TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: , | Sierpień 1, 2015 | 10:49

ZA DRZWIAMI CIEMNYCH DOMÓW – Renata Jabłońska

Nie wiem dokąd idę ulicami tego mojego-obcego miasta. Jestem zmęczona. Przed paroma tygodniami omotała mnie jakaś dziwna niemoc. Dużo śpię. Jem byle co. Nawet do pobliskiego sklepu nie chce mi się chodzić. Odpowiadam na telefony ale tylko ze strachu żeby zatroskani przyjaciele czy krewni nie zaczęli mi się dobijać do drzwi. Ucinam rozmowy mówiąc, że jestem bardzo zajęta. I nawet nie potrafię się z siebie śmiać. Zajęta – czym? Chyba że poddawanie się niemocy to też zajęcie.

Teraz, gdy tak sobie idę i wieje chłodny wiatr, zaczynam nagle intensywnie myśleć, próbuję zrozumieć co się ze mną dzieje. Mam trochę mniej pracy, czasy są ciężkie, ale przecież starcza mi na życie. Do nieobecności D. miałam czas przyzwyczaić się w ciągu kilku długich lat, choć nie pogodziłam się z nią i pewnie się nigdy nie pogodzę. Już mi się udaje nie myśleć o nim zbyt często. W ciągu ostatnich tygodni prawie wcale o nim nie myślałam. O niczym nie myślałam.

 

Łażę już dość długo. Ogarnia mnie wielkie zmęczenie. Rozglądam się. Nie znam dzielnicy, do której zawędrowałam. Wiem, że szłam w kierunku morza. Ale zamyśliłam się i pewnie zboczyłam z drogi. Szare jakieś, małe domy naokoło. Sciśle do siebie przylegające. Ani śladu zieleni, ani jednego drzewa. Sciemnia się. W żadnym z okien nie zapala się światło, nie wydostaje się przez szpary żaluzji.

W niknącej poświacie dnia polśniewają żółtą olejną farbą drzwi jednego z domków.

Marzę o jakiejś ławce, czy choćby murku, na którym można by usiąść i odpocząć trochę. Robi się coraz ciemniej. Podchodzę do żółtych drzwi. Pukam. Zadnej odpowiedzi. Naciskam klamkę i prawie wpadam do środka. Jak do ciemnej nory. Wyciągam przed siebie ręce chcąc wyczuć ewentualne przeszkody. Nic. Pustka. Odwracam się ostrożnie. Szukam drzwi, bo chcę wyjść na zewnątrz. Nie znajduję ich. Nagły prąd powietrza okręca mną i popycha naprzód. Widzę niebieskawe światło. Popychanie ustaje. Posuwam się ostrożnie naprzód. Niebieskość sączy się gdzieś z dołu. W jej migotliwym blasku widzę, że stoję na skraju przepaści. Bardzo widocznie głębokiej, bo nie mogę dostrzec źródła światła.

Siadam na czymś, co wydaje się być ziemią, choć bardzo twardą. Jestem ociężała. Chce mi się bardzo pić. Walczę z sennością. Boję się zasnąć w tym miejscu.

 

Budzę się, trzęsąc się z zimna. Leżę skulona na twardej ziemi. Zanim udaje mi się wyprostować nogi, dźga mnie wspomnienie ostrego bólu podbrzusza i tego co było potem. I pustki. Jest na tyle jasno, że mogę się rozejrzeć. Niebieskawe światło zniknęło.Unoszę głowę. Z bardzo wysoka sączy się blada poświata z trudem tylko przypominająca świt. Wokoło pustka. Dostrzegam krawędź przepaści, z której w nocy rozchodził się niebieski blask. Zbliżam się ostrożnie, na czworakach. Tylko czerń. Nie widać ścian ani dna. Chcę się cofnąć, ale z góry opada i podrywa mnie coś zbliżonego do powietrznej trąby. Winduje mnie coraz wyżej i nagle stawia na ziemi. Oszołomiona, rozglądam się wokoło. Znów jestem przed ciemnymi domkami. Zaczyna kropić deszcz. Łowię krople językiem próbując ugasić pragnienie. Jest cicho i jestem zupełnie sama. Rozglądam się szukając jakiegoś znaku, który pozwoliłby mi znaleźć drogę do domu. Nic. Niekończący się szereg ciemnych domów przede mną i za mną. Zrywa się wichura. Bezgłośna. Pada coraz zimniejszy, cienki ale gęsty deszcz. Drżę. Nie wiem co robić. Dachy domków są spadziste lecz żaden nie wystaje na tyle, żeby dać schronienie przed coraz dokuczliwszą ulewą. Zupełnie już mokra, i choć boję się bardzo, naciskam jednak klamkę pierwszych z brzegu drzwi. Przede mną coś lśni i mieni się srebrzyście. Słyszę jak drzwi same się za mną zamykają. Robię krok naprzód, potem drugi i trzeci. Zbliżam się i widzę lśnienie dużego lustra. Podchodzę. Jest ciemno. Lecz dostrzegam swoje odbicie. Nie, to nie ja! To mała dziewczynka… Przyglądam jej się i rozpoznaję siebie, taką jak na fotografii z 1939 roku. Kręcone włosy spięte z boku klamerką, króciutka sukienka w kropki, białe skarpetki… Nie mogę się nadziwić w jaki sposób to zdjęcie, bardzo zresztą powiększone, znalazło się tutaj, w lustrze… Kątem oka dostrzegam, że z boku też coś błyszczy. Lustro, oczywiście. Odbija się w nim postać wychudzonej 10-11-latki, z krótkimi warkoczykami, w brzydko na niej wiszącej sukience. Robię pół obrotu i widzę mniejsze, okrągłe lustro. Rozpoznaję swoją twarz, młodszą o jakieś 20 lat. Przyglądam się sobie z napięciem. Błyszczące oczy, nieśmiały, lecz nie smutny uśmiech. Zanim zdążę się zastanowić z jakiego okresu w moim życiu pochodzi ta fotografia, coś mną szarpie gwałtownie i ciągnie w głąb. Stoję przed niewielkim lustrem zawieszonym na niewidocznej ścianie. Jest trochę jaśniej. Ogarnia mnie strach. Zbliżam się i z obawą spoglądam w lustro, przekonana, że zobaczę siebie taką jaką jestem teraz – drżącą z zimna niemłodą kobietę, mokrą od deszczu, z ciemnymi włosami ociekającymi wodą, z bladą twarzą… I rzeczywiście widzę bladą twarz lecz okoloną rzadkimi siwymi włosami. Ale to straszna twarz! Pokryta siecią głębokich zmarszczek, z nieobecnym wyrazem oczu… Krzyczę. Nie chcę tego dożyć! Nie chcę!

