TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Październik 31, 2014 | 11:44

ZNIKNIĘCIA MELI – Renata Jabłońska

Widzę ulicę, szarawą w mgiełce drobniutkiego kapuśniaku, zroszony wilgocią chodnik, i nogi 7-mioletniej dziewczynki i czteroletniego chłopczyka – jej w zszarganych jasnych bucikach, jego w czerwonych, z granatową sznurówką.

Nie po raz pierwszy ten obraz do mnie wraca. Niezbyt często myślę o Meli, ale przypominam ją sobie czasami. I próbuję ją wtedy namierzyć. Tylko kilka razy w ciągu wielu lat udało mi się. Parokrotnie mówiłam z nią przez telefon, raz ją odwiedziłam, raz ona była u mnie, no i byłyśmy razem nad morzem parę razy. I to ona zajmowała się moim tatą w szpitalu.

Zawsze gdy o Meli pomyślę widzę ten przymglony szarością obraz – nogi dzieci.

Mela chodziła do mojej klasy do 1950 roku. Była szczupłą dziewczynką o jasnych, prawie białych włosach, i równie jasnych brwiach i rzęsach.

Niewiele o niej wtedy wiedziałam, tyle tylko, że straciła rodziców i mieszka u wujostwa.

I nagle zniknęła, nie przyszła do szkoły po wakacjach.

Nigdy nie byłyśmy u niej w domu, ale wiedziałyśmy przecież gdzie mieszka. Nie wiem dlaczego nie poszłyśmy jej szukać.

Po jakimś czasie ktoś nam powiedział, że wyjechała z wujostwem do Izraela.

 

W szkole byłam przez wszystkie lata najbardziej zaprzyjaźniona z Inką, z którą siedziałyśmy zawsze w jednej ławce. Każda z nas miała też inne bliskie koleżanki. Jedną z moich była Rysia, oryginalna, zawadiacka dziewczyna. Była Zydówką, i jak ja, przeżyła wojnę na zesłaniu w Rosji, tyle, że nie na Syberii lecz w Kazachstanie. Przed samą maturą bardzo się zbliżyłyśmy, częściowo ucząc się razem. Potem nasze drogi rozeszły się, bo ona studiowała w Warszawie ekonomię, a ja polonistykę w Łodzi. Tak się jednak złożyło, że obie w 1957-mym wyjechałyśmy do Izraela.

Rysia przyjechała trochę wcześniej i gdy ja tutaj dotarłam już uczyła się hebrajskiego na kursie z internatem w Haifie. Ja byłam w Tel Awiwie, więc pisywałyśmy do siebie, aż w końcu, na pierwsze ferie świąteczne, przyjechała do matki. Gdy spotkałyśmy się, zaczęłyśmy mówić o dawnych koleżankach, które wyjechały z Polski na długo przed nami. W międzyczasie widziałam się z jedną z nich, Niną. Była miła, ale jakaś obca. Przypomniałyśmy sobie Melę. Okazało się, że przed laty parę razy pisała do Rysi do Polski, w ostatnim liście donosząc, że jest w szkole pielęgniarskiej przy szpitalu miejskim. Poszłyśmy tam, ale nie pracowała tego dnia. Jakoś jednak udało się nam wyprosić jej adres.

Mieszkała na drugim piętrze stosunkowo nowego domu na jednej ze śródmiejskich ulic. Zadzwoniłyśmy i po chwili otworzyła nam – nieco starsza, z przyciemnionymi brwiami i rzęsami, lecz niewiele zmieniona – Mela. Była zdziwiona, ale ucieszyła się chyba. Mieszakanie było bardzo małe. Powiedziała, że wujek je dla niej kupił. Podała zimny sok pomarańczowy. Rozmowa była chaotyczna. Nie siedziałyśmy długo, bo Mela musiała wyjść. Nie umówiłyśmy się następne spotkanie.

 

Zycie w nowym kraju rzucało nas z ulpanu do wojska, potem znów na jakieś kursy. Wreszcie trzeba było zacząć pracować. Matka Rysi była buchalterką i udało jej się znaleść miejsce dla córki w tym samym biurze. Moja mama od pierwszej chwili pracowała, bardzo ciężko, w sklepie spożywczym, bo tata tuż po przyjeździe miał zawał (już nie pierwszy) i nie było z czego żyć. Trzeba się też było starać o jakieś mieszkanie, a to była bardzo trudna sprawa. Musiałam to załatwić sama.

Czas mijał, jeszcze spotykałyśmy się z Rysią, lecz w końcu nasze losy potoczyły się tak, że kontakt się prawie urwał. Widywałam czasem Ninę.

