TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Kwiecień 5, 2017 | 5:05

GRUPY NA WOLNYM POWIETRZU (rozdziały 1 i 2).

TELAWIW OnLine: Pierwsze dwa rozdziały powieści o pokoleniu Sixties, która dwukrotnie była wydana w Polsce, a niedługo będzie dostępna w całości w formacie elektronicznym na tym portalu. @ W załączeniu archiwalne migawki  “Jomanej Gewa” – Izraelskiej Kroniki Filmowej – z  ceremonii objęcia  funkcji speakera Knesetu w 1959 przez mojego dziadka Nahuma Nira Rafalkesa, o którym wspominam w 1. rozdziale.

Warszawa lat sześćdziesiątych była miastem na skrzyżowaniu tras Wschód – Zachód, gdzie puszcza na obrzeżach nie zmieniła nazwy na lasek podmiejski – jak w innych miastach europejskich; stolica skomunizowanego kraju zapewniała życiowy luz – z czerwonym ryjem i uśmiechem stosowanym – powojennym rocznikom prowadzonym od małego za rączkę po gruzowiskach. Należałeś do kręgów młodzieży nie zrzeszonej – studencka arbajtówa po nocach – rozbuchane warszawskie playboystwo; chodziliście z rękami w kieszeniach rozpiętych kożuchów furmańskich na pasiaste t-shirty w najgorszy mróz albo nosiliście samodziałowe krawaty do wytartych kurtek jeansowych i półbutów na słoninie. Faceci z Krakowskiego Przedmieścia; każdy znał co myśli drugi i nie było sensu nikomu tłumaczyć; pokolenie końca lat sześćdziesiątych

Mury wyższej uczelni oferowały wojsko w rozrywkowym stylu i higienę psychiczną na co dzień – pomijając zgrzyty z hordami zastrachanych gówniarzy bez pojęcia. W życiu nigdzie nie należałeś, bo ci się nie chciało, i nie byłeś zaangażowany „społeczno-kulturalnie”, i zawsze wydawały ci się czymś dziwnym prawdy tzw. oczywiste. Mieliśmy po dwadzieścia lat z górą i zdawało nam się już dawno, że wyrośliśmy ze wszystkich uniwersytetów – bo już byłeś z tego rocznika, że z komunistami nie miałeś co rozmawiać. Pamiętam jak chodziliśmy z mordą do naszych starych, że dali się zjelenizować z tym pięknym ustrojem i sporo czasu minęło, zanim odkrywałeś, że mają wypalony towar na składzie; ale musiałeś opędzać się od tego bełkotu, co go miałeś pełne pory skóry od piaskownicy.

Mój komuch domowy patrzył na mnie zwykle z lekka smutnawo, bo jak się kogoś uczyło, to potem nie można patrzeć na jego klęskę życiową i z ogólnoprzyjacielskim akcentem przywoływał całe swoje życie na świadka, że nigdy nie myślał sobie, tylko o innych – bo nie można żyć samym chlebem na przełomie dziejów u progu nowego wspaniałego wieku XXI. Niefortunne układy rodzinne; mijaliśmy się ze starymi od lat i na nasze rozeznanie byli to frajerzy, których dziadek Marks rzucał na kolana, i wysyłali cię na ruskie filmy do kina „Aurora” w niezłym pałacyku, i radzili, żebyś z czasem wstąpił do ZMS. Pozdrawialiśmy się ozięble, ale inne sprawy ustały i robiło nam się głupio za naszych starych, bo słyszeliśmy o nich kupę rzeczy, i cholernie nas nudzili, i woleliśmy nieraz w ogóle się do nich nie przyznawać.

Więc zawsze maksymalnie mnie wnerwiały te sytuacje, bo patrzyli na ciebie z góry, jakby posiedli wiedzę tajemną i wiedzieli więcej na wymyślony temat – żebyś nie wiem co powiedział – i gadali zawsze te same głupoty – nie spuszczając z tonu protekcjonalnej wszechwiedzy, co nie tyle był irytujący, ile śmieszny i nudny – że to jest ogromna sprawa dana ludzkości dla wspólnego dobra. Więc potem już wiedziałeś co gadali i myślałeś nieraz po cichu, jak by to było fajnie, gdyby umieli cofnąć się rakiem, zamiast pieprzyć na okrągło najgorsze bzdety, na które już nawet żadne jełopy nie leciały; pełno nieporozumień, mimo jakże dobrych chęci, bo chcieli dobrze, tylko chwilowo im nie wyszło i wtedy jeszcze naprawdę nie mogłeś wiedzieć, że jak się dobrze chce – to musi wyjść i już.

Więc potem już takie rozmówki były zastrzeżone przeważnie dla ludzi na wariackich papierach, bo co miałeś mówić: dużo, dużo małej gry, szkoda, że państwo tego nie widzą – jak sprawozdawcy sportowi; a może miałeś naprawdę mówić, żeby nauczycieli nie odwracać do tyłu, bo to jest bardzo zła omyłka, proszę panów. I wciąż na okrągło orwellowskie mruczando w mediach: działalność społeczna dyskretna, acz znacząca; jedwabie z Milanówka, sztuczny miód – polscy tkacze cieszą się nie od dziś szacunkiem świata; czyn produkcyjny – dar ojczyźnie, patriotyzm pracą mierzony; prawdziwy młody człowiek swoją radość i nadzieję podbudowuje pracą; frontem do klienta – kwiatek dla Ewy na 8 marca; eks-ambasador polskiej kultury – gnida na ciele klasy robotniczej – ojczyznę na Zachodzie szkaluje; milenium.

Więc co miałem mówić, że wartało rozejrzeć się lepiej po tym kanale przykurzonych osiedli WSM lat sześćdziesiątych – gdzie „uśmiechnij się do sklepowej”, żeby dała serdelowej spod lady, było jak uśmiech do rachunku z kurwą zamiast przecinka i wiejskie baby – „cielęciary” biegały po zaszczanych klatkach schodowych z krwawą dupą krowy na ramieniu albo z końskimi gnatami w słomianych koszach. I tak na okrągło po byle co w kolejkach; pustostany w sklepach, tego nie ma – tamtego brak, remanent, zaraz wracam, panika zakupów; Liga Kobiet – TPPR, inteligencja pracująca – TPD; orwellowskie minirozmówki w mediach: praca na poczet przyszłych stuleci, szwajcarski z dziurami na święta i nie miałeś kontaktu z tą mentalnością, że za swoje nędzne grosze musiałeś się jeszcze wszystkim kłaniać naokoło.

Roztopy wiosenne i przymrozki gruntowe nad ranem; krótkie dni, że światło paliłeś w południe; alarm lawinowy w Tatrach, kierowcy „na podwójnym gazie” – wielkanocne pocztówki z żółtymi kurczakami i ręcznie malowane pisanki; powracająca melodyjka, mapa pogody – milenium; fala powodziowa na Wiśle – królowa polskich rzek jak Missisipi; pogadanki radiowe na aktualne tematy: pustynia handlowo-kulturalna w sezonie letnim nad Bałtykiem; co sądzi kowal z Huty Warszawa (dymiącej na miasto i okolice) o otaczających nas chamskich obyczajach. Siedziałeś od rana na cholernym wykładzie i potem najwyżej wieczorem mogłeś upić się w trupa w „Stodole” i walić nago łbem po murach; „Traviata” na największej scenie operowej Europy z bełtami odbijanymi za filarem; prosimy o kulturalne przybycie.

Mieszkaliśmy przeważnie na Żoliborzu i tylko Szmul wyalienował się na drugą stronę miasta, i urzędował w dawnej willi prezydenta Mościckiego, i niektórzy z nas byli naprawdę fajnymi żeglarzami, i chcieliśmy kupić starą drewnianą chatę nad rzeką. Matury zrobiliśmy raczej fuksem i każdy coś studiował, żeby nie iść do woja, i średnią maturalną miałem „trzy”, i wmanewrowałem się potem w mury Alma Mater, żeby po dyplomie wstąpić na Studium Dziennikarskie, bo do nauk ścisłych nie miałem chęci, głowy i ochoty. Więc jak całe życie byłeś leserem i dorwałeś taką opinię całkiem zasłużenie, to potem lepiej idź za ciosem i pamiętam jak ojciec kiedyś próbował wysondować, czy chciałbym zostać publicystą światowej klasy, i patrzyłem tylko na faceta, i chyba naprawdę był biedny.

Wiesz, jakie dziewczyny! – powiedziałem i zaczęło mi być nagle strasznie żal tego człowieka; przez całe życie wierzył w to co mówił i odrzucało mnie zawsze od tych smutasów, co mówili do nas: panowie by się tylko bawili, i zaczynałem z wolna rozumieć, czemu nie zrobili tego lepiej. Mieli u mnie krechę od dawna i z moim własnym starym miałem sęki od małego, bo za każdym razem nie mógł znieść, że nie dorosłem jeszcze do jakiegoś porządku i nie miałem z nim o czym gadać. Więc potem już tylko chadzałem na rozmowy, żeby podbajerować faceta, zawsze jak potrzebowałem jakiejś forsy i moja postawa życiowa z grubsza nie zakładała większych postępów w studiowaniu komuny, i nie chciałem dać się wywalić ze studiów, żeby potem po pijaku nie składać przysięgi ideałom października.

