TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Sierpień 8, 2015 | 4:04

ZIELONY WÓZEK – Renata Jabłońska

Niepojęte manipulacje przeniosły mnie z mojego, tak lubianego i z takim trudem zdobytego jasnego mieszkania z półokrągłym holem i dwoma ładnymi pokojami, do małego, odrapanego domku w dzielnicy za rynkiem. Nawet nie wiem jak znalazłam się w środku. Ale jestem tu. Rozglądam się podejrzliwie po ciemnym mieszkaniu. Pokój ma beżowe ściany, w takim zdechłym odcieniu. Pod oknem stoi łóżko z czystą, na szczęście, pościelą. Na środku stół okryty brzydką, w czerwono-zielono-brązową kratkę ceratą. Dwa stare drewniane krzesła i ciemna szafa. Nie ma nawet półek. A gdzie są moje książki? Szukam ich. Może ktoś je zapakował. Może są w jakichś kartonowych pudłach. Lecz nie znajduję ich.

 

Otwieram drzwi pokoju i wychodzę do krótkiego korytarza. Drewniane drzwi wejściowe są stare, odrapane. Zwisają z nich dwa haczyki do zamykania od środka. Otwieram je i wyglądam na pustą ulicę, bez drzew, bez przechodniów. Ciemny szereg domów milczy. Sciemnia się. Szybko zamykam drzwi i zaczepiam haczyki.

Jedne z drzwi na korytarzu są pomalowane na niebiesko. Otwieram je. To kuchnia. Stary zlew, kuchenka gazowa, niezbyt czysta, dwie niebieskie szafki i mała, stara lodówka. Na jednej z półek leży wyschnięty kawałek żółtego sera. To wszystko. Zapalam światło. Olejna niebieska farba połyskuje, hamując na zaciekach.

„A gdzie łazienka?”, myślę z obawą, i wspominam moją małą, ulubioną kremową łazienkę. W korytarzu widzę jeszcze drzwi, pomalowane na liliowo, i inne, brudno-żółte. Za liliowymi znajduję stary sedes i zlew pełen pęknięć i zacieków, oraz prysznic za plastykową zasłoną w różowe kwiaty. Betonowa podłoga i ohydne ściany pociągnięte liliową, łuszczącą się olejną farbą. Okna nie ma.

Otwieram żółte drzwi. To komórka. Ciemno. Po omacku znajduję kontakt. Zapala się zwisająca na długim sznurze, słaba żarówka. Wiadro, szczotka, miotła. W głębi coś jeszcze stoi. Stara balia, czy co? Podchodzę i widzę, że to wysoki dziecięcy wózek, obity plastykiem w ciemno i jasno-zieloną kratkę. Jest czymś naładowany. Na wierzchu złożony równo wojskowy koc. Pod nim pikowana biała kołderka z szeroką falbaną. Odsuwam ją na bok. Widzę pod nią zmiętą granatową bluzę. „Co tam jeszcze znajdę?” Ugniatam stertę szmat i ogarnia mnie uczucie nieokreślonego lęku. Wychodzę z komórki, starannie zamykając drzwi.

 

Ściemnia się coraz bardziej. Zapalam światło w kuchni. Nalewam wodę do czajnika. Palnik gazowy zapala się jakoś jednobocznie. „Trzeba kupić zapałki, bo już tylko kilka zostało w pudełku”, myślę, „Ale gdzie tutaj znajdę sklep?” Otwieram szafki. W jednej stoi filiżanka i butelka, chyba pusta. W drugiej napoczęta paczka herbatników. „To będzie moja kolacja. Mogło zresztą być gorzej.”

Gdy wchodzę do pokoju uderza mnie zapach stęchlizny. Cerata na stole, w skąpym świetle żarówki osłoniętej plastykowym abażurem, wydaje się lepka.

Czuję się nagle strasznie zmęczona. „Czy mam gdzieś choćby szczoteczkę do zębów?” Szperam w swojej torebce i znajduję ją, i nawet pastę też. Otwieram drzwi łazienki. Szukam kontaktu. Światło nie zapala się. Wydaje mi się, że za zasłoną, koło prysznica, coś się porusza. Wpadam w panikę. Wybiegam z łazienki zatrzaskując drzwi. Myję zęby w kuchni.

 

Wracam do pokoju i kładę się do łóżka. Pościel ma zapach proszku do prania. Materac jest zbyt miękki. Ale zasypiam natychmiast.