Któregoś popołudnia wróciłam z pracy (mama wracała później) i zastałam tatę w bardzo złym stanie. Wezwałam pogotowie. Zostawiłam mamie kartkę, że jadę z tatą do szpitala.

To był kolejny zawał. Po paru badaniach na sali przyjęć przewieźli ojca na oddział. Pierwsza pielęgniarka, która weszła do pokoju żeby się ojcem zająć, to była Mela.

Była bardzo dobra dla mego taty, zajmowała się nim troskliwie. Wobec mnie była miła, zabierała mnie do szpitalnej stołówki na obiady, zapraszała żeby ją odwiedzić.

Któregoś dnia, gdy ojciec mój był już w lepszym stanie, poszłam do niej wieczorem. Kupiłam bukiet kwiatów i dając go jej podziękowałam za opiekę nad tatą. Mela ucieszyła się i powiedziała: „Twój ojciec dużo w życiu przeszedł… Wiesz, on ma takie ciemno niebieskie oczy jakie miał mój tata…”

  • Masz zdjęcia rodziców?

  • Paszportowe. Wujek schował ich paszporty i dyplomy razem z innymi dokumentami w piwnicy w przedwojennym mieszkaniu. Po wojnie odkopał blaszaną puszkę, w której się przechowały w dobrym stanie.

  • Możesz mi pokazać te fotografie? – spytałam trochę nieśmiało.

Podała mi oprawione w srebrne ramki fotografie. Na jednej ładna, ciemnowłosa kobieta, na drugiej jasnowłosy mężczyzna.

  • Powiększyłaś paszportowe zdjęcia?

  • Tak. Szkoda, że nie było wtedy kolorowych – widziałabyś te niebieskie oczy… Wiesz, widziałam tatę ostatni raz gdy miałam sześć lat. Gdyby nie fotografia, pamiętałabym tylko oczy… – odwróciła głowę – Tak się zawsze do mnie i do mego braciszka uśmiechały…, nawet już w Warszawie, w getcie.

  • To ty miałaś brata? – byłam bardzo zdziwiona, bo nie wiedziałam o tym.

  • Tak, o trzy lata młodszego…

Zapatrzyła się w pustkę, jej zielonkawe oczy znieruchomiały.