Snobujesz się na brak kultury i chamstwo do n-tej potęgi – przerywał mi w pół słowa, gdy jednak próbowałem coś gadać: słuchaj, tato, tego bełkoty – życzliwi Polsce importerzy lnianego włókna; więc to już chyba naprawdę były różnice tzw. pokoleniowe. Mieszkaliśmy z chłopakami na stałe w Warszawie i mówiliśmy nieraz między sobą, że mamy w dupie całą zabawę w komunizm, i wzięliśmy sobie wolne od tego bełkotu, bo wiedzieliśmy od dawna, że to nie dla nas, i nie mieliśmy co rozmawiać, bo nic nas nie męczyło, i nie dawaliśmy wtrącać się sobie do życia gnojom, których pełno na każdym kroku. Więc robiliśmy swoje na wariata i może nawet przeginaliśmy z różnymi numerami; z tym, że po iluś latach w komunie odkryłeś, że musisz się odkłamać i nie miałeś nikogo, żeby pogadać.

Pamiętam, jak Szmul na nartach przywiązanych do dachu samochodu trenował szybkość jak kaskaderzy i jego stary trzymał konie w stajni w Pyrach, i ścigaliśmy się polami do knajpy „Baszta” z maneżem otoczonym wieżyczkami art déco, gdzie kelnerki w koronkowych fartuszkach oczekiwały gości na starej karocy bez kół w przedsionku i zbroje rycerskie były podświetlone ogniem z kominków, i pamiętam jak kiedyś nad ranem schlastaliśmy pijanych ormowców harapami. Więzienie kobiece – raz w miesiącu, gdy odbywały się zwolnienia i chłopaki dawali im proszki z krzyżykiem do ssania – zamiast LSD; dokonywałeś zdumiewających i prostych odkryć z wyposzczoną kobietą na placebo – co ślubnego małżonka spuściła łbem na podwórko z Bozią w gablotce, bo katował ją na balkonie w słońcu idącym przez mgłę.

Obciachy na studiach, bez ciebie nic – okład z ciepłej piersi; rano zwalałeś pijane gówno; grzeczny telefon do domu, Bogurodzica-dziewica w studenckich klubach; kanał stereotypu – nocne warsztaty jazzowe w „Stodole” – rano odlewałeś się w bańki mleczarek. W oczach naszych kolegów studentów: wjazd na dupy najlepszy, czystość składu osobowego, zawsze prywatne dojścia. Pamiętam jak kiedyś spotkałem Hienę von Ciuch na skrzyżowaniu Nowego Światu z Alejami Jerozolimskimi i kupowała ślepego szczeniaka spod pazuchy pijaczka pod trzypiętrową choiną z kolorowymi żarówkami, i potem w noc najdłuższą w roku dojechaliśmy do Bałtyku, i kutry rybackie wychodziły w morze z iluminowanymi choinkami przytroczonymi do masztów; cholerne powroty do domu – zwolnienia lekarskie – kwestia murzyńska w USA.

A nasi rodzice; nasi kochani rodzice – wypaleni politycznie stalinizmem i antystalinizmem – którzy naprawdę dali się wziąć kiedyś na wielką równość ludzi; musieli teraz patrzeć jak ich wychuchane pociechy leją się przez palce razem ze skrachowanym realnym komunizmem. Więc nie o to chodzi, że ty to wszystko dymasz i masz z głowy, tylko że naprawdę nie miałeś z kim pogadać i nawet tego nie wiedziałeś; pamiętam czerwone oczy moich starych po śmierci Stalina – pamiętam jak byli zawsze zabiegani i wracałem z kluczem na szyi do pustego domu, i pies skakał z radości, bo był sam od rana, i kiedyś wracając z przedszkola, zobaczyłem czarne i czerwone flagi na latarniach; potem w domu moi starzy kochani, którzy uwierzyli w wielką równość ludzi, mieli oczy czerwone po śmierci Stalina.

Na mieście pachniało odwilżą i zgniłymi liśćmi i sople kapały z rynny; ziemia prześwitywała spod brudnego śniegu na pętli tramwajowej; zielona budka z piwem na wajchę – kiełbasa na gorąco. Faceci w ortalionach i krawatach na gumkę z girlsami – zdmuchiwali piankę z kufli na wiatr i wszędzie orbitowały takie białe kołnierzyki w powietrzu, i człowiek w bereciku z antenką ostrzył gerlachy na szlifierce – sypiąc iskrami na mokrą ziemię. Na sylwestra upiłem się przez Lele i łaziłem po mieście, i nie mogłem nawet doprawić porterem; wracałem z zajęć i padałem z papierosem „Extra Mocnym” na rozkładaną kanapę amerykankę, i wciskałem nogi w grubych skarpetach między żebra kaloryfera, i przed dziennikiem TVP dawałem żreć trzem wilkom wuja z dołu, i pułkownik Papadopoulous zrobił zamach w Grecji.

Więc gdzieś tak przed 1 Maja skoczyłem ze starym do Huty Warszawa i czarne limuzyny bonzów partyjnych jechały wolno między wielkimi piecami ze spustami surówki i hasłami: spod młota ucisku – tryskają gorejące iskry buntu; będziemy rudę przetapiać na złoto-złoto na bajkę. Tylko, że potem na spotkaniu z hutnikami któryś powiedział, że przychodzą dostawy wagonowe koksu odlewniczego, który wygląda jak zmiotki po świątecznych porządkach na magazynie i blacha do puszek konserwowych nadaje się lepiej na karoserie samochodów pancernych, ale do samochodów idzie blacha, którą nasi towarzysze z Bałkanów dystrybuują na puszki z papryką czerwoną… W tym momencie włączył się radiowęzeł z melodeklamacjami i duetem fortepianowym „Marek i Wacek” przebijanym agitkami o wartach produkcyjnych w koksowni.

Z megafonów dał się słyszeć łomot drewnianego młotka w prezydium i facet w roboczym kasku i stroju organizacyjnym wrzasnął w mikrofon, że aktyw POP postuluje w czynie społecznym na święto majowe, żeby ostatnia niedziela miesiąca po raz któryś była normalnym dniem pracy; kto jest przeciw? – nie widzę; kto się wstrzymał? – nie słyszę; kto jest za? – dziękuję. Ludzie rozchodzili się w milczeniu ze spuszczonymi głowami i potem zobaczyłem, jak bonzowie i ludzie mediów w limuzynach ze skórzanymi czerwonymi obiciami bawią się posążkami nawiedzonych hutników-wytapiaczy z brązu, bo załogi robotnicze zawsze wciskały oficjelom takie upominki, i mieliśmy na strychu tylu socrealnych robolów z kilofami i szuflami – że mogłeś się bawić w krwawą niedzielę petersburską.

Wtedy zadrżałem, a przecież byłem spokojny i widziałem jak robili tamto głosowanie, że nawet przy tym nie patrzyli na ludzi; kto mógł wiedzieć wtenczas w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, że oni już zaczynają grać na krótki dystans, bo coraz bardziej odstają w tyle za Zachodem; więc coraz bardziej musieli czerpać juchę z nie dopłaconej pracy – wyżyłowane normy, czyny społeczne; tego wymaga interes społeczny, który jest pojęciem bliskim demokracji ludowej! – mówił mój ojciec, gdy przychodziłem do niego z mordą i najwięcej lubiłem słuchać, że państwo ludowe łoży na moje wykształcenie, więc powinienem przykładać się więcej do nauki; chciałbym to widzieć, jak byście wyglądali z takimi rozmówkami, gdy ferie wiosenne odkładałeś na „po zaliczeniach” i rura w sraczu nawalała.

Więc to była chyba jedna z najgorszych rzeczy, że wciskali ci takie ciemnoty nawet w piżamie przy niedzieli i wszystko od początku było wiadome, żebyś nie musiał brać na rozum; siermiężne bzdety z pieprzeniem od rana, żebyś doprowadził się do stanu bytności, bo wyróżniasz się swoim chamstwem do n-tej potęgi, ale pamiętam też kulturalnych mutantów, których dziadek Marks zwalał z nóg, że nawet w pijanym widzie wbijali mu szpile, żeby go zrobić nieśmiertelnym; pamiętam jak byłem mały i stary zabierał mnie do „Dziennikarzy”, gdzie były rozmowy o Europie i kelner zwany Mołotowem nie przestawał dolewać, i potem dopisywał takie sumy do rachunków, że to już nawet kabareciarzy nie bawiło, i tłumaczył się zawsze, że zbiera na stradivariusa dla półsierotki o słuchu absolutnym.

Więc nigdy nie miałem chyba na zbyciu dobrych rad, ale potem w marcu-68 widziałem znowu takich ludzi od wielkich pieców spędzanych z transparentami „syjoniści do Syjamu” i jak o tym myślałem potem w innych krajach i w innym życiu – chodziło mi npo głowie, że nigdy już nie zobaczę takiego cyrku, jak przez te wszystkie lata w zsowietyzowanej części Europy. Ale wtenczas na wiosnę w sześćdziesiątym siódmym z wielkim hukiem wzięli się za wykopywanie mnie ze studiów i był problem z krzyknięciem za kogoś „jestem” na zajęciach, bo wpadli na pomysł, żeby patrzeć ludziom w twarze; Danek z Rajsem przesiadywali w „Bristolu” na sali, gdzie kelnerowała jakaś dziunia, przez którą mieli obsuwy; przy barku ubole w garniturkach jakby coraz bardziej skurczone i RWE zaczęła agitować do odbudowy Zamku Królewskiego.