W panice szukam drzwi. Tam gdzie powinny być też jest lustro. Ale nic się w nim jeszcze nie odbija. Jest mi już wszystko jedno. Co mogę jeszcze zobaczyć – własny grób? Uderzam w lustro pięścią i ze zdziwieniem stwierdzam, że ustępuje jak drzwi i mogę wyjść. Przestało padać. Robię krok naprzód, potykam się i padam w błotnistą kałużę. Podnoszę się z trudem. Strząsam z siebie błoto. Postanawiam iść przed siebie. W końcu musi się przecież skończyć ten szereg opuszczonych ciemnych domów.

 

Idę już kilka minut. Nade mną nabrzmiałe szare chmury. I nagle znów zaczyna padać. Z minuty na minutę ulewa wzmaga się. Zalewają mnie potoki wody. Z trudem łapię oddech. Nie mogę się nadziwić panującej cały czas ciszy. Ani bębnienia deszczu o dachy, ani plusku w kałużach… Ociekam wodą. Decyduję się, wbrew obawom, wejść do któregoś z domów. Najbliższy ma drewnianą żaluzję na oknie i drewniane niemalowane drzwi. Naciskam klamkę. Wchodzę. Przede mną łagodne światło lampy. Sucho i nie zimno. Oddycham z ulgą, choć obawa mnienie opuszcza. Wchodzę głębiej. Niewielki pokój. Pod białą ścianą stolik, na nim zapalona lampa z mlecznym abażurem. I obok fotel. Zastanawiam się, czy się nie rozebrać, nie wysuszyć ubrania, drzemiąc tymczasem na fotelu. Ale coś mnie popycha w stronę ściany, na której wisi kilka obrazów. Na najbliższym widzę świerki, których gałęzie uginają się pod grubą warswą śniegu. Naokoło też śnieg i ledwo zarysowana droga. Odczuwam wzruszenie i smutek. Patrzę na sąsiedni obraz. Tory kolejowe, po jednej stronie las, po drugiej łąka, a w tle uniesiony semafor. Jakby zaraz miał nadjechać pociąg. Lubię jechać pociągiem. Na trzecim obrazie zamglone góry i potok. Jak na widokówce. Malarz chyba nienajlepszy. Dostrzegam jeszcze czwarty obraz, największy, w pozłacanej ramie. Szarawe morze, z lekka wzburzone, i biały pasażerski statek. Taki popularny kicz. Dalsza część ściany ginie w mroku. Jestem okropnie zmęczona. Opadam na fotel. Co za ulga! I choć mokra odzież przykleja mi się do ciała, czuję, że zasnę i odpocznę nareszcie. Ciężkie powieki same opadają na oczy.

Nie wiem czy to mi się śni, ale unoszę się coraz wyżej. Z trudem otwieram oczy. Razem z fotelem płynę w powietrzu. Jest jasno. Ani jednej chmury na niebieskim niebie. Z daleka widzę morze. Blask słońca kłuje oczy, które zachodzą łzami. Muszę je zamknąć. I wtedy gwałtownie opadam.

Gdy przytomnieję, siedzę na plaży, na leżaku, osłonięta daszkiem.

W jednej ręce trzymam list, drugą przyciskam do kolan kopertę, z której wystaje fotografia. Wyjmuję ją. Jaki piękny chłopiec. Więc on się jednak urodził? Ale to nie ja, to inna kobieta go urodziła. Dziwne to i smutne. I takie piękne.



Reklama

Reklama