TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Sierpień 20, 2020 | 6:43

FRAGMENT “GRUP” o inwazji na CSRS.

TELAWIW OnLine: Dziś późnym wieczorkiem mijają równo 52 lata od odpalenia operacji «Dunaj», czyli wtargnięcia sił socbloku do Czechosłowacji w celu zdławienia Praskiej Wiosny. Załączam fragment mojej powieści GRUPY NA WOLNYM POWIETRZU – chyba jedyny «migawkowy» zapis tej inwazji (widzianej oczami dwudziestolatka  wywalonego ze studiów i wcielonego do woja po marcu-68). Język książki będącej też rodzajem kompleksowego zapisu klimatów końcówy lat 60. w PL – oraz częściowo na Zachodzie – stylizowany jest celowo na potoczny. Księga w całości, zremiksowana i uzupełniona, dostępna będzie wkrótce w formacie pdf na portalu TELAWIW OnLine.

@

…Manewry NATO pod kryptonimem „Czarny Lew” – Zachód był chyba wtedy tylko zajęty wojną wietnamską i antywojennymi zadymami; manewry Układu Warszawskiego pod kryptonimem „Dunaj” z osaczaniem czeskich garnizonów. Próbowałeś się z tego wyrwać, sam wiesz, że próbowałeś i zawsze lubiłeś sobie potrenować; nie wychodziło raz, drugi nic – przestawałeś się odzywać. Pamiętam jak zleciałem z piętrowego łóżka na automat, który zostawiłem na ziemi i cholernie się potłukłem, i nie chciałem wstać po nocy, gdy wyjmowali silnik z amfibii, i nie było dźwigu; musieliśmy przykryć wszystko brezentową płachtą, bo deszcz zaczął padać i potem nasz pododdział spił się bimbrem w sześciobocznej stodole zabytkowej, którą przenosili do skansenu, bo wszystkie te okolice miała zalać woda z wielkiej zapory.

Wyludniony „bimberland” na poboczu transeuropejskiej autostrady Północ-Południe, która w roku 2000 połączy Skandynawię z Orientem; bałtyckie plaże ubite jak pasy startowe i wodowali jakiś drobnicowiec dla arabskiego armatora, i matka chrzestna waliła w burtę kokosem zamiast szampanem, i w porcie 10-tonowe dźwigi przeładowywały worki pierza, które wiatr rozwiewał w zachodzącym słońcu jak dmuchawce. Więc potem opancerzonymi amfibiami BTR szliśmy znowu na południe i zboczyliśmy hakiem z 20 km, bo obywatel porucznik Wróbel znał wiochę, gdzie kiedyś ksiądz proboszcz bimber pędził; zenit cywilizacji europejskiej z ostatnim kuflem samogonu w rynku małego miasteczka przed potopem i na rozstajnych drogach pod świętą figurą – z częściowym zaćmieniem słońca – spiliśmy się bimbrem „księżycówka”.

Kasownik opowiadał jak w Wieluniu – pierwszym mieście zbombardowanym w II wojnie światowej – zanurkował kiedyś po pijaku w odkrytym basenie i zobaczył, że dno jest wybrukowane żydowskimi macewami. Pamiętam jak mówił, że wykreuje nowy kierunek w malarstwie europejskim: psychodeliczne obrazki chasydów w białych pończochach tańczących z butelką – jakby odbitych w wypukłym okrągłym lustrze – na rynku małego miasteczka w Polsce na początku XX wieku. Ale teraz na ćwiczeniach jacyś Czesi zakłócali ciszę w eterze i czołgi T-55 szły na przyczółek mostowy, i forsowaliśmy jakieś przeszkody wodne, i zaczęliśmy używać rezerwowych kanałów łączności – nagle zagęszczony eter – radiofalówy rzucały kurwami w paru językach i porucznik Wróbel po pijaku zaczął kierować ruchem demoludów.

