpiął koleżance biustonosz przez sweterek”?

Ze względów organizacyjnych wziąłem żywy udział w tej rozmowie i fizyk powiedział, że śmieję się, bo nie mam nic do powiedzenia, i musiałem potem przeprosić pana profesora przy całej klasie. Posadził mnie z powrotem w ostatniej ławce pod oknem, gdzie urzędował kolega Szmul, którego mamusia zaraziła się pracą w komitecie rodzicielskim. Któregoś pięknego dnia fizyk chciał wyrwać Szmula do tablicy, ale ten wolał odpowiadać z ławki, gdzie zawsze coś podpowiedzieli – w pulpicie naszej ławki były dziury po wybitych sękach i Szmul wprowadził paluch w taki otwór i potem nie mógł wyjąć, i musiał przyjść woźny, żeby go wypiłować.

Wtedy wstałem i zażądałem powrotu do systemu samorządu klasowego, do którego wybierało się najgorszych jeleni, że zawsze było na nich, jak coś się działo i musieli się tłumaczyć. Fizyk zwolnił ryj do wrzasku – nagle wstała Lele w pierwszej ławce i zaczęła mnie bronić, i zobaczyłem, jak się przy tym zaczerwieniła. Postulowała, żeby powierzyć mi funkcje ławnika w trybunale klasowym, bo poprzedniemu ławnikowi tramwaj urwał nogę nad kolanem i miał kłopoty z chodzeniem. Więc najpierw miałes tego porąbńca i potem najlepszych kumpli na odpowiedzialnych stanowiskach, i teraz dziewczyna stanęła w twojej obronie.

Lele zobowiązała się podciągnąć mnie ze wszystkich przedmiotów i dzwoniłem do niej wieczorami „co zadane?” – siedziała dalej w pierwszej ławce i nigdy nie chciała mi nic podpowiedzieć, gdy wyrywali mnie na środek, i pamiętam, jak kiedyś pierwszy raz pokazała mi jakąś datę na kartce, że z wrażenie nie wiedziałem co jest grane. Zawsze cholernie lubiła, jak miotam się przy tablicy – zaczynałeś jakimś mega frazesem, że wszyscy wiedzieli, że nie masz pojęcia i potem, jak podrzucali ci jakiś konkret – mogłeś spokojnie pieprzyć farmazony do dzwonka.

Pamiętam, jak kiedyś po lekcjach – po „sztucznym tłoku” z numerami w szatni – Lele miała czerwone oczy i takie zmiany w twarzy, że przestraszyłem się i zdziwiłem. Ale potem zobaczyłem ten uśmiech po raz pierwszy i został mi na zawsze w jakimś kącie mózgu – spokojny i piękny uśmiech dziewczyny, gdy patrzyła w jakiś punkt i śmiała się cicho z tego, co do niej mówiłem, albo śmiała się jakby sama do siebie.

Przypominam sobie, jak parę razy zdawaliśmy na kartę rowerową i w niedziele rano jeździliśmy do pałacu króla, który uratował Europę przed Turkami, ale nie wykorzystał tego politycznie. Miałem wtenczas czeskiego „Turista” z wyścigową kierownicą, ale bez nosków i przerzuty – wracaliśmy często wąskotorową kolejką z rowerami na pomoście, popijając wodę z bidonów, a nieraz ścigaliśmy się z ciuchcią i potem znowu wskakiwaliśmy z rowerami na pomost. Pamiętam, jak kręcili w Warszawie film o Indianach* i jechaliśmy za nimi całą szerokością jezdni.

*”I ty zostaniesz Indianinem”.

Afery z fizykiem wyrobiły mi popularność w szkole i po lekcjach, jak była pogoda, odprowadzaliśmy się zawsze z chłopakami do domów, że wskakiwałeś tylko na chwilę, żeby „wrzucić teczkę”. Ale cały czas chciałem wziąć rewanż na Nowickim, bo od samego początku poszedłem na opór i głównie myślałem o tym, żeby się nie dać. Od tamtych czasów minęło już naprawdę sporo czasu, ale do dziś jestem przekonany, że przez tego faceta o mało żeśmy się z chłopakami zdrowo nie poharatali, choć wtedy nie umiałem jeszcze tego pomyśleć słowami.