Więc wtenczas gnany musem zdobycia jeansów na sezon wiosenno-letni, spotkałem Szmula w tramwaju na moście i dokonywał jak raz wyboru między urlopem okolicznościowym i kompanią rekruta, ale załatwił mi miejsce w Pociągu Przyjaźni do Sojuza. Szmul piastował wówczas funkcję aktywisty młodzieżowego i studenccy działacze lat 60. nie szli jeszcze w nomenklaturę, jak chyba potem – bo cała ta komuna nie była tak jeszcze rozpieprzona; pamiętam jak wtenczas w tramwaju Szmul coś wykładał, że krawiec spieprzył mu nogawki i słabo uszył kurtkę i wpadłem na pomysł, żeby wybyć z Warszawy, bo pod względem naukowym okazałem się bez skazy, i udało mi się pchnąć filozofię za którymś podejściem, i nie widziałem Lele od „x” czasu, więc jak tu możesz być normalnym; nie widziałem Lele z pięćdziesiąt dni.

Miałem ciągle do załatwienia jakieś sprawy i w momencie najgorszych zgrzytów na Wydziale z gościnnymi występami przybyli do Warszawy Rolling Stonesi, i odbyła się pierwsza w moim życiu zadyma pod gołym niebem – na „największym placu Europy” – wtenczas jak z ciężarówek PIECZYWO wyskoczyli nagle mendziarze z pałami, i broniliśmy pozycji pod obeliskiem z odległościami do wszystkich stolic Europy. Pamiętam jak potem w Sali Kongresowej Stonesi ładowali „Satisfaction” – mendy z pałami i paskami na brodach łazili między rzędami i w prześwietlonych kłębach dymu papierosowego nad widownią latały balony z kondomów, i coraz to ktoś zrywał się z wrzaskiem, wywijając marynarą nad głowami w ciemności – po tym jak Mick Jagger rzucił na widownię swoją srebrną marynarkę.

Nie zastanawiałem się jeszcze wtedy, na ile dostęp do zachodniej kultury rockowej odsuwał nas od doraźnego zainteresowania komunizmem, ale mogę teraz powiedzieć z całą pewnością, że wtenczas w drugiej połowie lat sześćdziesiątych komuchy już naprawdę zaczynali grać na krótką metę i nawet nie myśleli, co będzie potem, jak cała ta młodzież wychowana ponad ich głowami na mentalności zachodniej nie będzie już w ogóle wiedziała, o czym oni gadają tyle lat. Najpierwsi odłączyli od komuny naćpani Marksem od kuchni synkowie „starych towarzyszy”, bo im się zdawało, że można ten system uczłowieczyć, ale myślę, że formacja Sixties wybiła się na wolne powietrze głównie poprzez młodzieżowe subkultury – które były częścią pędzącego Zachodu, z przeszczepem serca w RPA i nawet końcem dyktatury Salazara w sześćdziesiątym ósmym.

Ale teraz, na wiosnę ’67 Pociąg Przyjaźni zawracał parę razy na Dworzec Wileński, bo nie mógł w dobre tory trafić i potem na jakiejś stacyjce uciekł konduktorowi, który postawił nam słynny „Balsam” z Rygi w glinianej butli – czarny jak smoła z 366 przyprawami korzennymi, że nie wiedziałeś, co się dzieje – ostatnie co pamiętam przed padnięciem: roboty torowe i wypalony szkielet „tysiąclatki”. Następne zaskoczenie przeżyłem na stacji granicznej z hałdami węgla, skąd startowała magistrala euroazjatycka i pijani operatorzy wielkich dźwigów przestawiali wagony z bydłem na szerokotorowe ruskie podwozia; wagon wisiał w powietrzu, a kolejarze robili podmiankę podwozi, żeby pasowały do szerszego rozstawu szyn, i dojne krowy fruwały, porykując z wagonów nad ziemią w ostrym ciągu.

Nasze piętrowe wagony o zmiennym rozstawieniu kół nie wymagały podmianek i pod semaforami na torowiskach baby sprzedawały śmietanę w rożkach z „sierpem i młotem”, i w chwiejnych przejściach nad buforami spotykałeś chętne przodownice pracy z demoludów, i potem na jakimś dworcu z wielkimi żyrandolami w „ujutnej” mgiełce – jak w knajpach Polski powiatowej – do naszego pociągu doczepili cysternę mazutu z pijaną w trupa dwugłową eskortą (Jaszka & Miszka). Pokonywali strefy klimatyczne wojskowym gazikiem przyklinowanym do odkrytej lory i mieli na wyposażeniu harmoszkę, samowar i wędki, i potem robiliśmy z przodownicami w organizacyjnych strojach spacerki do cysterny mazutu, i dowiedziałem się więcej o ludziach, co już dawno odpadli na jakichś tzw. zakrętach historii.

Zmyłkowa faktura cysterny maskowała wodę kolońską ,,Krasnaja Moskwa” zdatną do picia i budziłem się tyłem do kierunku jazdy na monstrualnym kacu, i podczytywałem książeczkę SF po litewsku, którą znalazłem na pięterku wagonu – gdzie drukowaliśmy cyrylicą po polsku gazetkę pociągową, i kiedyś skupiłem uwagę:

Jak jest towarzysz po litewsku? – spytałem.

– Draugas – odpowiedział Szmul. – A co jest?

Mam jakieś sęki z tym draniem – odrzekłem.

Trzeba było chodzić na litewski! – odrzekł.

Draugasy łomocą się z galaktyką! – rzekłem.

Nie musisz czytać SF po litewsku – odrzekł.

Więc ciągle jechaliśmy jakby z lekka na północ, bo mój zegarek puszczał coraz jaśniejsze zajączki na słońcu i przez wszystkie piętrowe wagony wionęło słodkawo-duszącym odorem ruskiej perfumy, który zwalał z nóg nawet najbardziej zahartowanego „draugasa” Szmula. Coraz to jacyś kołchoźnicy witali nas zdrewniałym chlebem i solą pod bramami triumfalnymi z kłosami i czerwonymi chorągiewkami i cholerne bramy prowadziły donikąd – jak potem w jakichś spaghetti-westernach psychodelicznych lat siedemdziesiątych. Ale teraz kołchoźnicy wpinali nam na siłę złote odznaki pracy socjalistycznej i odbywały się uroczyste akademie w Domach Pioniera, gdzie zawsze na zagrychę dawali kartofle w mundurkach i nie dopieczony zakalec, i wszędzie stały gipsowe popiersia pioniera Pawlika Morozowa w rubaszce.

Pamiętam jak, chyba w Wilnie, pierwszy raz zobaczyłem zabity dechami na krzyż stary kościół, pod którym wąż kolejkowiczów stał po wielkanocne baranki lukrowe, bo kubańskiego cukru nie widziano tam od dawna i ludzie odchodząc, lizali po parę baranków z czerwonymi rogami naraz, i w piwnicznej knajpie z drewnianymi ławami zamawiałeś pieczone łapy niedźwiedzie, i Szmul meldował, że u św. Piotra i Pawła było kiedyś podobno dwa tysiące różnych figur. Tylko że Wilno nazywali też kiedyś „Jerozolimą Wschodu” i ojciec mojej matki pochodził z tego miasta, i to był jeden z tych wielkomiejskich inteligentów Europy Środkowej, których pokolenie przepuszczone zostało potem przez kominy i dopiero wiele lat później odkryłem, że to z tymi ludźmi właśnie – niekonieczne z naszymi rodzicami – tak cholernie brakowało nam rozmowy.

Więc teraz zaczadzony ruską perfumą o świcie, ocknąłem się w poczekalni dworca Leningrad i zobaczyłem bufetową z tlenionym łbem przystawionym do słomianki, i potem naliczyliśmy z dychę mostów zwodzonych na mieście. Ale najlepszy był spatynowany pancernik „Aurora” – z trzema zardzewiałymi kominami – który chyba od początku udawał „Potiomkina”, którego patron udawał przed Kaśką II, że wiochy prosperują kwitnąco; więc ten „Aurora” chyba od początku był skorodowany, choć nie wierzę, że przerdzewiała armata wystrzeliła sama – dając sygnał do ataku na Pałac Zimowy. Ale całkiem nieważne z tym „samopałem”, bo Eisenstein i tak wszystko potem podretuszował patosem, że jego samego nie mogli już wyretuszować – jak na przykład Trockiego spod mównicy z wychylonym Leninem na historycznych fotkach.

Pamiętam jak rozchwianymi kulfonami wpisaliśmy się do księgi gości w Instytucie Smolnym, gdzie długie korytarze były kiedyś pełne żydowskich rewolucjonistów – jak opowiadał mój dziadek po kądzieli i Trocki chyba też; ale wtenczas jeszcze nie wiedziałem, że „żydokomuna” była odreagowaniem tego – że za caratu Żydzi nawet praw politycznych nie mieli, pamiętam jak w grupie kołchoźnic i pionierów staliśmy nad Newą, gdzie nad okrętem-mu- zeum polatywały mewy i dymki oddechów mieliśmy prześwietlone w mroźnym poblasku – jak zaklinacze ognia na rozdrożach w meksykańskim interiorze; ale wtenczas jeszcze nie wiedziałem, że całkiem inni zaklinacze ognia zarąbali Trockiego w Meksyku młoteczkiem (od sierpa) i znałem tylko opowieści mojej matki – jak krew strumieniami spływała Newskim Prospektem.

