TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Czerwiec 16, 2015 | 9:30

WĘDRÓWKA – Renata Jabłońska

To nie była zamierzona wędrówka. Ale stało się. Nastąpiłam na kamień, przed którym mnie ostrzegała stara wróżka. Spotykam ją od kilku lat i zawsze – nieproszona – podchodzi do mnie, zagląda mi w oczy i przed czymś ostrzega, albo przepowiada, że coś nastąpi. Nie chce zapłaty, zgadza się tylko, żebym ja zaprosiła na obiad. Najczęściej ma rację i to, co mówi, spełnia się.

To ona zwróciła moją uwagę na niezwykłe właściwości tego kamienia, z boku na jezdni starej ulicy.

Kamień jest pułapką – zmienia zabarwienie w zależności od swoich planów. Bo musi mieć plany, skoro powoduje, gdy robi się niewidoczny, że ludzie potykają się o niego i padają, często łamiąc sobie nogi. A jeśli chce kogoś ostrzec, żeby uważał, zabarwia się na czerwono. Raz widziałam, jak – soczyście zielony – spowodował, że zdziwiona młoda dziewczyna potknęła się i upadła, a przechodzący ulicą mężczyzna podbiegł i pomógl jej wstać. Przysięgłabym, że słyszałam wtedy cichutki śmiech.

Nastąpiłam na kamień gdy wyglądał dokładnie tak samo jak inne na tej jezdni, przez którą przechodziłam, nie pamiętając o nim. Byłam zaaferowana nową propozycją pracy, zastanawiałam się czy ją przyjąć, bo związana była z przeniesieniem się do innego miasta.

Kamień usunął się spod moich nóg, zachwiałam się i wpadłam pod jezdnię. Było ciemno, bo ten drań natychmiast wrócił na swoje miejsce i nikt nie zauważył, że mnie po prostu połknął. Bałam się panicznie, nie ruszałam się, z obawy, że trafię na jakieś kanalizacyjne ścieki, że będą tam szczury, smród…

Lecz nagle pojaśniało i – ku mojej radości – zobaczyłam, że stoję w jakimś biurze, Szereg jarzeniowych lamp na zwykłym suficie, szereg pospolitych, brzydkich biurek i krzesel. Nikogo nie ma.

Stoję i czekam, w końcu siadam na krześle przed najbliższyn biurkiem.

Rozglądam się i dziwi mnie, że nie ma tu żadnych papierów, telefonów, teczek, nie mówiąc już o komputerach.

Staje przede mną niespodziewanie chudy, wysoki człowiek w czapce na głowie. Ma śmieszne, zakrącone wąsy.

– Więc szanowna pani ma zamiar opuścić nasze skromne miasto? – mówi z przekąsem.

– Jeszce nie postanowiłam – odpowiadam, dziwiąc się, że zna moje plany.

– No, może by było lepiej, żeby pani sobie trochę pojeździła, powędrowała i zobaczyła jak jest w innych miejscach.

Zanim dążę spytać co ma na myśli, siedzę w autobusie. Jest duszno, trochę smrodliwie. Kilka osób jedzie na stojącą, bo wszystkie siedzące miejsca są zajęte.

Autobus szarpie, podskakuje. Czuję mdłości.

 

Wchodzę do dużego magazynu. W dziale odzieżowym pełne półki i wieszaki. Ale wszystkie ubrania mają jednolicie żółty, musztardowy odcień. Po prostu paskudztwo. Idę do wyjżcia. Facet w takmi sraczkowatym garniturze zastępuje mi drogę.

Nie podobają się pani nasze wyroby, co? – mówi groćnie.

– Nie miałam zamiaru niczego kupowań… – bełkocę, zresztą zgodnie z prawdą.

– To co pani tutaj robi? Szpieguje może?

– Skąd! Ja tylko…szukam ubikacji…

– Co?! Co za bezczelność! Proszę natychmiast wyjść!

– Chętnie.

Otwierają się przede mną obite blachą drzwi. Za nimi zamknięte płotem podwórze. Szukam furtki. Nie znajduję. Próbuję się wdrapać na płot, nie jest bardzo wysoki. Gubię pantofel, ale już jestem na szczycie, na szczęście nie ostrym, więc skaczę na drugą stronę.

Pusta ulica. Małe drewniane domki. Ciemne. Kuśtykam w jednym pantoflu. W końcu go zrzucam.. „Może natrafię na jakiś sklep z obuwiem, to sobie kupię wygodne sandały.” Sięgam ręką do kieszenu, znajduję chusteczkę, klucz i kilka banknotów. „Powinno starczyć. Szkoda, że zgubiłam torebkę, w portfelu miałam pieniądze, całą miesięczną pensję.”

Za drewnianymi domami rozciąga się wielki park. Nieliczne latarnie rzucają blade światło na niewielkie zakola ścieżek. Na wszystkich ławkach śpią obdarci ludzie. Pod głową jednego z nich zauważam moją torebkę. Stoję i nie wiem co robić.

On się budzi, siada. Patrzy na mnie. Jest stary.Bierze moją torebkę i rzuca ją w moim kierunku.