Tylko, że nagle wszystko zrobiło się okej i chodziliśmy z Lele do kina „Świat”, gdzie siadywaliśmy na balkonie w ostatnim rzędzie pod świetlnymi smugami z okienek kabiny projekcyjnej i trzymaliśmy się w ciemności za ręce. Lele powtarzała na okrągło, że wszystko będzie w porządku i cały rząd trzeszczał, gdy tylko ruszyłeś się w krześle – na balkonie były drewniane krzesła biurowe bez poręczy, że lekko mogłeś objąć dziewczynę wpół i nagle słyszałeś z kabiny szum zerwanej taśmy.

Więc naprawdę było tak, że nie musiałeś już wszystkiego robić samemu i chłopaki, z którymi kolegowałeś się od przedszkola poszli teraz razem z tobą; nabyliśmy na pięterku w Składnicy Harcerskiej ruskie pudło „Mołodoj Konstruktor” ze szmelcem elektrotechnicznym „zrób do sam”. Zmontowaliśmy dwa dzwonki na baterie płaskie, z których jeden zatrzasnęliśmy w szufladzie stołu nauczycielskiego i przewody odprowadziliśmy do Rajsa; drugi dzwonek schowałem w mojej ławce, a Danek zabunkrował w szafce ściennej od korytarza jazgotliwy silniczek elektryczny.

Przed fizyką nasmarowaliśmy stół nauczycielski amoniakiem, że jechało na odległość i Nowicki wyrwał kogoś do odpowiedzi, i delikatnie schylił łeb, żeby zbadać, co tak cholernie cuchnie – w tym momencie Rajs poderwał go dzwonkiem w szufladzie. Facet z wytrzeszczem skoczył wzwyż razem ze stołem i wtedy zagrałem dzwonkiem w kasetce mojej ławki, i rzucił się w moją stronę – ale po drodze poderwał go Danek silniczkiem w szafce. W tym momencie znów zagrał dzwonek w szufladzie i pan od fizyki wpadł w sprzężenie zwrotne, i pięknym rykoszetem wyleciał z klasy.

Więc my wtenczas biegiem odcięliśmy wszystkie przewody i szmelc wywaliliśmy przez okno na boisko, skąd młodsze chłopaczki błyskawicznie go zgarnęli, i potem czterech woźnych bezradnie rozkładało sękate rączki, gdy fizyk zrobił śledztwo z rewizją osobistą, i wprowadził bezterminowy stan wyjątkowy. Tylko, że każdy teraz znowu wiedział swoje i postanowiliśmy przywrócić samorząd klasowy – wybraliśmy Szmula gospodarzem klasy i Nowicki usrał nas wszystkich równo na okres z fizyki.

Pamiętam, jak pojechaliśmy na dwudniową wycieczkę szkolną do Płocka „Śladem barda rewolucji” i w słoneczne popołudnie normalnie czułeś w trzewiach, że za batiuszki cara było to miasto gubernialne – ale teraz budowali z hukiem petrochemię z rurociągiem „Przyjaźń” z Sojuza. Wiec teraz najlepszym miejscem była knajpa „Słoneczko” w drewnianej chacie ze strzechą – na wysokiej skarpie wiślanej – gdzie przez cały dzień paliła się żarówka 40-watowa i trzymali tylko herbatniki i bełty, co sprawiało, że bard rewolucji też chętnie tam zaglądał.

Pani Szmulowa doznała szoku poznawczego, gdy ujrzała nas przy szynkwasie z bardem deklamującym wierszyki – po powrocie do Warszawy poleciała z pyskiem do dwugłowej dyrekcji szkoły. Należy wyjaśnić, że od pierwszej klasy mieliśmy dwugłową dyrekcję i w naszej podstawówce od samego początku urzędował spory procent „niechrzczonych”, gdyż nie było tam nigdy religii z księdzem. Dwugłowa dyrekcja wsparta teraz o biurko waliła w nie piąchami z wrzaskiem, że mało nie osunęliśmy się po ścianie z radości i w szkole zaczęli nas nazywać „ekipa”.

