TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Listopad 7, 2017 | 1:43

TELAWIW OnLine: BTW 100-lecia bolszewickiej rewolty – istotny fragmencik z mojej książki  wspomnieniowej GRUPY NA WOLNYM POWIETRZU z wypadem „Pociągiem Przyjaźni” do ZSRR.
 
…Coraz to jacyś kołchoźnicy witali nas zdrewniałym chlebem i solą pod bramami triumfalnymi z kłosami i czerwonymi chorągiewkami i cholerne bramy prowadziły donikąd – jak potem w jakichś spaghetti-westernach psychodelicznych lat 70. Ale teraz kołchoźnicy wpinali nam na siłę złote odznaki pracy socjalistycznej i odbywały się uroczyste akademie w Domach Pioniera, gdzie zawsze na zagrychę dawali kartofle w mundurkach i nie dopieczony zakalec, i wszędzie stały gipsowe popiersia pioniera Pawlika Morozowa w rubaszce.
 
Więc potem z którejś stacyjki Pociąg Przyjaźni pojechał dalej sam i miał na nas czekać w Moskwie, a myśmy polecieli na Syberię małym odrzutowym samolotem „JAK-40″ z włazem jak w dupę kury, z wyjętymi drzwiczkami do kabiny pilota. Wtedy zobaczyłem – jak Neron – pożar w jasnej przestrzeni świata; pożar tajgi na wietrze dochodzącym do 75 km/h i potem czerwony spadochron hamujący na pasie wojskowego lotniska; czarna wołga z włączonymi światłami czekała z otwartym bagażnikiem pełnym gorzały; sok z brzozy ściekający do malowanych drewnianych kubków i fioletowy bukiet „bagulnik” z gałązkami jakiejś olchy, który potem z 2 lata puszczał listki wiosną i gubił jesienią; w bibliotece Domu Pioniera oprawne w skórę renifera komplety Mickiewicza po zesłańcach.
 
Pamiętam zachód słońca, jak ognisko na dachu jakiegoś soboru przerobionego na Dom Pioniera ze zmediatyzowanymi popiersiami Pawlika Morozowa, którego kułacy utłukli w wieku chłopięcym, bo wykapował własnych starych, że nie sprzyjają kolektywizacji; mundurek w stylu Hitlerjugend – myślałem i piwo się nie pieniło, choć przelewałeś z kufla w kufel, i ruskie papierosy z ustnikami jak kominy fabryczne. Więc potem w Moskwie monumentalne cerkwie i sobory obudowane szarymi blokami z antenami, jak w Warszawie, i pamiętam jak usłyszałem stąpanie tłumów po białym pasie na placu Czerwonym – przed mauzoleum Lenina z czerwonego marmuru. Kolejka przez cały dzień dochodziła do płotu Aleksandryjskiego Sadu i coraz to jacyś nowożeńcy poza kolejką składali kwiatki mumii wodza rewolucji.
 
Krasnoarmiejcy w półkożuszkach i uszatkach pilnowali, żeby kolejkowicze ustawieni parami nie schodzili z białego pasa i pijaczki z południowych republik wypadali z kilometrowego ogona, i krasnoarmiejcy pędzili ich kolbami do odgarniania śniegu pod mur kremlowski z popiersiami innych bohaterów rewolucji – z Józkiem i Felkiem na czele – gdzie leżały wiązanki papierowych czerwonych goździków. Wymieniliśmy ze zorganizowaną grupą południowców „bursztyny z muszką” na słoneczne melony i kiście winogron i potem wewnątrz mauzoleum poczułem się jak środku piramidy; ciemnawo i chłodno – krypta oświetlona na czerwono – parunastu komandirów na baczność wokół szklanej gabloty z wiecznym zniczem; skrzynkę z Józkiem dawno wynieśli – powiedziałem szeptem – przydałaby się Nadieżda K.
 
– Autentyk czy z jakiegoś wosku? – spytał Szmul.
– Ciszej! – powiedziałem. – Ciszej nad tą gablotą.
– Kiedyś go pogrzebią, żeby nie straszył – rzekł.
– Truchło prawidłowo zabalsamowane – ja na to.
Więc potem na placu Czerwonym pierwszomajowe dekoracje – gigantyczne płachty z nawiedzoną trójcą brodaczy wpatrzoną w przyszłość – powiewały na tle cerkwi Wasyla Błażennowo, której patronowi i budowniczemu dobry car kazał wyłupić oczy; cholerna trójca wpatrzona jakby w granitową kostkę przed cerkwią, gdzie w dwadzieścia lat później młody Niemiec Mathias Rust wylądował sportowym samolotem „Cessna” – po tym jak na niskim pułapie przeleciał z Finlandii nad łbami całej komuny.
 
Więc potem w „najnowocześniejszym metrze świata” z marmurowymi dworcami, każdym innego koloru – że musieli chyba obedrzeć wszystkie kamieniołomy Azji – spotkaliśmy dwugłową eskortę z naszego pociągu, która zrobiła sobie wolne w kolejce podziemnej i skoczyliśmy z Jaszką & Miszką do słynnego zakładu karnego „Milczenie Marynarzy”, gdzie inni prawdziwi rosyjscy ludzie – z bliźniaczych dwugłowych eskort – odsiadywali wyroki za wykręcanie na stacyjkach kolorowych szkiełek semaforowych, które sprzedawali do oświetlania katakumbowych dyskotek. Jakoś tak wtedy chyba naliczyłem z siedem pereł Bizantu, co nie były gorsze od warszawskiego PKiN-u i gdzieś między placami Puszkina i Majakowskiego – lub w trolejbusie na obwodnicy z uśpioną dwugłową eskortą – zobaczyłem nagle, jak tam jest pusto na mieście.
 
Pociąg Przyjaźni czekał grzecznie na jakiejś bocznicy, skąd polecieliśmy nad Morze Czarne i nad buforami między wagonami spotykałeś nawalone brygadzistki z demoludów w strojach organizacyjnych – cyce jak donice, chrypiał Szmul –  przyjmowały się w wagonie na pięterku, gdzie drukowaliśmy na powielaczu gazetkę pociągową cyrylicą po polsku. Jakoś tak wtedy chyba pierwszy raz zaistniałem w druku – redaktorek kolumn depeszowych – kto zgubił ruskie lorgnon w masie perłowej? Pamiętam jak w Odessie bankietowaliśmy w dawnym kasynie białogwardzistów i szampany buchały w skrzydlate freski na sufitach, i potem nad ranem wykupiliśmy zdenacone brygadzistki z izby wytrzeźwień w starej cerkwi ze złotymi cebulami, i przodownice miały wypisane na nogach czarne numery węglem.
 
 
 
 


Reklama

Reklama