TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Marzec 10, 2015 | 4:20

OKO – Renata Jabłońska

Mój szef powiedział mi dzisiaj, że gdy noszę tę zgniło-zieloną bluzkę, moje oczy mają ten sam kolor. On się od dawma do mnie zaleca, a ja go nie cierpię.

Jestem bardzo zmęczona, miałam ciężki dzień w pracy, potem jeszcze zakupy i sprzątanie kuchni.

Kładę się wyjątkowo wcześnie i natychmiast zasypiam.

Łódka płynie nierówno, jest trochę przechylona w jedną stronę. Jezioro jest na szczęście spokojne. Usiłuję woisłami nadrobić brak równowagi. Ale znosi mnie w lewo i łódka zatrzymuje się w sitowiu przy nieznanym mi brzegu.

Bardzo mnie bolą ramiona. Jest chłodno, blade słońce nie grzeje. Przymykam oczy.

Słyszę muzykę i śpiew. Unoszę powieki. Siedzę w gondoli, na aksamitnej poduszce. Spiewa gondolier. a na brzegu gra ktoś na gitarze.  Obok mnie leży jeszcze jedna aksanitna poduszka. Woda jest zgniło-zielona, poduszki też.

“Czy jestem w Wenecji?” Rozglądam się, widzę domy nad kanałem, które mi niczego nie przypominają, Kanał jest szeroki, może dopłyniemy aż do Placu św. Marka?

Z mijającej nas z przeciwnej strony gondoli przeskakuje młody mężczyzna w czarnych spodniach i beżowej jedwabnej koszuli. Opada na poduszkę. Przyglądam mu się. Uśmiecha się do mnie. Kogoś mi przypomina, lecz nie wiem kogo.

– Masz takie piękne zielono- szare oczy w tym oświetleniu – mówi.

Nagle go poznaję, to młodszy brat Michała.

– Nie, to ja, gdy byłem młody – odpowiada na moje myśli.

– A jak udało ci się znów być młodym? Przecież jesteś o parę lat starszy ode mnie.

– Ty też jesteś teraz młoda, Spójrz! – podaje mi lusterko.

Wyglądam na 20 lat, to niebywałe!

– Tutaj wszystko jest możliwe – mówi z uśmiechem, tym uwodzicielskim, którym mnie kiedyś skołował.

– Tutaj, to znaczy gdzie?

Wybucha śmiechem.

– Może sama się dowiesz. A może i nie… – i znika.

Po chwili nie ma gondoli i gondoliera, nie ma kanału. Siedzę na zwykłej drewnianej ławce przed domem Julki.

 

-Dzwonił Michał… Powiedziałam, że cię tu nie ma… – Julka patrzy na mnie uważnie.

– Dobrze zrobiłaś – mówię ze ściśniętym sercem.

Wiem, że go nie chcę więcej widzieć, ale mi jednak cholernie smutno. Nie kocham go, byłam nim zaczadzona i trudno mi się tak odrazu otrząsnąć.

– Musisz się trochę przewietrzyć, pojechać do miasta, spotkać z przyjaciółmi – Julka jakby czytała moje myśli.

Jemy upieczone przez nią kruche ciasteczka. Od czasu, gdy zamieszkała na wsi, ciągle coś piecze.

– Ale on cię podrywał! Skakał koło ciebie jak kogut – wybucha śmiechem.

Ja się też śmieję, dławię się okruchem ciastka, kaszlę i czuję, że prysnął mi do oka. Mrugam zawzięcie, łzy mi spływają po policzku.

 

Nagle widzę siebie w kropli łzy. Siedzę przy biurku w pracy, a mój wstrętny szef stoi za mną i kładzie mi rękę na ramieniu. Strząsam ją.

Wiem, że będzie się mścić. Trudno, nie mogę inaczej.

Chcę wrócić na ławkę do Julki, lecz mi się nie udaje. Idę  po pracy do domu. Jem kolację. Wchodzę do łazienki. I widzę w lustrze siebie  30-toletnią! Długo się sobie przyglądam.

Potem siadam na fotelu i zaczynam wspominać jaka byłam, co mnie spotkało w owym czasie.

– O najważniejszym nie myślisz! Jak zwykle. Uciekasz od prawdy. Ale wewnętrzne oko nie kłamie i będziesz musiała wreszcie zrozumieć co zrobołaś.

-Co zrobiłam?

– Masz dość czasu żeby się zastanowić. Wiesz przecież o co chodzi.

-Wiem. Nikogo nie mogę winić za własne tchórzostwo. Bo bałam się.

Przede wszystkim ludzi naokoło, reakcji jego rodziny, znajomych… Czy teraz bym się nie bała? Może i nie – zmądrzałam trochę, mniej mnie obchodzi co kto powie. Ale tego, co się stało, nie da się zmienić. Lżej mi na duszy, gdy myślę, że on ma żonę i dziecko. Tak bardzo chciał mieć dzieci. Chciał mieszkać gdzieś za miastem, w domku z ogrodem.

