TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Czerwiec 2, 2015 | 7:33

SNY – Renata Jabłońska

 Po raz pierwszy byłam stara, w tym śnie w pociągu. Dotychczas w snach byłam zawsze młoda. Nawet na jawie często zapominam ile mam lat. Teraz też nie mogę sobie przypomnieć ile..

Nie wiem dokąd jadę tym pociągiem

Zastanawiam się gdzie właściwie jestem. I ile naprawdę mam lat.

Wychodzę z dworca. Szara pusta ulica ciągnie się w prawo. Po lewej stronie pole z pożółkłą trawą i chwastami. To nie moje miasto. Jestem głodna i zmęczona, muszę dojść do jakiegoś hotelu.

Widzę z daleka mrugający neon. Może to knajpa, a może i hotel. Idę i idę, a gdy wreszcie dochodzę, okazuje się, że to teatr. Próbuję wejść do środka, może tam jest bufet.. Drzwi są zamknięte. Myślę, że pewnie dziś nie grają. Idę dalej, z trudem ciągnąc nogi. Uprzytamniam sobie nagle, że nie mam walizki. “Zostawiłam ją w pociągu czy w ogóle jej nie miałam?” Nie pamiętam jak się dostałam na dworzec, jak wsiadałam do wagonu…”Czy ktoś mnie odprowadzał?”

Już nie mam sił iść dalej Widzę ławkę pod płotem zaniedbanego domu. Kładę się na niej. I choć mi burczy w żołądku, natychmaist zasypiam. .

 

Wnętrze domu pachnie wanilią. Drzwi kuchni są otwarte.Widzę jak kobieta w kwiecistej sukni wyjmuje z pieca formę z ciastem. Stawia ją ostrożnie na drewnianym blacie stołu. Poznaję ją, to kuzynka mojej mamy. Dostrzega mnie, uśmiecha się.

– Przyjechałaś wreszcie. Wakacje zaczęły się już tydzień temu… Gdzie byłaś?

– Nie pamiętam…

Spogląda na mnie i z politowaniem kiwa głową. Jest zupełnie siwa, a przecież nie ma więcej niż 30 lat. Chcę spytać co jej się stało, lecz kuchnia odpływa, a ja stoję na pustej ulicy. Słyszę stukot końskich podków o bruk jezdni. Nadjeżdża karawan, bardzo elegancki, oszklony, przystrojony czarnymi atłasowymi wstęgami. Pięć osób ubranych na czarno – trzy kobiety w kapeluszach i dwaj mężczyćni w cylindrach – odprowadzają kogoś leżącego w dębowej trumnie, widocznej przez szklane ściany.

I nagle wiem, jestem tego więcej niż pewna, to pogrzeb Michała…

 

Budzę się w panicznym strachu. Leżę na szerokim łóżku w hotelowym pokoju. Na stoliku biały telefon. Chwytam za słuchawkę, lecz nie wiem do kogo chcę dzwonić. Płaczę. Wchodzę do różowej łazienki z dużą wanną, ręcznikami, mydłem. Szykuję sobie kąpiel. Gdy już leżę w wodzie i taką odczuwam przyjemność, tak odpoczywam wspaniale, wanna wyrzuca mnie na głęboką wodę jeziora. Brzeg jest dość oddalony, lecz płynę szybko i osiągam go. Leżę na ziemi, zupełnie wyczerpana, i uświadamiam sobie, że jestem naga! Co mogę zrobić? Dokąd iść? Rozglądam się. Niedaleko widzę biały dom z gankiem, a przed nim sznur z suszącą się bielizną.

Zbliżam się ostrożnie, pochylona, i ściągam ze sznura płócienną niebieską halkę i jakiś biały trykot. Uciekam w pobliskie krzaki. Ubieram się i odchodzę. Idę przez las, szeleszczą suche liście. Dostrzegam krzaki z przejrzałymi jagodami. Jem je, choć niesmaczne, bo jestem bardzo głodna. Idę dalej. Wychodzę z lasu prosto na znane mi przedmieście mojego miasta. Chcę dojść do domu Iwonki, ona tu gdzieś mieszka. Ciekawe jaką zrobi minę widząc mnie w halce i tym trykocie, chyba męskim. Mijają mnie przechodnie w żakietach i płaszczach. Spoglądają na mnie ze zdziwieniem.

Nie mogę znaleźć domu Iwonki. “Wyparował, czy co?” Obok był sklep z pieczywem. Na myśl o bułce ślina napływa mi do ust.

 

I oto siedzę przy stole w domu rodzicow. Jestem bardzo młoda. Tata je i nie patrzy na mnie, mama zerka z dezaprobatą. “Dlaczego? Co zrobiłam?” Jem bułkę z masłem, nie czując smaku. Stół przesuwa się w stronę okna. Odrabiam lekcje. Zasypiam na siedząco.