Tak zakodowały się pierwsze dni rewolucji bolszewickiej w mózgu dziewczynki z wielką kokardą i misiem – która mieszkała między Bałtyckim Dworcem i Admiralskim Skwerem, gdzie kadeci ze szkoły oficerskiej grzecznie kłaniali się małym dziewczynkom z niańkami. Pierwszej nocy zbuntowani żołnierze walili kolbami w bramę koszar, skandując: „Wychaditie!” i oficerowie ostrzeliwali ich z pobliskich dachów, i potem rano krew na tym skwerku – podobnie jak na Newskim Prospekcie – wyglądała jak czerwona farba w blasku słońca przebijającym przez mgłę. Niańka mojej matki była Niemką nadwołżańską i przedtem niańczyła bachory japońskiego konsula, i opowiadała małej dziewczynce japońskie bajki o ludziach idących szeroką drogą do nieba, a na górze okazywało się, że idą po wielkim smoku, który ich pożerał jak leci.

Mała dziewczynka zapamiętała też niezgorzej, jak na strychu ich domu dziadek z synem niańki Hugonem drukowali na powielaczu gazetkę „Jewrejskaja Raboczaja Kronika” i potem Hugonowi łeb urwało, gdy na dachu wagonu kolejowego po ciemku wjechali w tunel. Ale to było już później, gdy z parę tygodni uciekali na zachód; kwarantanna w Mińsku, że spali na podłodze hali dworcowej i matka zapamiętała, jak potem z dorożki w Warszawie zobaczyła nagle babę sprzedającą świeże bułeczki. Więc teraz w kierunku Uralu robiło się coraz mniej zielono i pamiętam, jak nagle zrozumiałem, że tutaj to wszystko trwało dużo dłużej, i na jakiejś stanicy zrobili nam spanie w stodole podetkanej gęsto – jak carska brama w cerkwi – starocerkiewnymi ikonami, którymi ozdobiliśmy pięterko wagonu, gdzie drukowaliśmy naszą gazetkę.

Więc potem z którejś stacyjki Pociąg Przyjaźni pojechał dalej sam i miał na nas czekać w Moskwie, a myśmy polecieli na Syberię małym odrzutowym samolotem „JAK-40″ z włazem jak w dupę kury, z wyjętymi drzwiczkami do kabiny pilota. Wtedy zobaczyłem – jak Neron – pożar w jasnej przestrzeni świata; pożar tajgi na wietrze dochodzącym do 75 km/h i potem czerwony spadochron hamujący na pasie wojskowego lotniska; czarna wołga z włączonymi światłami czekała z otwartym bagażnikiem pełnym gorzały; sok z brzozy ściekający do malowanych drewnianych kubków i fioletowy bukiet „bagulnik” z gałązkami jakiejś olchy, który aż do mojego wyjazdu z Polski puszcza! listki wiosną i gubił jesienią; w bibliotece Domu Pioniera oprawne w skórę renifera komplety Mickiewicza po zesłańcach.

Pamiętam zachód słońca, jak pożar na dachu jakiegoś soboru przerobionego na Dom Pioniera ze zmediatyzowanymi popiersiami Pawlika Morozowa, którego kułacy utłukli w wieku chłopięcym, bo wykapował własnych starych, że nie sprzyjają kolektywizacji; mundurek w stylu Hitlerjugend – myślałem i piwo się nie pieniło, choć przelewałeś z kufla w kufel, i ruskie papierosy z ustnikami jak kominy fabryczne. Więc potem w Moskwie monumentalne cerkwie i sobory obudowane szarymi blokami z antenami, jak w Warszawie, i pamiętam jak usłyszałem stąpanie tłumów po białym pasie na placu Czerwonym – przed mauzoleum Lenina z czerwonego marmuru. Kolejka przez cały dzień dochodzila do płotu Aleksandryjskiego Sadu i coraz to jacyś nowożeńcy poza kolejką składali kwiatki mumii wodza rewolucji.

Krasnoarmiejcy w półkożuszkach i uszatkach pilnowali, żeby kolejkowicze ustawieni parami nie schodzili z białego pasa i pijaczki z południowych republik wypadali z kilometrowego ogona, i krasnoarmiejcy pędzili ich kolbami do odgarniania śniegu pod mur kremlowski z popiersiami innych bohaterów rewolucji – z Józkiem i Felkiem na czele – gdzie leżały wiązanki papierowych czerwonych goździków. Wymieniliśmy ze zorganizowaną grupą południowców „bursztyny z muszką” na słoneczne melony i kiście winogron i potem wewnątrz mauzoleum poczułem się jak środku piramidy; ciemnawo i chłodno – krypta oświetlona na czerwono – parunastu oficerów na baczność wokół szklanej gabloty z wiecznym zniczem; skrzynkę z Józkiem dawno wynieśli – powiedziałem szeptem – przydałaby się Nadieżda K.

– Autentyk czy z jakiegoś wosku? – spytał Szmul.

– Ciszej! – powiedziałem. – Ciszej nad tą gablotą.

Kiedyś go pogrzebią, żeby nie straszył – rzekł.

– Truchło prawidłowo zabalsamowane – ja na to.

Więc potem na placu Czerwonym pierwszomajowe dekoracje – gigantyczne płachty z nawiedzoną trójcą brodaczy wpatrzoną w przyszłość – powiewały na tle cerkwi Wasyla Błaźennowo, której patronowi i budowniczemu dobry car kazał wyłupić oczy; cholerna trójca wpatrzona jakby w granitową kostkę przed cerkwią, gdzie w dwadzieścia lat później młody Niemiec Mathias Rust wylądował sportowym samolotem „Cessna” – po tym jak na niskim pułapie przeleciał z Finlandii nad łbami całej komuny.

Więc potem w „najnowocześniejszym metrze świata” z marmurowymi dworcami, każdym innego koloru – że musieli chyba obedrzeć wszystkie kamieniołomy Azji – spotkaliśmy dwugłową eskortę cysterny mazutu, która zrobiła sobie wolne w kolejce podziemnej i skoczyliśmy z Jaszką & Miszką do słynnego zakładu karnego „Milczenie Marynarzy”, gdzie inni prawdziwi rosyjscy ludzie – z bliźniaczych dwugłowych eskort – odsiadywali wyroki za wykręcanie kolorowych szkiełek semaforowych, które sprzedawali do oświetlania katakumbowych dyskotek. Jakoś tak wtedy chyba naliczyłem z siedem pereł Bizantu, co nie były gorsze od warszawskiego PKiN-u i gdzieś między placami Puszkina i Majakowskiego – lub w trolejbusie na obwodnicy z uśpioną dwugłową eskortą cysterny – zobaczyłem nagle, jak tam jest pusto na mieście.

Pociąg Przyjaźni czekał grzecznie na jakiejś bocznicy, skąd polecieliśmy nad Morze Czarne i nad buforami między wagonami spotykałeś nawalone brygadzistki w strojach organizacyjnych, i zaliczałeś je potem w wagonie na pięterku obwieszonym starocerkiewnymi ikonami w koszulkach – gdzie drukowaliśmy na powielaczu gazetkę pociągową. Jakoś tak wtedy chyba pierwszy raz zaistniałem w druku cyrylicą po polsku; redaktorek kolumn depeszowych – kto zgubił ruskie lorgnon w masie perłowej; pamiętam jak w Odessie bankietowaliśmy w dawnym kasynie białogwardzistów i szampany buchały w skrzydlate freski na sufitach, i potem nad ranem wykupiliśmy zdenacone brygadzistki z izby wytrzeźwień w starej cerkwi ze złotymi cebulami, i przodownice pracy miały wypisane na nogach czarne numery węglem.

Więc potem na jałtańskim wybrzeżu zobaczyłem czarnomorski statek spacerowy „Rossija” przerobiony z „Adolfa Hitlera” i wpisaliśmy się do księgi gości w białym pałacyku z zadeptaną posadzką, gdzie kiedyś Roosevelt i Churchill oddali Stalinowi pół Europy; ale nas o tym w szkole nie uczyli i od razu przeskoczyliśmy do Poczdamu, gdzie Josif Wissarionowicz pojawił się w białym mundurku marynarskim. Przypomniałem sobie jak stary załatwił mi kiedyś międzynarodowy obóz pionierski w Arteku nad Morzem Czarnym – turnus dla dzieci komunistów z Trzeciego Świata i dawali wchodzić w morze tylko po kostki, żebyś się przypadkiem nie przytopił, i pamiętam jak pierwszy raz w życiu trzymałem się z dziewczynką za ręce, i to była córka indonezyjskiego generała.