Pamiętam, jak w pewnym momencie dwugłowa dyrekcja została zluzowana przez jednogłową panią dyrektor, która była w moim życiu pierwszą babą posttotalitarną, choć wtenczas jeszcze nie mogłem znać tej instytucji ewolucyjnej. Ale naprawdę jakby się rozluźniło po tych aferach z fizykiem i w nowej sytuacji posttotalitarnej urządzili Broniewskiemu estradę poetycką w sali gimnastycznej. „Aktorzy scen warszawskich” deklamowali chórkiem „No pasaran” i bard czytał fajne wiersze, a my z tyłu za plecami dziewczyn rzucaliśmy się ogryzkami, i potem za karę sprzątaliśmy salę – w karafce mistrza na stole zamiast wody były resztki gołdy.

Pod koniec podstawówki założyli w naszej szkole (gdzie był też ogólniak) drużynę harcerską im. Janusza Korczaka i chodziliśmy na zbiórki, a naszym drużynowym został człowiek imieniem Francu, który zawsze powtarzał: „harcerz kocha przyrodę i panienki młode”. Od samego początku nie miałem zdrowia do tych harcerzyków ze sznurami funkcyjnymi, ale zawsze mogłeś potem powiedzieć starym, że byłeś na zbiórce w izbie harcerskiej, jak wieczorem wracałeś z miasta.

W lipcu pojechaliśmy na obóz harcerski w Szwajcarii Kaszubskiej i zdun wiejski postawił nam po pijaku ceglany piec z krzywym kominem nad samym jeziorkiem w dole kąpieliska. Przywieźli słomę do sienników drabiniastym wozem i musieliśmy sami zbić sobie prycze z ociosanych świerszczaków, i menażki wieszałeś ma badylach wbitych przed namiotem. Podobozy żeńskie rozłożyły się szerokim łukiem na łagodnym zboczu z wiatrołomami i po tygodniu tak się rozbuchały, że zaczęły porywać nam w ciszy nocnej flagę razem z rozespanymi wartownikami, którzy potem wracali na czworakach.

Pamiętam, jak zdobywałem sprawność „trzy pióra” z 24-godzinnymi próbami w głuszy leśnej – głodu, milczenia i samotności – nocami podchodziłem chyłkiem pod obóz, skąd niosła się szeroko pieśń „płonie ognisko” na głosy męsko-damskie. Kiedyś padało bez przerwy i zziębnięty na kość podczołgałem się rano pod piec z dymiącym kominem, gdzie nasz zastęp miał służbę po apelu porannym, a reszta obozu wymaszerowała na zajęcia świetlicowe do kwatery głównej zgrupowania.

Nad kotłem z wodą majtały się na wietrze grube, skudlone podkolanówy w kolorze khaki, które kolega Danek rozwiesił tam, żeby rozmiękły na parze i nie dawał sobie wytłumaczyć. Więc potem wszyscy poszli nażreć się mleka w proszku w wojskowym namiocie z prowiantami i cholerne podkolanówy oczywiście spadły ze sznura, że musieli gruntować chochlami po dnie, żeby jest wyłowić; ale nie wstawili nowej wody na grochówę, bo obiad by się spóźnił i nie dostaliby „Młodzika”.

Pamiętam, jak w czasie próby samotności leżałem obojętnym bykiem na mchu i przychylałem sobie krzaczki z jagodami do pyska, i miałem pod głową kombatancki tornister mojego starego z wytartym rudym futerkiem. Przysnąłem owinięty w koc pod samotną brzozą, na której w ciemności łopotała flaga i potem jak się obudziłem – czołgały się do mnie trzy druhny z finkami w zębach. Miały bimber z sokiem truskawkowym w manierkach i dziwnie się przede mną gięły, patrząc mi w twarz ze zmiennej ogniskowej, że potem też wracałem do obozu na czworakach.

Zobaczyłem nagle chude zsiniałe dupsko wystające z naszego namiotu, bo komuś się nie chciało lecieć do latryny w dole kąpieliska i potem na apelu porannym staliśmy w czworoboku na polanie, i robili przegląd czystości między pryczami w namiotach. Nagle przyboczny wyskoczył z wrzaskiem, że w naszym namiocie jedzie gównem i za karę nie poszliśmy na ognisko „Świat w pięciu kolorach”, i mieliśmy dodatkową służbę w kuchni, i obieraliśmy kartofle koło pieca z kominem.