Siedział na burcie amfibii, machając chorągiewkami jak w wyścigu samochodowym Formuły 1 i wrzeszczał niby po czesku „żelaziwo hop na pleczki”, i otrzeźwiał z lekka, gdy zaczęli nas ostrzeliwać rakietami z czerwoną farbą, które biły miękkimi głowicami po naszych pojazdach opancerzonych. Wiejemy! – rozkazał i byliśmy czerwoni jak raki, i potem w brudnym poblasku zobaczyłem ciągniki gąsienicowe z wagonami cyrkowymi pod mleczarnią, i facet z drągiem sprzedawał balony na drutach, i Cyganka dokarmiała brudnego niemowlaka z bladej piersi; linia życia wywróżona za dychę na końskim jarmarku. Pamiętam: w jasny i wietrzny dzień podjechaliśmy do podnóża gór i mgła leżała w przesiekach na stromych zboczach, i goliłeś się na sucho w lusterku z Bardotką na karbowanej oponie amfibii BTR.

Ulgowa granica w Bystrzycy Kłodzkiej o 5 rano – jacyś Czesi pukali się w czoło i planowałeś zaliczyć socjalistyczne riwiery, i mieliśmy jechać do miasta Hradec Kralove – ze 100 km od Pragi. Pamiętam jak pierwszy raz zobaczyłem wielkie karykatury Breżniewa niczym maski karnawałowe w Rio i wściekłe tłumy opluwały transportery,  skandując nazwisko Dubczeka, i rosyjskie MiGi ze zmiennym rozstawieniem skrzydeł śmigały na niskim pułapie. Czesi wieszali wszędzie plakaty z napisami 1938=1968 i zmieniali tabliczki z nazwami ulic, i przemalowywali drogowskazy na Moskwa-200 km. Na każdym kroku nawalone ruskie czołgi, których załogi po pijaku  sprzedawały paliwo i nagle z poślizgiem, co chyba było najgorsze  stało się jasne, że to nie ma nic wspólnego ze słynnym numerem radiowym Orsona Wellesa o lądowaniu Marsjan w Nowym Jorku.

To były rozmówki w tranzystorach, że Dubczek dał dupy z tym wszystkim, bo KGB straszyła Breżniewa, że CSRS wstąpi do NATO i pamiętam jak Dubczek szlochał w mikrofon po powrocie z Moskwy, gdzie podpisał cyrograf i ludzie płakali jak dzieci; mówię o tym, bo sam widziałeś w biały dzień w Pradze Czeskiej, gdzie wylądowaliśmy zamiast w Hradcu Kralovem i zakwaterowali nas na Stadionie Sparty. Całe miasto było zaplakatowane i pierwszy raz widziałem ruskich spadochroniarzy w CSRS, którzy pod bluzami mieli marynarskie koszulki i w pierwszej chwili myśleli, że są w Izraelu; tylko że naprawdę – w najgorszym horoskopie – nie wykrakałbyś sobie w życiu, że wylądujesz w słońcu Praskiej Wiosny, gdzie ruskie czołgi jeździły w kółko po Rynku Staromiejskim i Czesi na początku obrzucali je kwiatami.

Słońce praskich skwerów z masami gołębi – wtenczas jak kwaterowaliśmy na wieży Stadionu Sparta ze strzępami plakatów Wyścigu Pokoju Warszawa-Berlin-Praga. 100-wieżowa Praga Czeska z 250 ulicznymi zegarami, które liczyliśmy przejazdem i radio nadawało z ukrycia co się dzieje, i tramwaje nie chodziły, bo porobili z nich jakieś barykady; plamy krwi na bruku obłożone kwiatami i było cholernie dużo rykoszetów, bo Ruscy walili głównie w bruk, i widziałem ludzi z czeskimi chorągiewkami i zapalonymi świeczkami pod czarnymi parasolami, i podpalali śmietniki na podwórkach – jak my przedtem w marcu – nad Pragą latały na okrągło MiGi zwane „deltami” ze zmiennym rozstawieniem skrzydeł, i potem zachodziło słońce, i coś się zaczynało z tobą dziać niedobrego.