Pamiętam jak kiedyś przy kompletnie bezwietrznej pogodzie pojechaliśmy na odsłonięcie pomnika Lenina i potem czerwona szmata spadła, i jedną czapkę miał na głowie, a drugą trzymał w łapie, i jeździliśmy tam potem z dziewczynkami na rowerach, żeby składać polne kwiatki pod pomnikiem – Lenin z dwiema czapkami zrobił na mnie tak głębokie wrażenie, że nie zatarło się przez wiele lat. Ale potem jak byłem w przedmaturalnej klasie, wyczytałem w gazecie, że skośnooka córeczka indonezyjskiego generała została rozwalona z całą rodziną i to było wtenczas, jak gazety pisały, że w Indonezji rzeki są czerwone od krwi mordowanych komunistów, i zadałem wtedy mojemu staremu pytanko, czy wstąpić do ZMS, żeby dostać 3 dodatkowe punkty w rekrutacji na wyższe studia.

Wtenczas mój komuch domowy naprawdę się rozgadał, całe życie uprawiał marksizm kojarzący się raczej z luźnymi treściami, i wtedy powiedział, że u mnie jest sytuacja, którą egzystencjaliści znad Sekwany nazwali sytuacją człowieka pod pustym niebem; ale w każdym bełkocie wytrzymywałem już tylko do egzystencjalistów znad Sekwany. Ojciec musiał kiedyś pryskać przed siepaczami Piłsudskiego, bo należał do młodzieży komunistycznej i pokopał węgla kamiennego w belgijskim zagłębiu, i do wybuchu wojny studiował na lewo w paryskiej Sorbonie, i potem z polską armią przeszedł do Helvecji. Mamusia była wtenczas komunistką francuską, do którego to pięknego kraju przywędrowała z Palestyny, w którym to pięknym miejscu wylądowała z dziadkiem rewolucjonistą po ucieczce z Saint Petersburga.

Potem, jak przyszły szkopy nad Sekwanę, mamusia wstąpiła do ruchu oporu i po wojnie tatuś wrócił z tikiem, jakby z krowami biegał pod górkę, i nabawił się melancholii – wtenczas jak budowali Szwajcarom serpentyny górskie w ramach internowania. Ujrzałem światło dzienne w powojennym Paryżu – w Klinice Metalowców i mieszkaliśmy w XIX arrondissement na ostatnim piętrze wieżowca przy obwodnicy, i matka woziła mnie na spacerki otwartym wózkiem z niklowanymi błotnikami schodzącą w dół rue Vidal de La Blache, i siadywaliśmy w słońcu na skośnym placyku z zielenią. Tylko że matka z lekka zapadła na gruźlicę i dała się staremu namówić na wyjazd do Polski, gdzie chciał odcinać kupony za lewicową młodość w podziemiu, i na początek załatwił matce sanatorium z sosnami w Otwocku.

Zakonnice w tym sanatorium ukrywały za okupacji żydowskie dzieci i oddali mnie do okolicznej baby, bo stary miał załatwiać mieszkanie na odbudowanym Nowym Świecie, i chadzałem zawszony do białego kościółka, i pamiętam, jak odwieźli mnie wreszcie elektrycznym pociągiem do Warszawy. Więc potem robiliśmy z matką spacerki rekonwalescencyjne w złotą jesień i kiedyś w Łazienkach pokazała mi stare drzewo, pod którym „dziadek oświadczył się twojej babci”, i pamiętam jarzębiny czerwone na gruzach w Śródmieściu. Dziadek-rewolucjonista nazywał się Nahum Nir Rafalkes i wybierali go ciągle na wiceprzewodniczącego izraelskiego Knesetu, i w okolicach grudnia przysyłał mi zawsze na urodziny skrzynkę pomarańczy JAFFA, że potem sprzedawałeś skórki na wagę u Bliklego na Nowym Świecie: dwie dychy kilo.

Więc teraz na nabrzeżu jałtańskim przypomniałem sobie, że od małego zażywałem też kąpieli w innym morzu południowym, bo matka przestała wierzyć w komunizm po 1956 i jeździłem latem do Izraela na zaproszenie dziadka, choć stary się wkurwiał – i jakoś fantastycznie się wtedy czułem, biegając po plaży z latawcem nad starorzymskim akweduktem albo urzędując za pancerną szybą na gościnnym tarasie Knesetu, gdy mój prywatny dziadek walił drewnianym młotkiem, bo jeden facet w kapocie wchodził w tekst drugiemu na mównicy. Pamiętam wieczorne rozmowy przy aluminiowym stoliku na kaflowej podłodze, gdy jakieś ćmy miotały się w prześwietlonym neonówką zapachu gajów pomarańczowych, za którymi już nic nie było – tylko kozy na piachach z muszelkami i dziadek opowiadał o jakimś sowieckim etosie na 1/5 globu.

Pamiętam jak pod koniec lat pięćdziesiątych dziadek przyjechał do Warszawy na kongres parlamentarzystów i pomogłem mu dźwigać wieniec na Grób Nieznanego Żołnierza, i po jego wyjeździe cholernie beczałem w kuchni, i zadałem mamusi drobne pytanko.

Czy dziadek jest Żydem?

Oczywiście – powiedziała.

Czy też jesteś Żydówką?

Tak! – powiedziała matka.

Czy ojciec jest Żydem?!

Kiedyś był – powiedziała.

To ja też – powiedziałem.

Więc potem już chyba nie było problemów z „podwójną tożsamością” do Wojny Czerwcowej ’67, gdy komuchy zerwali stosunki z Izraelem i zaczęły się numery z piątą kolumną syjonistyczną; ale tego jeszcze teraz nie wiedziałem na nabrzeżu jałtańskim, bo to się zaczęło dopiero w parę tygodni później i teraz tylko wiedziałem, że muszę sobie coś przypomnieć, choć to nie były najlepsze okoliczności. W nagłym przebłysku pamięci zobaczyłem gabinet mojego dziadka z podwójnym nagłówkiem londyńskiego „Timesa”: LENIN POKONAŁ KIERENSKIEGO i PALESTYNA DLA ŻYDÓW – Deklaracja Balfoura; przypomniałem to sobie i pomyślałem: Angole pierwsi wpadli na pomysł, żeby Trockich wysłać na słońce, bo mają Marksa pogrzebanego u siebie i bali się, że im Troccy skasują imperium.

Ale wtenczas na redzie z „Rossiją” przerobioną z dawnego „Adolfa” nie umiałem jeszcze pomyśleć słowami, że rozbujanej spirali przemocy nie można tak łatwo wyhamować i w Indonezji rzeki spływały krwią komunistów i muzułmanów, co cięli się nawzajem – jak nie ty jego, to on ciebie – nie umiałem jeszcze pomyśleć słowami, że bez Romanowów nie byłoby Trockich i dobry car kazał zgolić kiedyś bojarom brody i chciał miastem swego imienia – gdzie nigdy nie podtała stopa Renesansu – przeskoczyć do Europy; potem inny dobry car wcielał żydowskie dzieci w sołdaty, co by je wynarodowić, i przezywali go żandarmem Europy, i potem jak im wszystkim skasowali dynastie razem z imperium i małolatami – to może tylko jedna mała dziewczynka imieniem Anastazja oglądała tę „kasację” wielkimi oczami.

Za dużo jakby tych małych dziewczynek – powiedziałem sobie na głos i potem już chyba głównie jechaliśmy z powrotem ku cywilizacji zachodniej, i w pociągu pojawiła się nie wiem skąd gazeta „Karpacka Prawda” – cyrylicą po rumuńsku; pozasłowna nadwartość – mówił Szmul na pięterku obwieszonym ikonami i robiliśmy dalej na co dzień materiał do naszego organu prasowego, i zaprawialiśmy jakimś „samogonoffem”. W dziesięciu przegrzanym przedziałem z podnoszonymi oparciami, spałem na półce bagażowej pod sufitem z granatową lampą nocną – jakby u Orwella – której nie mogłeś wyłączyć, i Szmul na plecakach między siedzeniami meldował, że ród swój wiedzie ze starej rodziny rabinackiej, i któryś jego praszczur robił rewizję do Kanta, co skłoniło Szmula do cytowania „prawa moralnego i gwiazd”.

Więc potem już chyba tylko jechaliśmy z lekka na północ, bo mój zegarek puszczał coraz jaśniejsze zajączki na słońcu i pamiętam jak zobaczyłem we Lwowie synagogę, z której została tylko jedna ściana – zamykająca ślepą uliczkę wybrukowaną macewami z żydowskiego cmentarza. Podobna do Ściany Płaczu, którą za parę tygodni mieli odbić izraelscy komandosi w Jerozolimie i Szmul meldował, że przed wojną we Lwowie był słynny „Hotel George’a” z żyrandolami w „ujutnej” mgiełce i na zielonych wzgórzach były kościoły ze złotymi bramami na wschodnią modłę; to mnie zastanowiło i nagle byliśmy znowu na stacji przeładunkowej, gdzie krowy ryczały z fruwających wagonów, i rozdęta pończocha wskazywała kierunek wiatru, i zachodzące słońce wydłużało cienie dwugłowej eskorty.

Więc teraz z poślizgiem paromiesięcznym ciągnęło mnie, żeby zadzwonić do Lele, bo nie widziałem jej szczegółowo dość dawno; parę razy otarłem się o nią w kinie lub na ulicy – jakiś niby tępy entuzjazm, że musimy się zdzwonić albo coś, skoczymy na jakieś piwo; raz ją tylko objąłem i nie chciało mi się gadać, plakaty jazzowe skasowane psychicznie. W zimową sobotę wieczór leciałeś przez pustą Warszawę słabo oświetlonym autobusem pośpiesznym A; miejsce koło kierowcy, kożuch na masce silnika, od którego jechało ciepłem i benzyną; nie stawał na przystankach z zaspami i potem wyskakiwałeś na wyślizganą jezdnię – oświetlone kasy „Stodoły” i strojenie gitar na sali dawnego kina garnizonowego „Oka”. Wchodziłeś na ura, rzucając kożuchem w znajomego szatniarza; zespoły „Pesymiści” i „Pięciu”.

