TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Czerwiec 24, 2015 | 8:17

WYSOKO – Renata Jabłońska

“Muszę pokonać te schody, choć noga po wypadku bardzo mnie boli. Park jest podobno piękny, są tam mozaiki z wielobarwnych kwiatów na klombach i grządkach. Koniecznie chcę to zobaczyć właśnie teraz, w blasku słońca.”

Postanawiam chwilę odpocząć i siadam na ławce pod schodami.

Młodziutka dziewczyna w spódniczce mini, majstruje coś przy sandałku. Jest pochylona i widać jej miniaturowe czerwone majteczki. Facet o twarzy starej cioty przystaje, przygląda się wypiętej pupie i wzdycha zabawnie.

– Panienko, tego się nie wietrzy, to się myje… – mówi i odchodzi, wzruszając ramionami.

Chmury przesłaniają słońce, to już jesień. “Park zobaczę innym razem”, myślę, wzbijam się do góry i płynę w powietrzu za facetem, chcę zobaczyć dokąd idzie.

Takie wznoszenie się to moja specjalność. Tylko w pełnym słońcu nie udaje mi się wzbić do góry. O wiele gorzej mi idzie pływanie, wolniej i z wysiłkiem.

Ciotowaty facet skręca w stronę niewielkiego placu i wchodzi na podwórze jakiegoś domu. Widzę że to zadbane miejsce – parę drzew, grządka bratków, biały żwir. I szereg krzeseł w dwóch rzędach, ustawionych po pięć, jeden naprzeciw drugiego. Facet zajmuje miejsce, a po chwili zaczynają przychodzić inni. Mężczyźni i kobiety siadają naprzeciw siebie.

“Jakie to dziwne. Przecież to nie są religijni…” – krążę nad nimi, zaintrygowana.

No i zaczyna się. Wrzeszczą na siebie, przekrzykują się. Z trudem udaje mi się zrozumieć niektóre słowa. Obrzucają się wyzwiskami, pretensjami.

“Oryginalne, ale nudne”, stwierdzam i odpływam.

Ciemne chmury grożą deszczem. Nie mam ochoty narazić się na zmoknięcie, zresztą wtedy trudniej mi się unosić w powietrzu. Kieruję się więc w stronę domu. Słyszę nagle warkot helikoptera i natychmiast opuszczam się na ziemię. To zbyt niebezpiecne, takie spotkanie w powietrzu.

Widzę, że wylądowałam na plaży. Morze jest szare i mruczy niespokojnie. Nieliczni plażowicze zbierają swoje manatki i odchodzą. Wiatr się wzmaga.Mam ochotę zaczekać i zobaczyć jak fale zaczną rosnąć i wyć. Jestem jednak w lekkiej sukience, zimno mi, więc ruszam do domu. To blisko. Wschodzę do sieni w chwili, gdy spadają pierwsze krople.

Otwieram drzwi mieszkania i staję jak wryta. Wszystkie światła zapalone, muzyka, stół pełen żarcia… Lecz nikogo nie ma. “Co się tu, do licha, dzieje?”

Sciszam muzykę, gaszę część świateł i podchodzę do stołu. Biorę gruszkę z dużej patery z owocami. Jest z plastyku. Reszta owoców też. Sięgam po apetycznie wyglądającą wędlinę – jest sztuczna. Biorę kosz na śmieci i zgarniam cały ten kram. Wydaje mi się, że słyszę ironiczny śmech. Rozglądam się, wchodzę do sypialni, do łazienki. Nikogo nie ma.

Piję wodę z kranu. Nie czuję już głodu, jestem tylko senna. Pospiesznie myję się i padam na łóżko.

Budzą mnie miarowe, głośne uderzrnia za oknem. Otwieram je i wyglądam na zewnątrz. Niczego nie dostrzegam, choć udecrzenia są głośniejsze. Gdy się kąpię, dom aż drży od nich. Szybko naciągam spodnie i bluzkę. Wychodzę na balkon. I zupełnie bezwolnie unoszę się w powietrzu.