Reszta obozu wymaszerowała do Kościerzyny i z kieszeniami pełnymi mleka w proszku poszliśmy narąbać drewna z wiatrołomów, i potem wracaliśmy okrężną drogą, wyjąc pieśń o ułanie i szkapinie-poczciwinie. Szliśmy w nogę środkiem jezdni i prześwietlone krople spadały z drzew; widok z tęczą nad jeziorem Garczyn i błyszczące pawie oczka ze smaru samochodowego na mokrym asfalcie. Przysypiałem w marszu, idąc z nimi po parujących kałużach i jakoś dziwnie głośno chrapałem, i o mało się nie wywaliłem, bo zapiewajło Szmul nagle zmienił nogę.

Więc teraz siedząc u siebie na niskim poddaszu przypomniałem sobie, jak potem szorowaliśmy menażki garściami trawy z piaskiem nad wodą i każdy zaklinał się, że nie on obesrał nasz namiot ze strachu przed rozbuchanymi druhnami. Pierwszy raz pomyślałem sobie teraz słowami, że nie znoszę tych wszystkich harcerzyków w krótkich spodenkach, co od jednej zapałki przypalają ognisko; tak samo, jak nie znoszę cholernych obozowisk khaki z bezsensowną samotnością o świcie.

Tzw. przygoda z harcerstwem skończyła się po wakacjach, gdy ćwiczyliśmy marsz na azymut i Francu wyznaczył nam kurs na magazyn hufca. Przynieśliśmy stamtąd radiostację polową, którą odebrał w izbie harcerskiej z pozdrowieniem „czuwaj” i zniknął w sobie tylko znanym kierunku. Okazało się, że obrabowaliśmy magazyn hufca i zrobili śledztwo z milicją, i rozwiązali naszą drużynę. Francu objawił się po latach, jako zapalony radioamator i student ATK na Bielanach – po marcu 1968. opowiadał, że chciał kiedyś założyć podziemną ”radiostację harcerską”.

Więc teraz myślałem, jak z podstawówki przeszliśmy bezboleśnie do ogólniaka w tym samym pomarańczowym gmachu, gdzie na piętrowym fresku od strony boiska urzędował patron szkoły Dąbrowski z gołą szablą na barykadzie Komuny Paryskiej. Z murów naszego ogólniaka wyszła słynna lekkoatletka Kirszenstein* i to była w sumie całkiem fajna szkółka, z której wszyscy potem dostawali się na studia. Na klasówkach zrzynałeś zawsze na chama gdzie się dało i czasem jak cię dorwali, musiałeś oddawać pracę przed czasem – szedłeś z książką schowaną pod swetrem do stołu nauczycielskiego i chłopaki podstawiali ci haki między rzędami.

Nieraz w czasie lekcji grywaliśmy w „okręty” na wyrwanych z środka kartkach w kratkę i na ścianach naszej klasy wisiały suche kwiaty górskie. Na przerwach graliśmy w „cymbergaja” starymi monetami na parapetach i rzucaliśmy się ogryzkami, których potem nie mogli odkleić od ścian i sufitów. Ślady po ogryzkach przysłaniali ludowymi wycinankami z kogutkami, ale najlepsze były ostre rzuty szmatą do tablicy – dobrze namoczoną, z paroma węzłami – która owijała się człowiekowi na pysku, że zawsze potem zdrapywałeś osad serowaty.

Na dużej przerwie Lele siadała mi na kolanach i malowała wargi czerwoną szminką, pytając, czy bardzo bym żałował, gdyby jutro rano umarła. Na wycieczce szkolnej siedzieliśmy pod kolorowymi żarówkami na pokładzie statku białej floty i po wodzie pływała luźna kra – pierwszy raz w życiu naprawdę poczułem, że przyjmuje mi się dziewczyna. Potem w schronisku PTTK w Olsztynie – w starej baszcie, pod którą przejeżdżał jednowagonowy tramwaj – nasuwaliśmy się z chłopakami na poduchy, z których leciało pierze.

Na początku zimy wyskakiwałeś po lekcjach na genialną ślizgawę pod szkołą – z rozbiegu leciałeś z dziesięć metrów na butach; nawalana na piguły, że wylatywały na Nowy Świat i zawsze „matoła Daszkiewicza” nacieraliśmy śniegiem po mordzie. Woźny stawał ze szlauchem i wylewał wodę na boisko, żeby zamarzło przez noc; rzucaliśmy palta i teczki na kupę i wybieraliśmy składy – graliśmy w hokeja na jedną bramkę, podcinając się kijami na nierównym lodzie. Bombki choinkowe w kratownicach na półkach w papierniczym i sygnał „Muzyki i aktualności” o 19.05.