  • Pewnie się dziwisz, że ja żyję, a on nie? Sama się dziwię… Przecież małe dziecko łatwiej przekonać, że jest kimś innym niż jest. On też był takim jasnym blondynem jak ja, i miał fiołkowe oczy taty, i zupełnie nie wyglądał jak żydowskie dziecko z getta. Ja też nie. Rodzice i dziadkowie od ust sobie odejmowali, żeby nas dokarmiać. Bardzo też dbali o naszą higienę. Wierzyli, że wujek znajdzie dla nas, może nawet i dla nich, dobrą melinę. On był po aryjskiej stronie, miał różne kontakty. Dwa razy przedostał się do nas do getta i opowiadał jak bardzo się stara o wyciągnięcie nas… – mówiła spokojnie, z przymkniętymi oczami, jakby do siebie – Czas mijał, robiło się coraz niebezpieczniej. Tatę złapali do transportu jak pracował przy torach razem z jeszcze trzema mężczyznami, bo zabrakło im jednego Zyda gdy liczyli ludzi wpychanych do ostatniego wagonu! Jego koledzy opowiedzieli mamie… Potem było nam coraz gorzej. Dziadkowie jeszcze nie byli starzy i pomagali jak mogli. Kontaktu z wujkiem od dłuższego czasu już nie było. Mama została włączona do grupy ludzi pracujących poza gettem i gdy wracali zauważyła z daleka wujka, który nieznacznie skinął głową i niby to poprawił kapelusz, pokazując jednocześnie uniesione dwa palce. Mama myślała, że to znaczy dwa dni. Nie spałam i słyszałam jak omawiają z dziadkami w jaki sposób nas pojutrze wyciągnąć na zewnątrz i oddać wujkowi. Na stole leżała biżuteria mamy i babci i stosik banknotów, a babcia odpruła podszewki naszych płaszczyków i część kosztowności podzieliła, włożyła do środka i zaszyła otwory. Nazajutrz dziadek, z woreczkiem z resztą biżuterii i z pieniędzmi, poszedł do kogoś, kto wiedział jaki Niemiec z tych sprawdzających przy przejściu da się przekupić i nie zauważy mnie i mojego braciszka. Wrócił i powiedział, że mama ma iść w środku grupy i prowdzić nas przy sobie, okrytych połami jej palta. I udało się, przeszliśmy. Już za bramą getta mama zaczęła się rozglądać za wujkiem, ale nie widać go było. Tymczasem jeden z konwojentów zaczął liczyć ludzi i zbliżał się do nas. W niewielkiej odległości przystanęły i przyglądały nam się przechodzące ulicą Polki. W chwili, gdy konwojent, odwrócony tyłem, krzyczał na starszego Zyda i coś mu wyrywał z ręki, mama popchnęła nas w stronę kobiet i krzyknęła do nich: ”Dzieci mają zaszytą w paltach biżuterię!” Jedna z Polek, niemłoda, tęgawa kobieta chwyciła nas za ręce i pociągnęła za sobą. Zaczęłam płakać. „Cicho!”, powiedziała ostro. Padał taki drobny deszczyk i chłodził mi twarz…Mój braciszek zapłakał. „Ja go uspokoję”, powiedziałam i przeciągnęłam go na swoją stronę. Mocno trzymałam go za rączkę. Szliśmy trochę wolniej, spuściłam głowę i patrzyłam na nasze nogi. Na jego czerwone buciki i na moje jasne, poobcierane. I mam to w oczach. A ulice, domy, ludzie, wszystko było zamglone deszczem. Kobieta mieszkała niezbyt daleko. Weszyliśmy na trzecie piętro. W mieszkaniu było ciepło. Przyniosła nam mleko. Kazała zdjąć palta, obmacała je, odpruła podszewkę i wyjęła biżiterię. Potem ugotowała obiad. Nakarmiła nas, dała nam stare karty i kazała bawić się po cichu. Płakałam, chciałam do mamy. Mój braciszek też płakał. Zdenerwowała się: „A bo to źle wam? Nie najedliście się? Macie być cicho!” Przytuliłam braciszka i zasnęliśmy. Było już dość późne popołudnie gdy nas obudziła. Kazała ubrać palta, wzięła nas za ręce i poprowadziła – w stronę getta… Cieszyłam się, że znów będziemy z mamą i dziadkami. Ale ona popchnęła mego braciszka w stronę mężczyzn prowadzonych z pracy do getta, a mnie pociągnęła za sobą! „Puść mnie z moim bratem!”, krzyczałam, ale zatkała mi usta i zabrała do domu. Płakałam, prosiłam żeby mnie puściła, że sama trafię do getta. I płacząc w końcu zasnęłam… – Mela spojrzała na mnie nieobecnym wzrokiem, napiła się, oparła głowę o wezgłowie fotela – Wcześnie rano obudziła mnie, nakarmiła i kazała się ubierać. Myślałam, że może jednak zaprowadzi mnie do getta. Ale poszłyśmy w przeciwną stronę. Odwracałam się, mając nadzieję, że może akurat będą prowadzić grupę mamy. I wtedy zauważyłam idącego za nami wujka. Przyłożył palec do ust nakazując mi milczenie. Minęłyśmy parę przecznic, skręciłyśmy. Kobieta pociągnęła mnie do bramy jakiejś kamienicy. Obejrzałam się. Wujek szedł po przeciwnej stonie chodnika. Weszłyśmy na drugie piętro. Zapukała do drzwi, które po chwili otworzyła młoda blondynka w fartuchu i ze ściereczką w ręku. Uśmiechnęła się do mnie leciutko. Weszłyśmy do niewielkiego pokoju. Kazały mi usiąść, a same poszły do kuchni. Rozmawiały dosyć długo. Wstałam z krzesła i na palcach zbliżyłam się do drzwi. „Chciała pani dzieciaka, no to pani ma! Nikt się o nią nie upomni, niech się pani nie boi. A że nie taka mała to nic nie szkodzi. Wygląda jak nasza, nauczy ją pani paciorka i co trzeba i będzie wszystko w porządku. Dziewczynka, to i nic nie można poznać. Z chłopcem to niebezpiecznie.” A blondynka na to: „Ale ja nie mam tyle pieniędzy, musi pani zaczekać aż mąż wróci.” Uciekłam od drzwi, bo usłyszałam szurnięcie krzesła i słowa: „Dogadamy się. Czekać to ja nie będę, ale przyjdę jak mężulek wróci.” – Mela wstała nagle, nalała do mojej i swojej szklanki resztę soku. Kobieta, która mnie sprzedawała – bo tak to zrozumiałam – wyszła bez słowa czy spojrzenia w moją stronę. Blondynka podeszła, pogładziła mnie po głowie: „Chodź do kuchni, dziecko, zjesz coś, napijesz się. I powiedz mi, jak się nazywasz?” Zaczęłam płakać, a ona mnie przytuliła. „Mela”, wykrztusiłam wreszcie. Ucieszyła się: „Mela, Melania, to brdzo ładnie… A ja mam na imię Sławka, ale możesz do mnie mówić… ciociu…”

 

Mela milczała. Nie śmiałam o nic pytać. Czekałam.