Dzień jest pochmurny, lecz nie zimny. Płynę, nie wiedząc dokąd.

Nieznana siła zmusza mnie do opadnięcia na spadzisty dach wiejskiego domu. Staczam się z niego na ziemię, Ostry kamień rani mnie w kolano. Siadam, znajduję w kieszeni spodni chusteczkę, i zawiązuję na rance. Rozglądam się. To jakaś wieś z podobnymi do siebie domami ze spadzustymi dachami i niewielkimi oknami. Podchodzę do drzwi domu, na który opadłam. Są otwarte. Czuję zapach kawy. Pukam we framugę.

– Proszę wejść, czekamy na panią – męski głos jest spokojny, pewny.

Wchodzę. To dość duża kuchnia. Przy stole nakrytym białym haftowanym obrusem siedzi mężczyzna wyglądający na jakieś 60 lat. Kobieta, nieco młodsza chyba, z zebranymi do tyłu siwiejącymi włosami, krzata się przy piecu. To staromodny kaflowy piec z fajerkami nad paleniskiem.

– Proszę siadać – mężczyzna wskazuje krzesło naprzeciw swojego.

– Dziękuję. Proszę pana, gdzie jestem, co to za wieś?

– Wkrótce się pani dowie – uśmiecha się życzliwie.

A mnie coś zaczyna świtać w głowie.

Kobieta stawia na stole duży fajansowy talerz z jajecznicą. Dostrzegam chleb i masło.

– Jedz, dziecinko – mówi miękko i siada blisko mnie.

Ma ładną, choć pomarszczoną twarz i duże szare oczy.

Nakłada mi jajecznicy, podaje pachnący czarny chleb i masło.

Czuję się nagle, jakbym była małą dziewczynką i ogarnia mnie fala tkliwości.

– Niunia, to ty?

Uśmiecha się.

– Pewnie, że ja. Wiedziałam, że sobie przypomnisz.

– Ale ja tutaj nigdy nie byłam.. Ty mieszkałaś z nami.

– Tak, aż skończyłaś 7 lat i poszłaś do szkoły Ale jedz teraz, potem sobie pogadamy.

Jem z apetytem. Popijam kawą.

Niunia – tak ją nazywałam od najmłodszych lat – sprząta ze stołu. Siada.

– Jak od was odeszłam, wyszłam za mąż. Nasze dzieci już też mają dzieci.

Czuję lekkie kołysanie. Za prymulkami na parapecie płyną chmury. Stół i Niunia z mężem znikają. Otwieram okno. Wychylam się i bezwolnie wypływam ku chmurom. Pode mną nie ma żadnej wsi, żadnych zabudowań. Szukam mojego miasta na widnokręgu.

Słyszę śmiech. Na chmurze siedzi chłopiec. Wygląda na 10 lat. Jest ciemnowłosy, dość ładny. Ale złośliwie wykrzywia twarz.

– Kim jesteś? – krzyczę – I z czego się śmiejesz?

– Z ciebie! Pamiętasz jak mnie kiedyś stłukłaś?

“To mój młodo zmarły kuzyn, Józek”, myślę z niechęcią, bo był wstrętnym skarżypytą i lizusem.

– No, pamiętasz?

– Nie.

– To sobie przypomnij, bo cię będę prześladować!

Trochę mnie to przeraża, ale tylko trochę.

– Nie smażysz się w piekle, skarżypyto? – teraz ja się śmieję .

Nie czekając na odpowiedź, odpływam.

“Tak, raz go stłukłam, okładałam go pięściami, porzypominam sobie. Zasłużył na to, kłamca.”

Płynę dalej, aż coś mnie zmusza do lądowania.

Siedzę na płaskim szczycie góry, szerokim i długim, jak jakiś pokój.