W samych jeansach i narciarskim swetrze podskakiwałeś do baru i dochodziła Lele, której widok był całkiem nie do opisania i nie do opowiedzenia; są takie momenty świetne, że muzyka zgrywa się z dziewczyną i tańczyliście byle jak pod estradą, a ona powtarzała: rozluźnij się, rozluźnij się cały!, i to było całe twoje życie w tym kraju. Albo wtenczas jak skoczyłeś z Lele na zimowy plener w przerwie międzysemestralnej pociągiem podmiejskim z Dworca Wileńskiego; krótkie wagony z zewnętrznymi przejściami i pluszowymi kanapami; gwizd parowozu pod semaforem i kolejarze w kufajach pchali po pijaku drezynę; dyżurka hotelu robotniczego, recepcjonista w kożuchu z tranzystorem przewieszonym przez szyję i w świetlicy pokazywali przeźrocza: powstańcze wizje obrazów Grottgera.

Więc stawała się musem dziewczyna w słońcu i na peronie teraz zdejmowali skoble z przewalonego kiosku, i wiatr roznosił jakieś papierki; strzeliłem browar z beczki i wiedziałem już zaraz, że jestem cholernie pijany, i miałem jakby minutę trzeźwości, i znalazłem się rozbity jakoś; czułem się wklęśnięty i nieczynny, i wzięty we flachcęgi – tam było pusto nagle i widziałem jak tam jest pusto wszędzie; ja bez ciebie nie istnieję, biorę czapkę i odchodzę – a ona rysowała brzozy w nocy, czego ty oczekujesz – żebym chodził po teatrach i czytał napisy w sraczach; Durrenmatt w „pałacu kultury”, i taki byłem pijany, że nie mogłem kuflem do ust trafić, i staliśmy ze Szmulem przy kontuarze dworcowym, i zasunąłem się w łokieć, aż mnie ciary wzięły, i na Stadionie Dziesięciolecia wypuszczono gołąbki.

Jesienią łaziliśmy z Lele po starych parkach i robiła bukiety z żółtych i czerwonych liści, i waliłem jakąś lagą w konary drzew, i zbieraliśmy kasztany w zielonych kolczastych łupinach pękniętych od upadku. Teatr na Wyspie w Łazienkach i pałacyk z aniołkami, o których gazety pisały, że jest jedynym miejscem na świecie, gdzie spotykają się dyplomaci chińscy i amerykańscy. Wolna chata, telewizor leci, skok na miasto, plac Na Rozdrożu krzyżujący ulice i autobusem 107-bis z dzwoniącymi szybami leciałeś w dół ulicą Książęcą po starych szynach tramwajowych do letniego kina „Jutrzenka” z ogrodowymi ławkami; naprzeciwko był kryty basen na Rozbrat, gdzie zdawaliśmy na kartę pływacką – wtenczas jak na gwizdek instruktora Szmul został na słupku i potem tłumaczył zawsze, że nie lubi chlorowanej zimnej wody.

Od małego byłem potencjalnie zagrożony komunizmem i przejazdem zaliczałem różne miejsca, i kiedyś na szkolnej wycieczce pierwszy raz złożyliśmy się na alpagę, którą obaliliśmy w autokarze z lotniczymi siedzeniami, i potem podzieliliśmy się na pary z panienkami; albo wtenczas jak wymyślili książeczki stopu i wypoczywaliście zawsze z bełtami w rowach przydrożnych nogami do góry, żeby krew odpłynęła ze strudzonych stóp. Pamiętam jak robiłem prawo jazdy i instruktor przepijał do podkolorowanej fotki damy serca na desce rozdzielczej, zapominajac kopać w zapasowy hamulec; samochód nauki jazdy z pierwszeństwem przejazdu na nawierzchni z płaskich kamulców, które jako jedyne przetrwały Getto Warszawskie i zawsze opory miałem z wjeżdżaniem tyłem do starej bramy z napisem: MIN NIET.

Bezbłędna pogoda z Wersalem na pasach i dzieciaki w kolorowych czapeczkach zjeżdżały sankami z nasypów gruzobetonu pokrytych płatami tającego śniegu, i na tych nasypach ze skasowanego Getta stały buroszare bloki socjalistyczne z antenami, i pamiętam jak niedaleko kościoła z dwiema wieżami – który przesunęli kiedyś, żeby nie zawadzał ruchowi kołowemu – wiosenne słońce wytopiło ze śniegu osmalony witraż z Gwiazdą Dawida. Pamiętam jak w Krakowie chyba pierwszy raz w życiu zobaczyłem porozstawiany cmentarz żydowski i byłem wtedy uczniem piątej klasy, i raczej słabo grałem w nogę, i zaczynaliśmy składać pierwsze literki z ruskiego, i zawsze najbardziej się cieszyłem, gdy urywały się jakieś lekcje, i wtenczas w Krakowie oglądaliśmy witraże Wyspiańskiego u o.o. Franciszkanów.

Więc teraz znowu myślałem o drogiej Lele i przypomniałem sobie, jak pierwszy raz powiedziała: skurwiłam się trochę, a ja na to: zrobisz sobie przyzwyczajenie, a ona powiedziała: zapijesz się tym piwem na śmierć. Dzwoniła gdzieś i patrzyłem tylko na nią, i nagle zesztywniałem, i nie chciało mi się ruszać; zaraz powiesz, że jesteś we mnie zakochany – powiedziała i trzymaliśmy się z całej siły palcami. Nosiła włosy na chłopaka i miała fantastyczne nogi-iksy, na których stała jakby trochę niezgrabnie, i czułem jej zapach, który był słodkawy i piękny jak u małej dziewczynki. Napisała wtenczas z tego zimowego pleneru: tu jest dużo chłopców i dużo dziewczynek; chłopcy bawią się z chłopcami, a dziewczynki z dziewczynkami, ale ja wolę chłopców, bo mają cukierki i wódkę.

Wykręciłem numer telefoniczny Lele i usłyszałem jej głos gdzieś daleko; awaria na łącznicy, cholerna telefonistka z międzymiastowej; mówi się! – wrzasnąłem i radio coś trzeszczało, że mgła ogranicza widzialność do stu metrów, ale nad Stadionem Dziesięciolecia wyszło piękne słońce. Więc potem wracaliśmy do Warszawy i stada ptaków szły z południa nad kwitnącymi sadami i wybrukowanymi kocimi łbami rynkami miasteczek w oparach, i Szmul meldował, że w Odessie miliony ptaków miotały się nad miastem, i wiele martwych leżało na słynnych schodach Eisensteina; w życiu tak nie odpocząłeś, myślałem, zobaczyłeś to w kolorze; wracaliśmy pustym pociągiem i nabyłem twaróg śmietankowy w mokrej szmacie od baby z koszami, i jedliśmy go palcami w rzucającym wściekle na zakrętach piętrowym wagonie.

Cholernie wolałem, że wracam do domu i na dworze zrobiło się prawie ciemno – Szmul coś pieprzył, że na Litwie takie serki w kształcie małych serduszek były najlepsze na zagrychę i wszyscy walili nimi w stoły, żeby zmiękły; zewsząd słyszałeś taki łomot; ty – powiedziałem – może byśmy wreszcie poszli pomieszkać; przypomniałem sobie, jak chodziliśmy kiedyś do przedszkola na Sewerynów, gdzie drzwi miały kolorowe szybki i spijaliśmy cholerne zupki mleczne z ryżem i tran z solonymi kostkami chleba na zagrychę, i przedszkolanka straszyła, że rączka mi uschnie – jak będę tranem rybim podlewał paprotki na fortepianie „Kijów”. Przestawałem właśnie wierzyć dorosłym na słowo i mieliśmy wybiegi w ogródku na skarpie, gdzie zawsze unosił się kapitalny zapach z fabryki czekolady gdzieś na Powiślu.

Tylko że zawsze dostawałem od Szmula budyniem w łeb na wybiegu, bo miał cholernego cela i potem w szkole na wuefie piłeczką tenisową rzucał z 90 metrów, że wylatywała ponad domami na Nowy Świat, i w naszym przedszkolu dawali też kisiele na deser, które miały słabą przylepność do talerzyków, i z Dankiem i Rajsem miotaliśmy kisielami w Szmula. Pamiętam jak zawsze na wiosnę wietrzyli kostiumy na zapleczu Teatru Polskiego i pomagaliśmy im wycinać jesienne liście z żółto-czerwonych papierów chlapniętych plakatówką, i zjeżdżaliśmy koniami na biegunach po śniegu ze skarpy między działkami ze strachami na wróble, które były ubrane w teatralne szamerowane kurtki huzarskie i krynoliny, i pamiętam jak łamaliśmy sobie zawsze na wiosnę sople do lizania z drewnianych altanek.