  • Czy wiesz co zrobiłam? – spojrzała na mnie uważnie – Kiwnęłam głową! Na wszelki wypadek… Bo myślałam, że może uda mi się potem wyjść na ulicę i wujek mnie zabierze. A jak go nie będzie to pobiegnę do getta. Ale jednak…, taka gówniara, a już wiedziałam, że trzeba udawać, i że jeśli będę musiała zostać u tej miłej kobiety, to lepiej się z nią zgadzać… – znów zrobiła długą przerwę.

  • A jej mąż? – nie wytrzymałam.

  • Wrócił z pracy, „ciocia” coć mu w przedpokoju tłumaczyła, wszedł, przyjrzał mi się i pokiwał głową. „Miła dziewczynka, blondyneczka… Mela, tak? No to będę twoim wujem Leonem, dobrze?”, i pogłaskał mnie po głowie. Potem zjedliśmy obiad. Po obiedzie usiadłam przy oknie i zza firanki patrzyłam na ulicę. Nie widziałam mego prawdziwego wuja. Potem słyszałam, że ktoś przyszedł i z kuchni zaczęły dochodzić trochę podniesione głosy. Zorientowałam się, że moi nowi wujostwo targują się o mnie z tamtą kobietą. Widocznie dogadali się, bo poszła sobie w końcu. Nie bardzo pamiętam jak minęła ta pierwsza noc u nich. Chyba po prostu mocno spałam, syta, w cieple. Ale nad ranem obudziłam się, wszystko mi się przypomniało i na myśl, że może mój braciszek nie trafił do mamy i dziadków zaczęłam płakać w poduszkę. I znów zasnęłam.

Mela zaśmiała się, niewesoło, ale też nie z goryczą.

  • Obudził mnie głos mego wuja! Siedział przy mnie na łóżku i uśmiechał się. Usiadłam, objęłam go i, płacząc, opowiedziałam o braciszku. „Znajdę go, nie płacz. Dam ci znać jak tylko będę wiedział czy trafił do domu. Melu, słuchaj – zostaniesz tutaj u tej miłej pani, jak tylko będę mógł, to cię będę odwiedzać. Musisz być posłuszna. I nigdy nic nie mów o getcie, o mamie…, o nikim. Słyszysz? Rozumiesz? „Ale ja chcę być z mamą!”, prosiłam. „Nie pleć bzdur! Tutaj jesteś bezpieczna. Obym dla małego znalazł takie dobre miejsce…” Wujek uściskał mnie, ucałował i poszedł do kuchni pożegnać się z ciocią Sławką. Wstałam żeby go jeszcze zobaczyć. „Proszę, niech się pani nie martwi, a jakby was jeszcze nachodziła, to ją pani uciszy jakąś sumą z tych pieniędzy, a ja później przyniosę jeszcze. I dziękuję państwu!” Podbiegłam do wychodzącego z kuchni wuja i jeszcze raz go objęłam. – Znów się uśmiechnęła – Pamiętam jak czekałam na wujka i na wiadomości o moim braciszku, mamie, dziadkach. Przyszedł dopiero na trzeci dzień, też rano. Nawet nie chciał usiąść. „Mały jest w domu! Zuch chłopak! Zobaczył znajomego dziadków wśród wracających do getta robotników i wrócił razem z nim. Wszyscy mają się dobrze i cieszą się, że tu jesteś. Prosili, żebyś była cierpliwa i grzeczna i kazali cię ucałować.” Wujek przytulił mnie i pocałował. Chwilę rozmawiał po cichu ze Sławką i poszedł… – westchnęła głęboko.

  • I byłaś tam do końca wojny?

  • Tak… Niby jako siostrzenica z Łodzi, sierota… Sławka urodziła syna tuż przed powstaniem… A mój prawdziwy braciszek…

Oczy jej napełniły się łzami, ale nie rozpłakała się.

  • On zginął razem z mamą i z dziadkami w Oświęcimiu. Wywieźli ich zanim wujkowi udało się znaleźć jakieś miejsce…

Chciałam wstać, podejść do niej, objąć ją. Nie śmiałam.

  • Wujek jeszcze tylko dwa razy przyszedł do mnie. No i odebrał mnie po wojnie. On już przed tą drugą wizytą w domu wujostwa wiedział, że moją rodzinę wywieźli do obozu. Powiedział mi o tym dopiero po wojnie.