– A ty?

-Ja…wolę mieszkać w mieście, ale nie to  było przyczyną zerwania. Trudno mi się skupić, nie chcę dopuścić do siebie tych smutnych wspomnień.

– Znów tchórzasz?

– Przecież wiem, że stchórzyłam. I wiem teraz, że lepiej przeżyć krótki okres szczęścia, niż przed nim uciec.

– Brawo!

Wiercę się, wreszcie zwijam się z podkurczonymi nogami na tym dużym fotelu.

 

Był ode mnie o sześć lat młodszy. I miał  chłopięcy wygląd. Ale nie był infantylny, miał wyrobiony światopogląd i podejście do wielu spraw.  Zgadzaliśmy się, mieliśmy podobne poglądy.

Po roku, gdy uważał, że powinniśmy się pobrać, ogarnęła mnie panika. “Jak będę 40-tolatką, on będzie miał zaledwie 34 lata. I co dalej? W końcu będę pomarszczoną starszą panią, a on będzie jeszcze stosunkowo młodym mężczyzną… “, myślałam nieustannie.

“I zrobiłam…” Chce mi się płakać.

– Tak, zrobiłaś, co zrobiłaś, ale najgorsze było, że mu nie powiedziałaś.

– Gdybym mu powiedziała, nie pozwolił by mi tego zrobić…

– Może. I może byłabyś teraz matką nastolatka.

– Albo nastolatki, która by mnie może znienawidziła, gdybyśmy się rozwiedli.

Oczekuję odpowiedzi, która jednak nie nadchodzi.

Kulę się jeszcze bardziej i zasypiam.

 

Wracamy z Julką z teatru. Przedstawienie kończy się późno. Umówiłyśmy się więc, że będę u niej spać, zamiast tłuc się po nocy do mojej dzielnicy.

Pijemy herbatę w jej ładnie urządzonej kuchni.

– Słuchaj, ten Michał pożera cię wzrokiem, może się z nim umów, zobaczysz czy ci podpada… Może będzie ci  lżej, zapomnisz trochę…

Rano, idąc do pracy, spotykam go nagle. Okazuje się, że po teatrze śledził dokąd idę, a teraz specjalnie na mnie czeka. Rozbraja  mnie to. No i tak się potoczyło… Ale teraz wiem, że to nie dla mnie.

 

Znów jestem w kuchni, mojej. Czajnik bucha parą. I w tej parze, jak w bajce, pojawiają się głowy moich przyjaciół. Brak tylko tej jednej, najmilszej.

– No widzisz, napaskudziłaś. Ale mając 36 lat, masz jeszcze czas na ułożenie sobie życia. Rzeczywiście zmądrzałaś, poznałaś siebie lepiej. Nie każdy ma przywilej patrzenia wewnętrznym okiem, doceń to.

– Jak mam sobie to życie układać?  Szukać męża?! Nie chcę.

– To zastanów się poważnie czego chcesz i bądź konsekwentna.

 

Siedzę na fotelu w kształcie półksiężyca. Noszę długą jasno zieloną szatę. “Przecież to z mojego projektu reklamującego firmę meblową… Jak się na tej graficznej planszy znalazłam?”

Swieci prawdziwy księżyc. Fotel zaczyma się kołysać. To przyjemne. “Ten projekt był przez zamawiającego entuzjastycznie przyjęty. A mój szef wydziwiał, mówiąc, że nie jest zbyt oryginalny.   Zawsze ma jakieś uwagi, próbuje mnie pozbawić pewności siebie – dlatego, że go nie chcę… Jeśli to są poprawki do przyjęcia, ulegam, żeby uniknąć dyskusji. Ale mnie to wkurza. Jak długo mogę znosić te jego szantaże?”

Z księżyca płyną strugi święcącego pyłu. “Jak na projekcie sali do wynajmowania na śluby i inne uroczystości, który też mi się udał.”

Wstaję i idę po chmurach. Jestem lekka. Stąpam pewnie, choć pod nogami czuję miękkość waty. Siadam na jednej z mniejszych chmur, zielonkawej w świetle księżyca. I opadam. Siedzę na ławce w parku. Chmurka unosi się i odpływa. Zaczyna wiać silny wietr. Ciemne chmury przesłaniają księżyc.

Czuję, że spadnie deszcz i chcę iść do domu. Lecz zanim wstaję z  ławki, myślę na głos: “Odejdę z tego biura. Jestem dobrą graficzką, znajdę inną pracę.”

Spadają pierwsze krople deszczu. Biegnę w stronę domu. 

Słyszę coś jak krakanie nade mną. Unoszę mokrą już głowę. Wielki ptak z rozmachem porusza skrzydłami. I słyszę skrzek podobny do  złośli1wego chichotu. 

                

 

 



Reklama

Reklama

Treści chronione