Albo choinka u ojca w pracy, że wciskali ci na łeb czapkę z różowej bibuły i wygrałem kiedyś na loterii fantowej harcerską finkę w skórzanej pochwie z paskiem, i Dziadek Mróz wyszedł z bramy w namalowanym murze obronnym, i prowadził korowód poloneza, i potem udawał czarodzieja: ginęły i pojawiały się króliki. Ale kiedyś nagle ojciec wziął mnie twardo za rączkę i zatargał siłą do szkoły im. Jarosława Dąbrowskiego, gdzie zobaczyłem w hallu pod zegarem gipsowego Stalina na drewnianym stojaku do globusa udrapowanym w czerwone płótno – popiersie to spotkałem potem znowu po latach w podziemiach szkolnych, gdy poszedł hyr, że w piwnicy jest basen pływacki, w którym trzymają węgiel i włamaliśmy się podrobionym kluczykiem do kotłowni, gdzie właśnie napatoczyłem się na tego Stalina z urwanym łbem.

Ale wtenczas stary tylko wkopał mnie elegancko po dzwonku do klasy I a, gdzie Danek blokował już dla nas ostatnią ławkę pod oknem i całe życie potem urzędowałem w ostatnich ławkach pod oknem, gdzie możesz przetrwać bez szkody, a Rajs ze Szmulem zajmowali ostatnią ławkę pod piecem; my wszyscy synkowie „starych towarzyszy” patrzyliśmy, jak inne siedmioletnie bachory płakały, bo pierwszy raz w życiu zostały same i nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że taki płacz nazywa się bezprizornyj.

(2)

Po powrocie do Warszawy musiałem jeszcze zaliczać wojsko w płaszczyku do ziemi u takiego grubego majora-lotnika z naszego Studium, co zawsze wyganiał mnie z pokoju, gdy wchodziłem do niego po zaliczenie i kazał jeszcze raz wchodzić i przyzwoicie się meldować; więc zawsze jak przechodził korytarzem Studium Wojskowego, wrzeszczałem „dwa przejścia” zamiast „przejście” i wszyscy stawali na baczność pod ścianami. Albo wtenczas jak wyfasowaliśmy płaszczyki zimowe do ziemi i na przeglądzie nosiłem zamszowe rękawiczki, a ten gruby major w mundurze lotniczym tylko obchodził mnie w milczeniu na placu apelowym, i nagle wrzasnął: „Co to za renifery, patafianie jeden!” – więc odtąd się datowały moje opory z tym asem lotnictwa i cholernie zazdrościłem panienkom, że chodziły na obronę przeciwlotniczą.

Codzienna kieratówa na Wydziale i w dodatku wakacje nam się skróciły, bo latem mieliśmy zaliczać obóz wojskowy; szedłeś w południe Krakowskim Przedmieściem i kaprawe mordy zaglądały ci w gazetę z globulką Zet, i tyrałeś jak dziki nocami, i ciągnąłeś naturalnie w ogonie – hermetyczmy umysł. Cholerny uniwerek zamienili w normalną szkółkę i jeden docent nie chciał ze mną gadać, bo mu nie chodziłem na wykłady, i miałem też obciachy z innym docentem, co nie był wzrokowcem, i po wykładzie stawał jak bramkarz w drzwiach, i musiałeś mu serwować „wizytówkę z nazwiskiem”, że byłeś na zajęciach; rzucaliśmy mu pod nogi wizytówki ludzi, których nie było i potem zwracaliśmy uwagę, że niby upuścił, ale nie mogłeś tak wciąż – wywalił mnie na pysk „za brak stosunku do przedmiotu studiów”.

Powstał kompletny obłęd i byłem zaszczuty sprawami naukowymi, i uzbierała mi się kupa skryptów pod kaloryferem; przestudiowałem sporo literatury fachowej, no ciut przymało – ale i tak mnie czasowo rozłożyło, i ciągle miałem jakieś kolokwia – w jednym dniu ze trzy zaliczenia – postanowiłem zawalczyć, żeby latem mieć spokój, ale i tak nie było szans, żeby zdać wszystko przed wakacjami. Wolałem wybić sobie z głowy na czas i odbyłem jakieś rozmowy na Wydziale, i zapisałem się na egzamin do Kata, i zostawiłem resztę na wrześniową sesję naukowców. Pobiegłem do biblioteki z kariatydami na Krakowskim pooddawać książeczki i zrobili mi koszmarną awanturę za przekroczone terminy i brakujący skrypt; ale wcisnąłem im inny zamiast tamtego, i spotkałem chłopaków z piweczkami pod starym kominkiem z kaloryferem w hallu.

Siedzieliśmy potem w rozległej auli, gdzie toczyła się prelekcja o wydajności z hektara i wszyscy byli pogrążeni w błogim letargu, i w powietrzu unosiła się chmura frazesów – tucz z ołówkiem w ręku, pegeerowskie krowy dają mleko pięć koma dziesięć tłuszczu; nanosiłeś do skoroszytu o postępie inwestycyjnym i Rajs po wielkich zmaganiach pchnął filozofię w przedostatnim terminie i planował wyskok na Karaiby; był już na wylocie i poleciłem mu Haiti, i w końcu wymyślił zalewik Zegrzyński, i robił przegląd dziewczyn. Po południu pobiegliśmy do kineczka i wyszliśmy zaparci jak cholera: jakaś kubańska epopeja narodowa i zaprawiliśmy porterem w budce obstawionej skrzynkami z butelkami; ciekawe rozmówki z pijaczkami i na drugi dzień miałem znowu jakieś rozmowy na akademickim poziomie.

Rano pobiegłem zaliczać basen i w ogóle mnie na liście nie było, bo pływałeś w korycie z ludźmi, których nie wzięli na zajęcia ogólnorozwojowe i woda śmierdziała chlorem i spermą. Pani magister w dresie siedziała pod suszarką i powiedziała, że zrobi mi sprawdzian z inną grupą i muszę odrobić z pół dnia pływania co najmniej; kazała mi skoczyć ze słupka na łeb przez podstawiony kij ratowniczy, którym mnie tak pogłaskała w kroczu, że mało nie zemdlałem, choć i tak skoczyłem na nogi i potem szła koło mnie wzdłuż brzegu, i trykała mnie tym kijem po łbie, powtarzając raz po raz: nogi pracują równo żabką klasyczną. Puściłem sobie potem natrysk na cały gaz i wsadziłem pod gorącą wodę bełta „Kordiał” z napisem: PRZED SPOŻYCIEM PODGRZAĆ, i położyłem się na gimnastycznej ławce.

Ciekawe, że przypomniałem sobie wtedy nagle córeczkę indonezyjskiego generała i zacząłem myśleć o tamtym obozie pionierskim w Arteku, gdy wchodziliśmy w morze najwyżej po kostki, żeby się przypadkiem nie przytopić. Ale okej; dali mi w końcu spokój na Wydziale i za ścianą odbywały się już pogadanki dla tegorocznych kandydatów startujących w „batalii o indeks”, i postanowiłem nagle zadzwonić do Lele z automatu; w ogóle się ze mną nie przyjaźnisz! – powiedziała – i w ogóle mnie zdziwiłeś swoim telefonem, w ogóle mnie zadziwiasz, czułam się już kobietą porzuconą. Ale okej; na tablicy ogłoszeń pod dziekanatem wisiały różne terminy podejść i jakieś pożółkłe wezwania do prodziekana, że skreślą z listy studentów – jak się nie zgłosisz; zawsze tak straszyli na wszelki wypadek.

Sporo ludzi srało od tego w gacie, bo brali jakieś stypendia fundowane, ale myśmy brali pieniążki od mamusi i nawet nie znaliśmy tego prodziekana, i jakiś facet w polskich jeansach łaził teraz korytarzem, i zbierał indeksy do rejestracji, co mnie zaskoczyło – bo normalnie zbierali dopiero na jesieni po wrześniowej poprawkowej tzw. sesji naukowców. Stałem przed gablotą i liczyłem mandaty MZK, bo jeździłem autobusami pośpiesznymi za frajer i zawsze dawałem kontrolerom legitymację studencką do spisania; wszystkie mandaty przychodziły potem na Wydział, gdzie wywieszali je na tablicy ogłoszeń, żeby człowieka zawstydzić, ale jakoś byłem bezwstydny i miałem teraz wykonać podejście do profesora Kata, i ludzie z wypisanymi tematami biegali po skrzypiącej klepce – meldując z giełdy pod katedrą.

To był właśnie jeden z błędów głównych, przez które ginęli koledzy studenci, bo jak nie chodziłeś cały semestr na zajęcia, to potem nabywałeś hurtem wszystkie skrypty w akademikach i zawsze jakoś się przepchnąłeś; ale oni walczyli o średnią – koledzy studenci – żeby potem zrobić karierę naukową i teraz w gablocie zobaczyłem swoje nazwisko wielkimi bykami na liście zaliczeń starego kolokwium i przypomniałem sobie, jak Kat wtenczas przy wszystkich na wykładzie zaczął wrzeszczeć, że udało mi się wreszcie zaliczyć kolokwium; i teraz nagle tyłem wyskoczył z katedry Wietnamiec – bijąc pokłony niczym Konfucjuszowi – tzw. ocenę państwową „trzy” zobaczyłem w paru rubrykach indeksu i zaraz z hukiem wyleciał przez drzwi Danek gnany rykiem: daję panu tydzień na pokazanie się u mnie!

