TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Maj 26, 2015 | 9:59

ŻÓŁTE NIEBO – Renata Jabłońska

Nie lubię złotej biżuterii – lubię srebrną. Nie lubię żółtego koloru, chyba że to jakiś wyjątkowy odcień.

Otworzyli w pobliżu mego domu nowy supermarket. Poszłam na zakupy, zadowolona, że teraz mam blisko. Gdy już pchałam wózek w stronę kasy, pomyślałam, że warto jeszcze kupić nową ścierkę do podłogi. Podeszłam do półek z artykułami gospodarstwa domowego. Dużo tego było. Wreszcie znalazłam, na samym dole, najróżniejsze paczki ścierek – zbierających kurz bez rozpylania go, do szyb, uniwersalnych, do samochodu, no i do podłogi. Grube, białe i szare, leżały luzem, inne, cieńsze w paczkach po trzy, ozdobionych nazwą znanej firmy. Sama nie wiedziałam co wybrać. Mój wzrok przyciągnęło nagle opakowanie nieznanej mi firmy. W nylonie była jedna tylko cienka ścierka – żółta, w dużą, delikatną zieloną kratę. Wzięłam ją, nawet nie czytając zachwalającego jej zalety tekstu.

W domu, gdy już rozpakowałam i poodkładałam zykupy, wyjęłam ścierkę z nylonu i położyłam na półce na kuchennym balkonie.

 

Trzy dni później sprzątałam moje niewielkie mieszkanie. Gdy już starłam kurze, wyszorowałam zlew, umywalkę i wannę, nalałam wodę do wiadra, dodałam pachnący igliwiem płyn do podłogi i sięgnęłam po nową ścierkę. Wydawało mi się, gdy ją wkładałam do wody, że poddaje się moim ruchom w jakiś wyjątkowy sposób. Ale powiedziałam sobie, że idiotka ze mnie i zawsze wyobrażam sobie jakieś niezwykłości.

Zmywała miękko, lekko, łatwo ją było wyciskąć. Podłoga lśniła.

Wypłukałam ją dokładnie i wywiesiłam za okno.

Wieczorem zdjęłam ją ze sznura. Była sucha i wyjątkowo miękka. Złożyłam ją dokładnie i położyłam na półce.

Od tej pory mycie podłóg było łatwe i nawet przyjemne.

Zółta ścierka nie traciła swego dość intensywnego odcienia ani miękkości. Nie przecierała się też wcale, była ciągle jak nowa, choć służyła mi już cały rok.

 

To był niezły rok. Byłam zadowolona z pracy. Mój przyjaciel nie mówił już tak często jak kiedyś, że powinniśmy się pobrać, i nadal było nam dobrze razem.I wcale nie poczułam, że od paru miesięcy coś się zmienia. Cios był tym silniejszy. Poznał jakąś ładną, bogatą rozwódkę z dużym mieszkaniem w luksusowej dzielnicy, z nowoczesnym samochodem i innymi cudami. Powiedział mi, że zakochał się w niej z wzajemnością, więc musimy się rozstać. I że to moja wina, że nie pobraliśmy się. Prawda.

Najpierw byłam otępiała, jakby to do mnie niezupełnie docierało. Dopiero w czasie długiego, bo świątecznego końca tygodnia, poczułam co się stało. Usiłowałam nie poddawać się przygnębieniu. Zmuszałam się do zajmowania się korespondencją z przyjaciółmi, grałam z komputerem w szachy, porządkowałam papiery… Gdy przewlekłam pościel, postanowiłam zrobić pranie. Wyszłam na kuchenny balkon ze stertą bielizny, włożyłam wszystko do pralki, uruchomiłam ją i na tle szmeru, gdy napełniała się wodą, usłyszałam dziwnie brzmiący szept, jakby mówiło małe dziecko: „A proszek?” Rzeczywiście, zapomniałam wsypać do pralki proszek… Stał na półce, w pobliżu mojej żółtej ścierki. Gdy go brałam do ręki, zdawało mi się, że podskoczyła. Pomyślałam, że mam przywidzenia, i wtedy znów usłyszałam szept: „Nie przejmuj się…” Rozejezałam się, wychyliłam się i sprawdziłam czy nikogo nie ma pod moim balkonem albo obok. Ale podwórze było puste.

Tej nocy prawie nie spałam.

 

Wstałam wcześnie i snułam się po mieszkaniu, rozmamłana. Chciałam płakać, ale nie mogłam. Muszę się wziąć w karby, pomyślałam, i zmusiłam się do umycia, uczesania, ubrania.

Wyszłam na balkon żeby sprawdzić czy bielizna już wyschła.Gdy się wychyliłam, zobaczyłam całującą się przy wyjściu z podwórka parę. I wtedy polały się wreszcie łzy. Ale nie były to łzy przynoszące ulgę. Po prostu lały się, nie chciały przestać, i przeszkadzały mi w zdejmowaniu suchej już bielizny ze sznura. Płacząc, układałam w koszu ręczniki, prześcieradła, powłoczki… I znów usłyszałam szept: „Ten płacz ci nie pomoże… Potrzebujesz czegoś innego. Rozwiń mnie!” Zrozumiałam, że to mówi do mnie moja żółta ścierka! Jak zahypnotyzowana zdjęłam ją z półki i rozwinęłam. „Wsiadaj!”, wyszeptała i podsunęła się pod moją pupę. Usiadłam.