Nagle wstała, niecierpliwie przesunęła dzbanek, odgarnęła włosy z czoła. Zrozumiałam. Wstałam.

  • Pójdę już, Mela…

  • Twój tata będzie u nas jeszcze najwyżej dzień, dwa… Nie martw się – powiedziała jakoś automatycznie.

Nazajutrz na oddziale uśmiechnęła się do mnie i powiedziała, że mogę zabrać tatę do domu.

W ciągu następnych tygodni nie telefonowała do mnie. Ja próbowałam, ale nie łapałam jej w domu. W końcu zadzwoniłam do szpitala i dowiedziałam się, że wyjechała na urlop…

 

Następnym razem zobaczyłam Melę po roku, na pogrzebie mego taty.

Po miesiącu zadzwoniła i zaproponowała, żebyśmy w sobotę poszły razem na plażę. Zgodziłam się.

Pojechałyśmy aż do Herzliji. Warto było, bo wspaniała, szeroka plaża, morze czyste. Kąpałyśmy się, potem leżałyśmy pod wielkim parasolem w zielone pasy.

Bałam się, że będzie coś mówić o moim ojcu, a nie chciałam, bo jego cierpienie jeszcze ciągle miałam w oczach. Ale ona zaczęła nagle opowiadać o facecie, którym się akurat interesowała. „Słuchaj, może on tutaj przyjdzie pływać…”, powiedziała z nadzieją w głosie. Nie przyszedł.

Milczała do czwartku, kiedy to zadzwoniła i znów umówiłyśmy się. Było podobnie. Bardzo czekała, ale nie przyszedł.

I więcej już do mnie nie telefonowała.

 

Potem wyjechałam na dłuższy czas, a gdy wróciłam i znów byłam sama, zadzwoniłam do niej. Zastałam ją. Ucieszyła się nawet. Opowiedziałyśmy sobie w skrócie co się z nami działo w ciągu tych lat. Powiedziala, że z tamtym facetem skończyło się po paru latach. Teraz, już od dłuższego czasu ma romans z lekarzem ze swego szpitala. Nie zaproponowała spotkania. I nie telefonowała.

Minęły ze dwa lata, aż nagle zadzwoniła, w dniu moich urodzin, składając mi, ku memu ogromnemu zdziwieniu, serdeczne życzenia. Spytałam czy nie wpadłaby na kieliszek wina. „A będą goście?” Odpowiedziałam, że tylko kilka osób. „Nie, zaproś mnie jak będziesz sama.” Prosiłam, żeby przyszła nazajutrz.

Przyniosła ładne kwiaty. Zjadłyśmy kolację. Siedziałyśmy na fotelach pijąc wino.

  • Mój brat wyjeżdża do Ameryki – powiedziała ze smutkiem w głosie.

  • Syn twego wuja – ile on ma teraz lat? Urodził się w 46-tym, nie?

  • 26, jest już po studiach i chce się żenić.

  • Dlaczego tak cię to smuci?

  • Bo ja go bardzo kocham. Jak brata, nie jak kuzyna. Wujek jest chory, ciotka też nie najzdrowsza. To rozstanie nie będzie dla nich łatwe…

  • No tak… Ale on pewnie będzie często przyjeżdżać.

  • Obiecuje…

Po 11-tej poszła. I zniknęła na kolejnych parę lat. Była nieuchwytna.

 

Kiedyś przypomniała sobie o niej Rysia. Powiedziałam, że bardzo dawno nie miałam z nią kontaktu.

Przypomniała mi się ta długa opowieść o jej wojennym losie. Zresztą przypominała mi się przy różnych okazjach.

Zatelefonowałam. Mówiła jakoś bardzo oficjalnie. „Jest ktoś u ciebie?”, spytałam. „Tak.” Zakasłała nagle. „Słuchaj, to zadzwoń do mnie jak będziesz miała ochotę, dobrze?” Zaśmiała się: „Dobrze.”

Nie zatelefonowała. Próbowałam ją kilkakrotnie złapać. Nagrywałam się na jej automatyczną sekretarkę. W szpitalu, gdy poprosiłam do telefonu siostrę Melę, powiedziano mi, że jest za granicą, na urlopie. I połączenie zostało przerwane.

Znów zniknęła. Może pojechała odwiedzić kuzyna w Ameryce?

Nigdy nie zareagowała na moje nagrania na jej sekretarce. Nigdy więcej jej nie spotkałam.



Reklama

Reklama

Treści chronione