 

Znajduję się w nieznanej mi dzielnicy miasta. Choć chyba jednak znanej, jak z powracającego snu.

Ulice skręcają łagodnym łukiem w stronę okrągłego placu. Dużo pięknych domów. Niektóre stare, trochę przypominają pałacyki bogczy. Inne nowoczesne, lecz ładniejsze od tych w śródmieściu mojego miasta Wiem, że jestem daleko. Zbliżam się do placu. Przypomina włoskie, miejskie place. Domy są żółtawe. W łagodnym popołudniowym słońcu ich odcień promieniuje ciepłem. Klomby barwnych kwiatów naokoło. Po środku skromna fontanna. Idę ulicą po przeciwnej stronie placu. Nie mogę odczytać jej nazwy, to jakieś znaki, nie litery. Tutaj domy przywodzą na myśl Gaudiego. Z radością dostrzegam przechodnia idącego naprzeciw. Zatrzymuję go, pytam czy kursują tu autobusy lub taksówki. To starszy pan, bardzo zadbany, w beżowym garniturze i z krótką siwą brodą. Uśmiecha sie tajemniczo i mówi, że za następnym rogiem ulicy jest postój taksówek. Dziękuję mu wylewnie, i jestem bardzo zadowolona, że będę mogła pojechać do domu.

Dochodzę do rogu. Nie widzę żadnych samochodów. Po drugiej stronie dostrzegam dwa małe pojazdy, podobne do motocyklowych koszy. Przechodzę przez jezdnię. Obok jednego stoi mężczyzna w czapce.

-Przepraszam pana, szukam taksówki…

– Do usług. A dokąd chce pani jechać?

– Do śródmieścia…

– Tu jest śródmieście – mówi z naciskiem.

– Tak… Rozumiem. Ale mam na myśli to stare, w mieście…

– A… To proszę wsiadać.

Widzę dwie krótkie ławeczki, jedną za drugą.. Waham się, ale dostrzegam dziwną, obłą kierownicę przed jedną z nich, więc siadam na tej tyłnej.

– Nie, nie. Proszę usiąść z przodu.

Nie rozumiem – mam prowadzić, nie znając drogi?

Mężczyzna w czapce siada za mną. Ma niezwykle długie ręce, które wyciąga ku kierownicy, otaczając mnie nimi. Czuję się uwięziona. Ale nic nie mówię, bo chcę jechać do domu.

Pojazd rusza bezszelestnie i nabiera szybkości. Rozgłądam się, chcę zobaczyć jakiś znajomy szczegół krajobrazu. Szosa zakręca w stronę lasu, lecz omija go i jedziemy międyz pustymi polami. Robi się coraz bardziej szaro naokoło

Patrzę na bezwładnie spoczywające na nieruchomej kierownicy duże dłonie szofera….

Odwracam głowę i prawie krzyczę, bardzo już zaniepokojaona.

– Proszę pana, dokąd jedziemy?

Nie odpowiada mi. Czuję jego ręce po bokach, jak oparcia fotela. Ani drgną.

Pola przepływają i ciemnieją coraz bardziej. Która już może być godzina? Patrzę na mój zegarek, wskazówki nie poruzszają się.

“Co się dzieje?! Muszę za wszelką cenę wyskocztyć z tego pojazdu! Muszę wrócić do domu. Miki na mnie czeka i pewnie już się denerwuje.”

 

Łapię za kierownicę, z której próbuję zepchnąć dłonie szofera. Udaje mi się. Spadają na podłogę z drewnianym stukotem i ten dziwaczny pojazd zatrzymuje się nagle.

Odpycham otaczające mnie dlugie drewniane ramiona. Wysiadam. Oglądam się za siebie i widzę, że głowa drewnianego szofera opadła mu na piersi. Uciekam.

Przede mną kamienista droga. Ani śladu zabudowań. Idę przed siebie. Nic się nie zmienia naokoło. Bardzo zmęczona i spragniona siadam na ziemi i zasypiam.

Budzę się przy studni. Widzę obok wiadro. Jest w nim woda. Przechylam je nieco i zaczynam łapczywie pić.

Z daleka widzę wiejskie domy. Idę w ich stronę. Lecz one oddalają się coraz bardziej.

Wychodzę na szosę. Z radością dostrzegam nieliczne zwyczajne samochody. Jeden zatrzymuje się przede mną. Obok kierowcy siedzi bardzo ładna kobieta. Wskazuje mi miejsce na tylnym fotelu. Gdy ruszamy, mówi: „Znam panią z widzenia. Mieszkamy w tej samej dzielnicy”. Dziwię się, że jej nigdy nie widziałam

Zamykam oczy. Wszystko wiruje.  



Reklama

Reklama

Treści chronione