Pamiętam, jak w zimowe wieczory przed zabawami szkolnymi przydeptywaliśmy sobie z chłopakami nowe „beatlesówy” i potem tańczyliśmy szybkie utwory w luźnej grupie pośrodku sali gimnastycznej, i chciałeś zrobić miejsce koło siebie. Niektórzy ludzie z równoległych klas przychodzili na zabawy w srebrnych krawatach na gumkę – z palmami lub girlsami – dla zgrywu podchodziłeś obojętnie do takiego jelenia i strzelałeś mu nagle tym krawacikiem pod brodą przy dziewczynach.

W Dzień Kobiet lub Nauczyciela urywały się zawsze jakieś lekcje – zsuwaliśmy stoły i krzesła pod ściany – puszczaliśmy tonetkę z nagraniami Beatlów lub Stonesów i najlepsze dziewczyny z całej szkoły zbierały się w naszej klasie. Wtenczas byłeś dobry, jak znałeś więcej przejść w rocku, albo jak więcej razy wykopałeś za drzwi „kabotyna Daszkiewicza”. A nieraz przenosiliśmy się na chatę i stawialiśmy flachę dobrego wina Egri Bikaver pośrodku stołu – na wypadek, gdyby starzy wrócili wcześniej – a skrzynkę bełtów pod stołem nakrytym obrusem do ziemi

Szmul zawsze po dzwonku na lekcję warował pod drzwiami, wrzeszcząc „idzie” i huk był taki, że każdy pedagog walił potem z pół godziny dziennikiem w stół, że „nauczyciel jest już w klasie!”. Polonistka zadawała nam wypracowania tygodniowe i pisywałem wolne tematy, licząc po cichu, że Lele mnie zrozumie – na tych, co szukali treści obiegowych była już wyczerpana pula. Lele pisała najlepsze wypracowania w szkole i miała „wolne skojarzenia nie na temat” – zawsze jak czytała na stopień, to był jedyny moment, że udawało się uzyskać ciszę w klasie.

Pod koniec roku szkolnego przeważnie w jakimś momencie przestawali cię pytać, bo miałeś już wystawione haki ołówkiem z głównych przedmiotów. Musiałeś wtenczas latać do oporu za każdym nauczycielem, żeby spytał z całego materiału i jeśli dałeś radę wyciągnąć się u jednego, to wyrabiałeś też z innymi, bo jeden oglądał się na drugiego. Pamiętam, jak w 1963. Paul Anka występował w Sali Kongresowej i nagle woźny wyszedł z karteczką zza kurtyny, i zaraz potem Paul Anka powiedział ze łzami w oczach w mikrofon, że przerywa koncert, bo zabili Kennedy’ego w Dallas.

*Sekowali ją ostro na fali marca-68 i w tym samym roku zdobyła dla Polski złoty medal olimpijski w Meksyku.

W ogólniaku najbardziej podpadli nam panowie od przysposobienia wojskowego (PW) i wychowania fizycznego (WF) – którzy na przerwach wpadali do klasy z rykiem, że mamy zachowywać się zgodnie z regulaminem ucznia. Na ich lekcjach głównie urzędowaliśmy w sraczach (WC) zwanych „klubami”, które mieściły się na końcach korytarzy i połączone były wyślizganymi schodami. Na każdym piętrze urzędowały elity naukowe danego rocznika i pewulec z panem od wuefu robili na nas obławy, i wtenczas ze strasznym wyciem spadaliśmy schodami na boisko.

Przechodząc do następnej klasy, podbijałeś piętro sracza, gdzie na szerokim parapecie spisywaliśmy streszczenia ruskich czytanek i słuchaliśmy listy przebojów „Radiostacji Harcerskiej”. Lubiliśmy też pisać sobie nawzajem usprawiedliwienia za opuszczone dni i godziny i nauczyłem się podrabiać podpis ojca Danka, a Rajs opanował nieźle podpis mojego starego. Któregoś pięknego dnia w kraciastej kolorowej koszuli i wytartych jeansach stałem przed tablicą w rozproszonej smudze słonecznej i spaliliśmy przedtem komisyjnie dziennik szkolny w rogu boiska.