Wyfrunęłyśmy z balkonu i zaczęłyśmy się unosić wysoko, ponad domami. Moja ścierka okazała się być żółtym w zieloną kratę latającym dywanikiem, puszystym i dość grubym. Siedziało mi się wygodnie. Płynęłyśmy nad dachami domów. Zorientowałam się, że omija te bardzo wysokie. Widocznie ma ograniczenia w osiąganiu wysokości. Może to i lepiej.

 

Teraz leciałyśmy nad morzem, lśniącym w porannym słońcu. Nie wiedziałam dokąd mnie zaniesie i wcale mnie to nie obchodziło. Czułam się wspaniale. Na morzu pojawiły się żaglówki. Na plaży już się zaczęli zbierać ludzie. Czekały na nich rzędy leżaków, sprzedawcy lodów.

Mój dywanik skręcił pod kątem prostym, przyspieszył. Potem obniżył lot. Zobaczyłam dach pięciopiętrowego domu, a raczej jego nieosłonięty fragment. Młody mężczyzna rozstawiał składane krzesła przy okrągłym stole. Potem wychodził i wchodzil, niosąc coś za każdym razem – talerze i szklanki na tacy, potrawy, napoje. Wszystko poustawiał na stole. Wreszcie usiadł i uniósł głowę. Poznałam go… Minę miał raczej ponurą. Spanikowałam, bo zlękłam się, że mnie zobaczy. „Nie bój się, jesteśmy niewidzialne”, wyszeptała moja ścierka-dywanik. Po chwili weszła, ziewając, młoda kobieta w czerwonym, przezroczystym szlafroku. Stanęła przy stole. „Mógłbyś się zachować jak dżentelmen, wstać i podsunąć mi krzesło!”, powiedziała tonem pieszczącej się dziewczynki. Wstał, bez słowa podsunął jej krzesło. „Mógłbyś powiedzieć jakieś miłe słowo”, w jej głosie był już wyraźny odcień pretensji. A on wzruszył ramionami. Kobieta uniosła twarz ku słońcu. Była ładną, pospolitą, tlenioną blondynką. Zaczęli jeść.

Chciałam jeszcze popatrzyć, ale dywanik ruszył z kopyta. Poleciał za miasto. Prostokąty pól, zagajniki, osiedla. Słońce prażyło coraz silniej. Spojrzałam w niebo. Było żóte! Oczy zabolały mnie jakby je kłuto igłami. „Może się gdzieś schronimy wśród drzew, bo mnie ten blask oślepia”, poprosiłam. „Wrócimy do domu. Chyba się trochę uspokoiłaś, nie? Możesz mieć satasfakcję, bo ten sprzedawczyk nie liże miodu”, zachichotała cichutko. „Nie lubisz go, bo cię kiedyś tak mocno wycisnął, gdy miałam zwichniętą rękę…” Teraz zaśmiała się głośniej. Zakręciła tak, że słońce było za mną. „Wycisnął i cisnął w kąt jak szmatę! Zadufek… Nie rozumiem jak ty, mądra i delikatna kobieta, mogłaś go znieść…” Trochę mnie to „jak szmatę” rozśmieszyło, ale zaraz spoważniałam, bo ona, jakby czytając moje myśli, zafalowała i podrzuciła mnie gwałtownie. Zauważyłam nagle, że wprawdzie robi za latający dywanik, ale nie ma frędzli! I teraz wiedziała co myślę! „Frędzle to tylko fikuśna ozdoba dywanów z bajki…”, powiedziała chłodno. Leciałyśmy znów nad miastem. Zatrzymała się nagle. Wisiałyśmy nad pełnym anten telewizyjnych dachem.

„Słuchaj, jestem już stara… Chcę żebyś sobie kupiła nową ścierkę do podłogi…” Zaakcentowała słowo „ścierkę”. A mnie zrobiło się strasznie smutno. „Nie smuć się, tylko obiecaj, że mnie nie wyrzucisz do tego śmierdzącego śmietnika! Połóż mnie w kąciku na półce, przecież nie będę ci tam przeszkadzać.” Rozpłakałam się żałośnie i te łzy były dobre, rzewne, przynoszące ulgę. A ona cierpliwie czekała.

„Nigdy cię nie wyrzucę. I położę na twoim stałym miejscu. I jeśli chcesz, to cię od czasu do czasu mogę wypłukać i powiesić za oknem, żebyś poczuła słońce czy wiatr…”, chlipałam jeszcze. „O, tak, proszę. I przestań już płakać. Lecimy do domu!”

 /2005/



Reklama

Reklama