Nim zdążę ją złapać, pada obok moich bosych nóg.

– Zawsze byłaś nieuważna – mówi głosem mojego wuja. Ale wyglądem nawet go nie przypomina.

– Dziękuję! – podnoszę torebkę. Nie zaglądam do środka.

A stary człowiek kładize się z powrotem na ławce. Pod głową ma elegancką teczkę ze świńskiej skóry. Ma zamknięte oczy, więc odchodzę.

Po wyjściu z parku widzę duże domy, szeroką ulicę, dobrze oświetloną latarniami i reklamami. Wystawy sklepowe lśnią. Lecz sklepy są już zamknięte. Stopy mnie bolą.

Siadam na schodkach przed drzwiami garmażerii. „Bosa i głodna” – myślę o sobie kpiąco. „Pewnie tu spędzę noc, bo dokąd mam iść tą nieznaną mi ulicą…”

 

Siedzę na niewielkiej sali sądowej Nie wiem co tu robię. Pewnie po prostu weszłam żeby odpocząć. Nagle wszyscy wstają. Wchodzi sędzia. Nie, to sędzina. Młoda blondynka, ładna, wymalowana. Siada i ludzie na sali też siadają. Wytężam wzrok, bo mi się wydaje, że nad jej głową tańczy i robi miny mały czerwony diabełek. Rozglądam się, chcę zobaczyć oskarżonego. Między dwiema policjantkami siedzi bardzo ładna kobieta. „Co mogła takiego zrobić?”

Sędzina, z pogardliwą miną odczytuje oskarżenie. Kobieta spowodowała, że ktoś został poraniony wyrzuconą przez nią z okna zabawką…

Na podium dla świadków wchodzi ten poraniony facet. Ma plaster na policzku. Wygląda zwyczajnie- może 40-toletni, łysawy, o pospolitej twarzy z grubymi wargami.

Odpowiada na pytania sędziny. Był na podwórku, gdy nagle z okna drugiego piętra spadła zabawka, karabinek na wodę, i zraniła go w policzek.

– Czy zostało załączone świadectwo lekarskie? – sędzina zwraca się do sekretarki..

Potem składa zeznania oskarżona. Nad jej głową widzę bladego, białego aniołka.

Jest rozwiedziona, ma 6-ciletniego synka.

– Ojciec odwiedza dziecko raz na tydzień. Przyniósł mu w prezencie karabinek na wodę. Posiedział trochę, potem powiedział, że musi już iść, ale przedtem napełnił zabawkę wodą. Ledwo zamknęły się za nim drzwi, mój synek zaczął strzelać wodą gdzie tylko się da – na świeżo przewlwczoną pościel, na meble, na ściany… I na naszego pieska, który ze strachu wlaz. pod łóżko. Synek nie reagował na moje prośby i strzelał nadal. Nie wytrzymałam nerwowo, wzięłam zabawkę i chciałam ją cisnąć o ścianę, żeby się złamała. Ale źle trafiłam i zabawka wypadła przez okno.

Przykro mi, że drasnęła tego pana. Ale to nie jest ktoś z naszego domu. Co robił na naszym, nieuczęszczanym, poza wyrzucaniem śmieci, podwórku? Wszedł żeby się wysikać. Cały czas śmierdzi tam moczem, bo mężczyźni z ulicy upodobali sobie to miejsce… Aniołek śmieje się bezgłośnie, a diabełek sędziny okropnie się wykrzywia.

– Dlaczego oskarżona określiła ranę jako zadraśnięcie?

– Ponieważ wybiegłam, słyszłąc złożeczenia tego pana, i widziałam jego policzek…

Sądzina każe sobie podać świadectwo lekarskie. Zerka na nie.Diabełek też. Macha ręką i szczerzy długie, żółte zęby.

Potem krótka przerwa. Gdy sędzina wychodzi, diabełek wypina się na salę i puszcza serię gazów. Nikt na te ekscesy nie reaguje. Dziwi mnie, że nie ma adwokatów. „No, to drobna sprawa, szkoda forsy…” Sędzina wraca. Odczytuje wyrok.

– Oskarżona nie miała złych zamiarów. Zachowała się jednak lekkomyślnie, nieodpowiedzialnie. Także wobec dziecka. Spowodowała poranienie przechodnia. Zapłaci mu odszkodowanie w wysokości 15 tysięcy…

Diabełek chwyta się za głowę. Aniołek składa rączki, jak do modlitwy, i pstrzy w górę.

Oskarżona kobieta blednie..

– To przecież suma, z której żyję ponad dwa miesiące! Skąd ją wezmę… – mówił do kobiety, z którą przyszła na rozprawę.

Zal mi jej. Czuję, że srzelałabym z takiego karabinka na na tę utlenioną głowę sędziny, żeby jej kunsztowny makijaż spływał po zadufanej twarzy…

 

Diabelska kolejka pędzi na złamanie karku. Wydaje mi się, że pęd powietrza mnie spłaszczył i jestem plamą na ściance fotelika. Jego raniona mocno mnie ściskają. Gdy pędzimy w dół, tracę chwilami oddech.