Pamiętam, jak gdzieś w połowie ogólniaka kazali nam nosić na ramionach czerwone tarcze z rzymskim numerem szkoły XXXVII i bramkarze PW-WF nie wpuszczali z rana nikogo do szatni bez tarczy przyszytej na wierzchnim okryciu. Zaczęli nas też ostro szarpać za rękawy, bo nosiliśmy tarcze na gumkach lub zatrzaskach i zawsze jak chciałeś pokazać się w szkole – wchodziłeś przez okno stołówki na wysokim parterze, omijając tamten dwugłowy szlaban i potem z całkiem nieruchomym spojrzeniem celowałeś w niego starym kapciem.

Pierwszego dnia astronomicznej zimy pewulec wyszarpnął Szmulowi dziurę w rękawie nowego włoskiego ortalionu i pani Szmulowa zrobiła taki bajzel na zebraniu rodziców, że dwugłowy szlaban musiał odkupić płaszczyk w pawilonach na Marszałkowskiej. Kolega Szmul o mało nie zdenacił wtenczas pewulca na lekcji rzutu granatem i tamten skrył się za kozłem gimnastycznym, wyjąc „przerwać ogień!”, a Szmul miotał w niego „filipinkami” wyszarpywanymi z chlebaka.

Gnali nas z całą klasą do teatrów i musiałeś chodzić, żeby mieć „trzy” na okres z polskiego i zawsze jak się uczyłeś, żeby tylko zdać, musiałeś potem zabierać głos „na temat obejrzanej sztuki”, bo dostawałeś „plusik” do dziennika. Pięć „plusików” składało się na ocenę „bardzo dobry” i zawsze aktywnie uczestniczyłem w dyskusji, i pamiętam, jak kiedyś w „Dramatycznym” na podłodze w ostatnim rzędzie słuchaliśmy transmisji z Wyścigu Pokoju na słuchawkach. Kolarz nazwiskiem Zapała wyrwał nagle do przodu i sprawozdawca wrzasnął: „tu helikopter, tu helikopter, szkoda, że państwo tego nie widzą, cały peleton trzyma się Za-pa-ły!”

Z wrażenia słuchawki wyrwały nam się z tranzystora „Koliber”, który samorzutnie przełączył się na głośnik i cała sala usłyszała transmisję z półmetka, bo z wrażenia nie daliśmy rady wyłączyć radyjka. Zrobiła się cholerna poruta – zapłonęły kryształowe żyrandole. Kurtyna opadła nad greckimi filarkami z wątkiem romantycznym i klasyczną jednością miejsca, akcji i czasu – wyszedł woźny i powiedział w mikrofon, że zespół przerywa grę, bo młodzieżowa widownia nie szanuje ciężkiej pracy aktora.

Więc pewulec z panem od wuefu bali się prowadzić lekcje w naszej klasie i przez wszystkie lata ogólniaka powtarzali, że albo my opuścimy tę szkołę, albo oni i zawsze wrzeszczeli na mój widok: „nie trzymaj rąk w kieszeniach, jak rozmawiasz z nauczycielem!”. Pamiętam, jak przed feriami zimowymi pan od wuefu zrobił nam nagle sprawdzian ze stania na głowie i Szmul stanął bez próbnego podejścia, i potem aż do późnego wieczora mocno zszokowany zacinał się w mowie.

Następna godzina była PW – staliśmy w rządku – facet odpytywał sztafetowo: jak nie wiedziałeś, przechodziło dalej i Szmul był pierwszy, próbując odpowiadać pełnym zdaniem: „ttto bbędzie ttakk, pppanie prrroffessorze”. W tym momencie pewulec się wściekał, przechodząc do następnego, którym byłem ja i chciałem Szmulowi dokopać; Danek i Rajs stali za mną, wyjąc jak opętani, bo i tak wiedzieli, że dostaną haka. Skutkiem ubocznym afery z ortalionem był obfitujący w dramatyczne wzloty i upadki długotrwały spór dwóch przygłupów: pewulca i wuefmena.