Więc robiło się cicho dookoła, że chciałeś już tylko wrócić do domu i wcale nie było zabawnie na wieży stadionu (biuro prasowe z mikrofonami w pulpitach). Nad ranem pod sklepami ustawiały się w milczeniu kilometrowe kolejki w piżamach i potem Czesi zwiedzieli się, że Ruscy nie mają aprowizacji, i na początku próbowali z nimi rozmawiać, ale potem przestali, bo radio powiedziało, że Ruscy kręcą z tego agitki na zagranicę. Pamiętam jak kupowali wielkie kiełbasy i dojrzałe brzoskwinie, których transporty utknęły gdzieś pod Pragą i obżerali się na oczach krasnoarmiejców, aż sok im ściekał po brodach. Fantastyczną dyscyplinę wykazywali Czesi wtedy i to jest świetny naród jak ma szanse; pamiętam jak chłopaczki w marynarskich ubrankach nasadzali czeskie chorągiewki na anteny czołgów.

Cholerne „wesołe miasteczko” – w którym chłopaczki w marynarskich ubrankach z kotwiczką wskakiwali na czołgi i walili plastikowymi motyczkami w wieżyczki, z których wychylali się Kałmucy w hełmofonach; pełno wszędzie tych Mongołów, jakbyś się dragów nawpierdalał – mówił Kasownik i chłopaczki wieszali się na lufach zapchanych kwiatami, i Kałmucy robili im karuzele obrotowymi wieżyczkami, i dawali przymierzać hełmofony z czerwoną gwiazdką. Pamiętam jak Azjaci całkiem na trzeźwo wędrowali przez szklane ściany pasażu przy placu Wacława i wyciągali ręce po kwiaty do czeskich dziewczyn, które wtedy rzucały im je w twarze, i w szwejkowskiej gospodzie U KALICHA facjata cesarsko-królewskiego Franciszka Józefa była przepisowo osrana przez muchy, i znaczyli ci piwa krechami węglem na podstawkach do kufli.

Ludzkie było panicho – myślałem po cichu licząc, że jakoś wyrobię i potem śmiałem się po cichu do wieczora, bo wiedziałem już chyba na pewno, że wyjadę z tych krajów na własne życzenie. Tego nie wolno robić na bacie; nie na bacie – myślałem – bez musu i bez nic, jeszcze będą ci potem zazdrościć – myślałem z butelką pilzneńskiego „Prazdroja” przy jakimiś barze i były rozmówki, że Patton chciał czołgami zdobyć Pragę pod koniec II wojny, ale mu nie dali, bo Europa już była pociachana i doszedł tylko do browarów w Pilznie. Pamiętam jak przejazdem z amfibii opancerzonej BTR zobaczyłem drobną tabliczkę na murze: tutaj przyszedł na świat Franz Kafka w 1883 i potem właśnie najbardziej zobaczyłem stary kirkut z nagrobkami zjeżonymi jak pnie na karczowisku.

Tak właśnie sobie wtedy pomyślałem i jechaliśmy pod pustymi oknami pożydowskimi, i były jakieś rozmówki; mało co pamiętam, bo momentami naprawdę zaczynało mnie męczyć i patrzyłem na nasze cienie z Mostu Karola między figurami świętych z kosturami i mewy śmigały z obu baszt wjazdowych, łapiąc w locie okruchy chleba rzucane z amfibii – w zachodzącym słońcu wszyscy wydawali się opaleni. Kto mógł wiedzieć, że dwadzieścia parę lat później na tym samym moście z mewami szybującymi nad apostołami z obu stron – zaćpane punki z wystrzyżonymi rudymi „irokezami” sprzedawać będą posowieckie hełmofony z sierpem i młotem wpisanym w gwiazdkę i pomalowane na czerwono magazynki do kałachów; kto mógł wiedzieć, że karnawałowe ostatki zaczęły się dużo wcześniej.

Wtenczas tylko w samo południe leciał „taniec śmierci” z okienek średniowiecznego ratusza i kostucha poprzedzająca apostołów waliła się w pierchy kosą, i po przekątnej Rynku Staromiejskiego jeździła dorożka z rozświetlonymi lampionami ciągnięta przez parę rozrywkowych koni cyrkowych, które stawały dęba jak czarny ogier Ferrari i zaczynały drobić – jak na maneżu habsburskiej Szkoły Jazdy – w rytm muzyczki z tranzystorów i najlepiej to wyglądało z przebojem „Carnival Is Over” na melodię „Wołgi Wołgi”. Graliśmy w kości pokerowe o słodkie kostki kawy zbożowej z żelaznych racji, które dawaliśmy dzieciakom i kto mógł wiedzieć, że 20 parę lat później na tym samym Moście Karola przyćpane neopunki z czerwonymi czubami na wygolonych łbach pokazywać będą eks-komuchom w foliowych deszczowcach piąchy z wysuniętym paluchem „fuck you”.