Leżę na noszach. Obok jeszcze parę noszy z rannymi. Nie czuję poranienia, jest mi tylko duszno i słabo. Wstaję i odchodzę. Nikt na mnie nie zwraca uwagi. Idę w stronę wysokich domów. Ulica wygląda jak filmowa dekoracja. Próbuję postawić nogę na stopniach prowadzących do sieni starego, stylowego domu. Pokonuję trzy stopnie, które się nagle rozpadają. Stoję, chwiejąc się, na progu sieni Boję się wejść w obawie, że podłoga zapadnie się pode mną.

Nie wiem co robić – zeskoczyć na chodnik, czy zaryzykować i wejśś do sieni. Wchodzę. Stąpam ostrożnie po czarno białych dużych kwadratach.Podchodzę do ozdobnych, wysokich drzwi.. Naciskam na staromodną mosiężną klamkę. Przede mną piękny pokój z wieloma podłużnymi oknami. Jest prawie pusty, tylko po środku stoi okrągły stół z zielonkawą serwetą ozdobioną złotymi frędzlami. Drewniana podłoga skrzypi pod moimi krokami. Podchodzę do jednegp z okien i wyglądam na ulicę. Wydaje mi się, że mam zawrót głowy, bo chodnik na dole posuwa się dość szybko.

Wyglądam z okna po przeciwnej stronie pokoju. Drzewa kręcą się, jakby tanczyły.

Z wrażenie siadam na podłodze. „No i jak wyskoczę na taki kamienny ruchomy chodnik? Albo między te drzewa, które mnie mogą poranić?

Wstaję i idę w stronę drzwi. Gdy je bez trudu otwieram, stoi w nich dziwny człowiek, w czerwonej czapce i zielonej koszuli,. Uśmiecha się do mnie, poruszając sztywnymi, podkręconymi w górę wąsami.

– No i dokąd się pani wybiera?

– Ja… Ja bym chętnie wróciła do domu…

Patrzy na mnie wnikliwie spod trójkątnych grubych brwi.

– Jestem tu czarodziejem, ale tego nie potrafię dokonać. Pani pochodzi z innego świata, nie z naszego tutaj. Pomóc może pani tylko ten, kto panią tutaj wysłał.

Dotyka czoła ręką w zielonej rękawiczce,

– A właściwie po co panią wysłał? Zeby nas pani szpiegowała?!

– Skąd! I po co? Proszę pana, jestem zwykłą projektantką nowoczesnych szkół…

Spogląda na mnie, jakby nie rozumiał.

– Projektantką szkół? Szkoły są albo ich nie ma!

Unosi ręce, a ja nie wiem, co się dzieje, bo oto stoję przed ceglanym budynkiem z szeroko otwartymi drzwiami. Po chwili wychodzą stamtąd kilkuletnuie dzieci. Wszystkie noszą niebieskie ubranka, niebieskie czapki i rękawiczki. Wszystkie mają jasne włosy związane na karku w ogonek. Nie mogę się zorientować czy to chłopcy czy dziewczynki .Mijają mnie nie patrząc, w zupełnym milczeniu.

W drzwiach stoi kobieta w granatowym kostiumie, z wielkim piórem w ręku. Patrzy na mnie krytycznie.

– Nie przyjmujemy tu dorosłych.

– Nie przyszłam żeby się zapisać do szkoły.

– To po co pani przyszła?

– Taki pan, czarodziej, mnie sprowadził.

Macha rękami, wchodzi do środka i zatrzaskuje za sobą drzwi.

 

Rozglądam się. Szeroka aleja. Pusta, bez przechodniów, bez samochodów. Drzewa na szczęście nie tańczą.

Idę przed siebie. Jestem bardzo zmęczona i smutna. Tak bym chciała, żeby zjawiła się moja wróżka i powiedziała, co robić.

Długa aleja nie chce się skończyć. Ławek nie ma. Szkoda, posiedziałabym,odpoczęła. Dziwię się, że choć długo już nic nie jadłam, nie czuję głodu, tylko pragnienie.

Widzę z daleka fontannę i cieszę się, że będą się mogła napić i chociaż spryskać wodą. Zbliżam się. Woda jest zmiennie kolorowa – zielona, żółta, czerwona. Wyciągam jednak rękę – gdy jest niebieska – chcę poczuć jej dotyk. A ona nagle wybucha ogniem. Z trudem dążę odskoczyć. Wokoło leżą kamienie. Potykam się o jeden, wypukły, i zapadam się. Potem czuję jakby mnie coś, jak prąd powietrza, windowało do góry Co to za siła unosi mnie wyżej i wyżej? Uderzam głową o coś twardego, lecz nie robię sobie krzywdy.

Leżę na skarju jezdni. Słyszę cichutki śmieszek. Wstaję.Pod moimi nogami czerwienieje znany mi kamień. Rozglądam się. Jestem na znanej mi ulicy mojego miasta. Kamień, teraz beżowy, wygląda niewinnie. Omijam go jednak ostrożnie i idę w stronę przystanku autobusowego.



Reklama

Reklama