Budzi mnie ostre uczucie głodu. Marzę o chlebie. Boli mnie żołądek.

Słyszę narastający szum. Przez szpary w żaluzjach wypływa na pokój szary świt. Rozglądam się. „Co tak szumi? Pewnie coś na ulicy.” Robi się coraz jaśniej. Wstaję. Postanawiam sprawdzić co z żarówką w łazience, a potem wejść pod prysznic.

Otwieram drzwi do korytarza. Robię krok naprzód i staję jak wryta. Przed drzwiami kuchni widzę kordon przedziwnych cieni. Ich zarysy są bardzo wyraźne, a jednocześnie trochę przezroczyste. Kilka cieni przypomina tęgie kobiety w długich spódnicach. Mężczyźni noszą spiczaste czapki i wysokie buty. Cienie kobiet trzymają coś na kształt wideł, a cienie mężczyzn karabiny z nasadzonymi bagnetami. Stoją nieruchomo i tym bardziej wydają mi się groźni. Ostrożnie wycofuję się tyłem i zamykam za sobą drzwi pokoju.

„Co to może być?! Czy ja wariuję?” Siadam na krześle, bezradna. „Może otworzę okno, uniosę żaluzję i rozejrzę się. Może zobaczę jakichś sąsiadów i zawołam o pomoc…” Ostrożnie otwieram okno. Ale żaluzja ani drgnie, nie chce się unieść. „Muszę się stąd wydostać! Za nic tutaj nie zostanę!” Ubieram się. Sama nie wiem dlaczego ścielę łóżko. Siadam i nasłuchuję. Panuje teraz głucha cisza. Zbliżam się do drzwi. Usiłuję coś zobaczyć przez dziurkę od klucza. Nic nie widać. Korytarz jest mroczny i cichy. Bardzo ostrożnie, powoli, robię szparę w drzwiach. Nic. Cienie chyba zniknęły. Staję w progu pokoju. Nie mogę się zdecydować czy otworzyć drzwi wejściowe i uciekać, czy też rozejrzeć się po mieszkaniu. Bardzo mi się chce pić. Więc podchodzę do kuchennych drzwi. Wyciągam rękę ku klamce. I nagle czuję gigantyczny zawrót głowy i słyszę szum wielu skrzydeł. Jakaś siła unosi mnie w górę. Dotykam ręką sufitu. Potem spadam.

 

Siedzę na podłodze w korytarzu. Drzwi do kuchni są zamknięte. „Muszę się napić! Niech się dzieje co chce…” Ale boję się dotknąć kuchennych drzwi, więc idę do łazienki. Odkręcam kran nad zlewem, lecz wody nie ma. „Więc nie mam rady, muszę wejść do kuchni”, myślę, wychodząc na korytarz. Robię krok naprzód. W tym momencie niezwykle silny powiew wyrywa drzwi komórki i jednocześnie znów mnie coś unosi do góry. Z komórki wypada w pędzie zielony wózek. Wyważa drzwi wejściowe i pędzi pustą ulicą. A mnie jakaś siła unosi nad nim i popycha naprzód. Ulica kończy się tunelem. Jest ciemno. Słyszę skrzypienie kół wózka. Unoszę rękę i wyczuwam chropawe sklepienie tunelu. Widzę powiewającą na wózku białą falbanę kołderki. Wszystko zaczyna wirować, coraz szybciej i szybciej.

 

  • Już po wszystkim. Proszę się nie bać.

Z trudem unoszę powieki. Nade mną brodata twarz. Chcę coś powiedzieć, ale nie mogę otworzyć wyschniętych ust.

  • Wszystko w porządku – mówi brodata twarz.

  • Gdzie mieszkam? – udaje mi się wykrztusić.

  • Co? – dziwi się brodacz.

  • Proszę!! Gdzie mieszkam? – Zaczynam płakać.

  • Dobrze, dobrze. Zaraz sprawdzimy.

Ktoś się nade mną znów pochyla i wyraźnie wymawia nazwę MOJEJ ulicy.

Oddycham głęboko i miękko zapadam w sen.

I znów płynę w powietrzu nad pędzącym wózkiem, a w dole widzę drewniany most z połamanymi deskami, między których polśniewa ciemna woda.  



Reklama

Reklama

Treści chronione