Więc wtedy nawet nie wiedzieliśmy, bo Czesi odkryli to w archiwach dopiero w latach dwutysięcznych – że ówczesny czołowy komuch Novotny jeszcze na początku 1968 wygłosił tajny referat, ostrzegając, że izraelskie zwycięstwo w Wojnie 6-dniowej z Arabami w czerwcu 1967, wspieranymi przez ZSRR z całym socblokiem razem wziętym może dodatkowo zdopingować aktywistów Praskiej Wiosny. Więc byłem kompletnie załamany wtenczas na wieży Stadionu Sparty i głównym moim odkryciem było chyba to, że Kafka i Haszek byli z jednego rocznika i zmarli też prawie łeb-w-łeb, ale nigdy nie byłem fanatykiem magii dat i wtedy jeszcze nie umiałem pomyśleć słowami, że każdy z nich zupełnie inaczej widział sytuację europejską.

Pamiętam jak znowu jechaliśmy nocami przez skomunizowany kraj i na Podhalu zboczyliśmy hakiem do saskiej karczmy z kamienia, gdzie siedziało tylko paru Enerdowców w siodłowych czapkach jak gestapowcy, i waliliśmy z nimi po pijaku pięściami w trzystuletnie stoły; kładę luz na chlanie – powtarzał Kasownik i gazda miał tylko spirytus w ćwiartkach, że robiłeś wdech do oporu, bo potem nie mogłeś powietrza złapać. W remizie strażackiej operetka objazdowa ćwiczyła „Zemstę nietoperza” i zaprawiliśmy z góralami na wozie drabiniastym, bo jak raz było świniobicie na placu targowym, i metrowymi skrzydłami nietoperza chciałem chmury nad Tatrami rozpędzić, żeby przyszedł halny, i w kwiku rżniętych świniaków odkryłem góralskiego Żyda, który przechował się za okupacji na Podhalu w szałasie pasterskim.

Tylko że zawsze z lekka się robił smutny w świniobicie i odcedzał juchę – z ciupagą i parzenicami – jodłując z cicha „Jidysze mama”, że nawet Kasownikowi gały wyszły z wrażenia; zapowiedź bomby – myślałem i potem każdy się za coś trzymał, tacy byliśmy poobijani – jak wyskoczyliśmy z tej amfibii, i goiło się dobrze jak na psie. Składali nam „żołnierskie podziękowania za wykonanie zadania w Czechosłowacji” i odkomenderowali nas do apelu poległych na Westerplatte, gdzie pancernik „Schleswig-Holstein” rozpoczął II światówkę ostrzałem półwyspu 1 września 1939, i teraz robili seans „światło i dźwięk”. Ćwiczyliśmy salwę honorową, żeby równo wyszła z okrzykiem „polegli na polu chwały” i jakiś prom wszedł na mieliznę w duńskich cieśninach, i żarłem coś na stojąco z nogą na dziale.

Od rana chmury zasuwały ostro po przezroczystym niebie i wiatr zrywał pierwsze kolorowe liście z drzew, i zobaczyłem tęczowe rozmazy smaru w kałużach, i miałeś parę w oddechu, że normalnie się rozglądałeś za jakimś szronem. Ludzie składali wiązanki kwiatów w lejach bombowych zarośniętych trawą i w samo południe zawyły syreny okrętowe, i szkolny żaglowiec „Dar Pomorza” cumował przy nabrzeżu, i była minuta ciszy w Trójmieście. Dostaliśmy przepustki na 48 godzin i sracz w pociągu był zarzygany po sufit, i w przejściu między zatłoczonymi wagonami przejechałem 300 km do Warszawy (…).



Reklama

Reklama

Treści chronione