Wstaję, zbliżam się do jego krańca. Góra ma kształt stożka, rozszerza się ku dołowi.. U jej podnóża widać szeroką łąkę i rzekę. Inne góry obok są bardziej strome. Postanawiam zejść dość łagodnym zboczem w stronę rzeki. Okazuje się, że to długa droga i wcale nie łatwa Potykam się o kamienie, czasem tracę równowagę. Jestem zmęczona i spragniona. Już bym chciała dojść do rzeki, napić się, umyć twarz, zanurzyć w wodzie zmęczone stopy. Przychodzi mi na myśl, że może uda mi się wzbić w powietrze i pokonać szybko resztę drogi. Udaje mi się, płynę. Lecz wiatr gna mnie w inną stronę, nie nad rzekę. Pasmo górskie zostaje w tyle, a przede mną puste pola.

Chmury nade mną ciemnieją, nabrzmiałe deszczem. Zaczynam powoli opadać. Nie mam nad tym żadenj kontroli. Ląduję na pustym polu. Nie ma się gdzie schronić przed ulewą i wichurą. Kulę się na mokrej ziemi. Jestem już zupełnie przemoczona, z włosów na twarz i kark leje się woda. Wicher przeszywa mnie na wylot. Dygocę. Nie wiem co ze mną będzie. Kiedy skończy się ta burza?.

Nagle ziemia rozdtępuje się na szerokość około metra. Wpadam do środka. Jest dość wilgotno, ale nie ma deszczu. Unoszę głowę. Nic nie widać, jest zupełnie ciemno. Jestem oblepiona błotem. Próbuję postąpić krok naprzód. Potykam się o coś. Nagle błoto ze mnie opada, jestem sucha. Przede mną pieczara. Z paleniska otoczonego kamieniami rozchodzi się miłe ciepło.

– Siadaj! – kobiecy głos jest rozkazujący, ale nie groźny.

Rozgladam się i widzę ułożone z kamieni ławy. Siadam. Z ciemnej wnęki wychodzi stara, siwa kobieta. Patrzy na mnie uważnie.

– Ładna jesteś. Jako dziecko też byłaś bardzo ładna i miałaś dużo wdzięku. Mówiłam, że to ci przyniesie szczęście w śyciu… Przyniosło?

– Babciu! – zrywam się i chę się do niej przytulić.

Odsuwa się.

– Nie jestem z ciała i kości, moje dziecko…

Patrzę na nią, oszołomiona.

– A mama, tata, Julek… Widujesz ich?

Uśmiecha się.

– Tylko wielka troska o kogoś żywego pozwala się nam ukazać. Ci, którzy już odeszli niczym nas nie mogą niepokoić…

– To rodzice się o mnie nie troszczą?

– Oni odeszli nie tak dawno, wiedzą o tobie więcej ode mnie. A ja widziałam cię ostatnim razem jak miałaś 8 lat. Chcę wiedzieć co ze swoim życiem zrobiłaś. Tylko nie upiększaj ani nie narzekaj. Powiedz prawdę.

– Babciu, to tak trudno opowiedzieć… Były lata dobre, były złe…

– Wyszłaś za mąź? Masz dzieci?

– Mój mąż zginął w wypadku… To było dawno temu. Nie mieliśmy dzieci.

– Nie założyłaś nowej rodziny?

– Nie…

– Więc nie mam prawnuka…

– Przykro mi, babciu.

Nie słyszę odpowiedzi i już jej nie widzę.

“Wszystkie babcie szaleją za wnukami, prawnukami… Ale mogła mnie spytać jak żyję… Dziwne to spotkanie.”

Robi mi się zimno. Nie widzę ognia. Kamienie się rozstępują. Idę naprzód w zupełnej prawie ciemności. W końcu widzę wysoko prostokątny otwór. I słyszę głos, tym razem męski. “Taty?”

– Wzbij się w górę, dziecko. Zawsze mierzyłaś wysoko.

– Tatusiu! – wołam jak małe dziecko.

Cisza.

Unoszę ramiona, wzbijam się i wypływam na czyste, deszczem spłukane powietrze. Pode mną miasto, w którym mieszkam, morze, parki. “No właśnie, w najbliższy wolny słoneczny dzień pójdę do tego nowego parku na wzgórzu.”

I nagle ogarnia mnie strach. “Mam nadzieję, że kwiaty są tam prawdziwe…”



Reklama

Reklama

Treści chronione