Pamiętam, jak na zimowisku w górach robili nam zaprawy poranne w dresach i pan od wuefu wrzasnął nagle, lepiąc pigułę: kolego od WP, prawa sutka!, i tamten trafiony celnie postrzelił go potem z wiatrówki na Sylwestra. Schronisko górskie, gdzie pod belkowym stropem wysiały odłamki nart facetów, których zgarnęły lawiny; przed wejściem wbijałeś dechy w kopny śnieg i wchodziłeś suszyć buty i skarpety, które zawsze miałeś oblodzone i sztywne. Narty-zjazdówy same leciały, nerwowe w skręcie i szybko mi się męczyły nogi – wlokłem kijkami z tyłu, żeby wytracić szybkość i cholernie przeżywałem każdy zjazd, ale jakoś się nie połamałem.

Na końcu trasy wydeptany, żółty od szczyn śnieg i wypadałeś na oblodzoną szosę, gdzie chodziły pekaesy z kwiatami mrozu na szybach – z rzucającymi wściekle przyczepami. Siedzieliśmy na obozie narciarskim i ludzie cały dzień pili browar w schronisku, i potem spali pokotem na podłodze w salce telewizyjnej. Łaziliśmy z nartami na ramionach i piętro schroniska było w remoncie, i wyciąg orczykowy chodził na okrągło całą dobę, bo nikt go nie wyłączał – sprzedawali kurczaki z rożna i herbatę piliśmy w słoikach po dżemie.

Narty-zjazdówy same niosły na kwaterę o zmierzchu i szusowaliśmy z północnych stoków w zadymce śnieżnej – przed Gwiazdką zobaczyliśmy nagle św. Mikołaja z rozwianą brodą na dechach, jak leciał slalomem po lawinowym zboczu i potem na nartostradzie „Pod gwiezdnym szlakiem” zgubił śpiąco-płaczącą lalkę w celofanie. Ale najfajniej było wtenczas, jak wysłali mnie do miasteczka po „wódkę i choinkę” dla całej grupy, bo i tak przedtem rano złamałem nartę na treningu.

Kuligi z pochodniami jeździły zaśnieżonymi uliczkami o zmierzchu i pod kolumienką Matki Boskiej z lampkami choinkowymi handlowali gorzałą – gołda na wynos była tylko w knajpie „Kaprys”, pod warunkiem że na miejscu strzeliłeś setę z zagrychą „śledzik po grecku”. Stałem przy kontuarze i przymierzałem się do kielonka, i chciałem sprawdzić samego siebie; nie bój się pan! – myślałem i nagle gajowy z zastępcą weszli do knajpy. Zamówili flachę wietnamskiej „Żmijówki”, którą rozpili momentalnie szklankami, przegryzając żmiją z butelki po połowie i wyszli zamykając za sobą drzwi bezszmerowo.

Więc potem wracając z flachą ryżówki tej samej marki, wyłamałem jakiegoś świerczaka na poboczu, gdzie brzozy prześwitywały przez sosny w blasku księżyca nad górami. Gajowy z zastępcą jechali na motorze między zaspami – wbiłem samotne drzewko w śnieg przy drodze – pijaczki z dwururkami podjechali, niuchając jak psy na wietrze i nagle postawili oczy w słup. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem nieruchomy wzrok pijanych fachowców na służbie i pewnie bym wtedy zrozumiał, że tacy ludzie uśmiechają się samymi ustami, ale oczy mają poważne – gdyby drobniaki mi się nie rozsypały i przymarzły do oszronionej ziemi.

Więc mało co pamiętam; tylko mróz lub marznącą mżawkę na twarzy, która pociła mi się jak ręce i naprawdę mało co pamiętam; zawsze te same mordy, że na kilometr poznawałeś totalitarnego przygłupa. Prawie za każdym razem te same nieruchawe oczy i odkrywałeś wciąż na nowo, że nie dorastasz do tej roli, choć nie dawałeś poznać po sobie. Leśnik z wojskową skórzaną torbą na cienkim pasku tylko stuknął kopytami i szczeknął; afera, że myślałem, to koniec, panie nadleśniczy, źle trasę przeciąłem, żeby się odcedzić pod świerkiem wolnostojącym.

Na każdym kroku pełno cholernych komandirów, że odruchowo bluzgałeś, schylając łeb – jak parę lat później w moskiewskim metro z czerwonego marmuru – gdy nagle właziłeś na pomniczki sołdatów z pepeszami, celujących w ciebie wyszczerzonymi lufami. Wtenczas w połowie Sixties nikt przecież jeszcze nie mógł wiedzieć, że z 20 parę lat później pomniczki komandirów będą rozwalać kafarami.

Więc teraz na parapecie niskiego poddasza myślałem o tym, jak parę tygodni przed maturą w ramach „zajęć fakultatywnych” urzędowaliśmy na basenie „Legia”, gdzie co bardziej ambitni maturzyści przybywali w towarzystwie studentów-korepetytorów. Na betonowych trybunach lub na kocach pod płotem korepetytorzy układali im „gotowce” i nie miałem co marzyć o takim rozwiązaniu, gdyż od początku ogólniaka na byle klasówce sadzali mnie zawsze w pierwszej ławce i kazali „pokazać rączki”, żeby sprawdzić, czy nie zapisałem sobie czegoś przypadkiem długopisem.

Osobiście zacząłem zdradzać objawy nerwowości parę dni przed pisemnym z polskiego i jak raz wówczas pogorszyła się pogoda, więc przenieśliśmy się do klasycystycznego pawiloniku w Łazienkach – między Belwederem i jeziorkiem z liliami wodnymi. Przesiadywaliśmy tam całymi dniami na drewnianej podłodze tarasu z kolumnami i dwoma spiżowymi lwami, i kiedyś zjawił się korepetytor Szmula z poufną informacją, że będzie na 100% temat wolny z języka ojczystego.

Przedzwoniliśmy natychmiast tę wiadomość znajomym dziewczynom i w życiu nie zapomnę, jak potem siedziałem w nowym non-ironie pod drabinkami na sali gimnastycznej, i z wrażenia na oczy nie widziałem, gdy dyrektorka uroczyście odpieczętowywała kopertę z tematami. Po dłuższej chwili wielkimi kaligraficznymi bykami zaczęła wypisywać tematy na lśniącej tablicy i normalnie pot zalewał mi oczy, aż w końcu strzeliła, skrzypiąc kredą jak opętana – ostatni temacik „wolny”.

Po jakimś czasie grubawe panie z komitetu rodzicielskiego w koronkowych fartuszkach zaczęły roznosić na paluszkach kanapki z szynką przygotowane w czynie społecznym. Zmontowałem pracę na trzy i pół strony podaniowca i doradziłem Szmulowi, który siedział metr za mną, żeby zrobił selekcję materiału z tego „gotowca” drobnym maczkiem, co mu podrzucili w kanapce regeneracyjnej.

Na drugi dzień była pisemna matematyka i poszedłem ze spokojną świadomością, że nie wiem nic – Rajs siedział metr przede mną i przedyktował mi szeptem półtora zadanka z logarytmowaniem, co starczyło na „trzy”. Po krótkim odpoczynku wziąłem i przedyktowałem to Dankowi, który siedział z tyłu za mną, i zaskoczył mnie umiejętnością logarytmowania. W sąsiednim rzędzie koło nas z lekka przeżywał kolega Szmul, zanim nie dostał kanapek regeneracyjnych i na wszelki wypadek też przedyktowaliśmy mu półtora zadanka, i potem mieliśmy spokój.

Dopuścili całą ekipę do matur ustnych, ale to już było małe piwo, bo zawsze coś powiedziałeś, a oni chcieli i tak pozbyć się nas jak najszybciej z tej szkoły. Pamiętam, jak po uroczystym rozdaniu świadectw szliśmy szerokim chodnikiem Świętokrzyskiej, trzymając się pod ręce, a ludzie rozstępowali się przed nami, patrząc na nas z uśmiechem. Pod wieczór w ostatnich błyskach słońca – bez butów, w samych skarpetach i garniturach – biegaliśmy po trawiastej plaży nad Wisłą.

Potem na balu maturalnym spijaliśmy bełty w zaciemnionej klasie na górze i rzucaliśmy się szmatą od tablicy, i potem stałem pośrodku sali gimnastycznej z muzyką gitarową i kolorowymi dekoracjami, a Lele podeszła do mnie z tym swoim uśmiechem: przywitaj się ze swoją dziewczyną. Pamiętam, jak stałem kołowaty pod drabinkami i chciałem już tylko pójść do domu, i podlecieli do mnie kompletnie pijani pewulec z wuefmenem, wrzeszcząc: powtórz, coś przed chwilą powiedział!



Reklama

Reklama

Treści chronione