– Jak poszło? – spytałem i termin się nie nadawał; Kat był w humorku – wiedziałem, że humorek to koniec i denat byłem kompletny, i normalnie srałem po nogach, choć przed Katem nie jadałem żadnych potraw. Wszedłem do środka i paliły się światła, choć był jeszcze jasny dzień, i trzech asystentów stało nad dwiema dziewczynami, które przygotowywały się do odpowiedzi, i jedna podniosła spoconą twarz. Kata nie miałeś co brać na litość i siedział w niszy okiennej z paprotką, przeglądając nekrologi w „Życiu Warszawy”. Wyjrzał zza gazety i powiedział: – Kolega sobie weźmie krzesełko; z czego kolega się uczył materiału, jeśli można wiedzieć, bo na wykładzie kolegi nie widywałem zbyt często. Coś oczywiście czytałem, panie profesorze – powiedziałem.

Tu trzeba studiować, kolego, studiować, nie czytać – powiedział i pomyślałem, że mnie trenuje ze stoperem jak matołów w zakresie ocen wysokich i przed Katem naprawdę nie jadałem żadnych potraw, i strzelałem piwo na odwagę, bo jak nie przemawiałeś u niego z godzinę na pełnym luzie, to w ogóle nie miałeś startu i ja w to wierzyłem; dla fachowców to była szansa przetrwania. Słyszałem, że ma kolega niejakie kłopoty z wojskiem – powiedział. Przelotne – powiedziałem. – Tylko że zjawiłem się ostatnio na poligonie w Rembertowie „opalony w jeansach” z litrem spirytusu w każdej ręce i poszedłem do dowódcy, żeby mi zwrócili za taryfę, i najlepszy był numer, że naganę dostałem za sam wygląd, że wojsko na mój widok powagi utrzymać nie może.

Co to za numer z szabelką, o którym sporo było hałasu? Hałasu? – powiedziałem. – Nie słyszałem. Szedłem zaliczać wojsko i zdjąłem ze ściany szablę mojego wuja po mieczu, którą zarąbał swojego szkopa w kampanii wrześniowej, i wysadzili mnie z pośpiesznego A, bo jakimś babom zdarłem pończochy czubem szabli, i potem w Ogrodzie Saskim przez nikogo nie zatrzymywany wskoczyłem na wolny cokół po jakiejś bogince, bo kolega Danek chciał zobaczyć, jak mi na cokole, żeby mnie sfotografować; tylko, że mnie wtedy spisał patrol WSW w białych otokach, zanim zdążyłem zeskoczyć z cholernego cokołu i potem taki gruby major lotnictwa z naszego Studium powiedział, że wstyd mundurowi przynoszę. – Czego oni chcą od kolegi? – powiedział profesor Kat.

Panie profesorze – powiedziałem. – Ten tłusty as lotnictwa zadał mi ostatnio pytanko na tzw. taktyce, z czego składa się łyżka wojskowa i oczywiście nie wiedziałem, a on na to: dziękuję, wolni jesteście! – łyżka wojskowa składa się z czaszy czerpiącej i trzymaka. Albo zna pan profesor te kulochwyty na poligonie w Rembertowie; ostatnio na oczy nie widzieliśmy pod słońce w takim kulochwycie między nasypami jak kolejowe, że grama wiatru, i meldowaliśmy, że nabój przygotowany do włożenia do lufy, i potem jak cholerny miotacz granatów odpalił z ramienia szeregowego Rajsa – przyleciał jakiś kapral w polowym mundurku, żeśmy walnęli ślepym pociskiem w latrynę i członka ekipy filmowej sparaliżowało z wrażenia w pozie srającej, i potem wynosiliśmy go pod pachy do ambulatorium.

– Bo jak raz kręcili tam wojenny film pt. „Westerplatte” i zgarnęli nas do statystowania pod taką ściankę, która grała historyczne koszary – pani charakteryzator w mini łaziła po planie z watką i robiła każdemu krwawe stygmaty, i jak mnie zobaczyła, to tylko wzięła tampon w zęby i powiedziała, że tutaj można zagrać bez retuszu. Więc niech pan profesor sobie wyłoży, jak ja musiałem wyglądać, jeśli ta straszna baba nie chciała już przy mnie grzebać i odbywaliśmy kapitulację dzielnej załogi, potem jak czuby sosen odskakiwały ścinane ogniem koszącym pancernika „Schleswig-Holstein”, który tydzień przedtem rozpoczął II światówkę ostrzałem garnizonu Westerplatte i operatora pchali z kamerą na wózku po szynach, i tylko wrzeszczał raz po raz: więcej ognia, panie Mietku!

Więc tamten pan Mietek w oprychówie z dermy tylko śmigał między drzewka z zapalnikiem i potem mi jeszcze wojska zaliczyć nie chcieli, bo spałem w mundurze na tzw. taktyce, i nie dałem rady załatwić kategorii D, czyli całkiem do dupy, żeby chodzić z panienkami na obronę przeciwlotniczą… Przestałem gadać i spojrzałem na Kata, który też na mnie spojrzał (wymownie) i powiedział: – O ile mi wiadomo, znajdował się kolega na planie filmowym w stanie sugerującym spożycie alkoholu, co mamy potwierdzone odręcznym pismem „pana Mietka” do dziekanatu i to mi przypomina podobne historie z kolegą w stanie częściowego zamroczenia alkoholem na zebraniu wydziałowego kółka naukowego, co mamy potwierdzone…

Panie profesorze – powiedziałem. – Nie wyrabiam już normalnie z tym wszystkim! – Spojrzał na mnie znowu i zaczął wstawać, zbierając swoje teczki i papiery, i lubił nieraz kończyć egzaminowanie na ławeczce, i wyszliśmy na Krakowskie Przedmieście, i siedliśmy na skwerze koło „Bristolu”; przeszło dwóch facetów w kelnerskich smokingach i jeden powiedział: rozmowa z nim jest denna. Wracam do poprzedniego pytania – powiedział Kat. – Czego oni chcą od kolegi? Siedział na ławce, szukając papierosów w kieszeniach marynarki; opiekun naszego roku i przypomniałem sobie jak wtenczas kazał mi pokazać rączki, czy nie mam wypisanych jakichś ściąg, i potem na miejscu sprawdził moją pracę, i zaczął wrzeszczeć przy całym wydziale, że zaliczyłem kolokwium; ale i tak miałem ściągę w kształcie indeksu elegancko zakamuflowaną między kartkami.

Przypomniałem sobie jak kiedyś powiedział przy całym wydziale, żebyśmy jak najszybciej puścili w niepamięć przedwojenne wprowadzenie do ekonomii, bo odtąd będą już tylko rzeczy, których zrozumieć nie sposób na zdrowy rozum i można je tylko wchłaniać metodą pamięciową, bo inaczej nie damy rady. Więc zawsze cholernie lubiłem profesora Kata, któremu potem oczywiście przywalili etykietkę kontestatora i rewizjonisty; ale teraz strzelił temat i jakieś pojęcie miałem, i skoncentrowałem się na różnicach między formami życia i świadomością, i słuchał z wyraźną przyjemnością, jak się miotam; na pierwsze pytanie odpowiedział kolega wymijająco – powiedział – odwróćmy sposób rozumowania; spojrzałem, czy nie żartuje i powiedziałem: broń Boże, odwróćmy, panie profesorze, tylko nie odwróćmy!

Wtedy się uśmiechnął; jeszcze strzeli inny temat – pomyślałem szybko i powiedziałem: mam już trzy egzaminy i wojsko na jesień, jak mnie pan profesor umoczy, biorę urlop bezterminowy; kolego – powiedział – tylko spokój może nas uratować; jak się kolega nie uspokoi, to nie widzę kolegi u nas więcej na Wydziale. Broń Boże, na jesień! – powiedziałem. – Zawieszą mnie w moich sprawach na Uczelni i będzie mnie pan profesor miał z głowy. Pan da swój indeks! – powiedział i przewracał wolno kartki, aż dojechał do swojego miejsca i maznął coś szybko z rozmachem, i zatrzasnął z hukiem. Wiadomości pan masz na „dwa” – powiedział. – Ale wykazałeś się umiejętnością myślenia kategoriami karkołomnymi i stawiam koledze „trzy na szynach”.

Zapomniałbym – dodał na pożegnanie. – Obyśmy tylko nie musieli się rozstać. Zostałem na ławce sam i wiedziałem, że ledwo wyrobiłem, i odruchowo zakląłem na głos, i chciałem kogoś spotkać albo coś; ciągnęło mnie, żeby znowu zadzwonić do Lele i powiedzieć jej, że zdałem, i pogoda się robiła, i pomyślałem, że warto skombinować wóz, żeby skoczyć w plener. Chodzi o to, że nagle nie miałem pomysłu na swoje życie i to było dla mnie nowe i niezwykłe odkrycie; wcale nie musiałem teraz o tym myśleć, ale uparłem się – na rozum wziąłem; u nas była moda na Wydziale – sprawdzali ci szybkość orientacji; orientuj się! – zawsze ktoś wrzeszczał.

Więc u nas na dole na Wydziale przesiadywali tacy bojowi ludzie, których przezywali „komandosi”, bo robili wciąż desanty na zebraniach ZMS i chcieli różne płaszczyzny w partii robotniczej zrobić; socjalizm z ludzką twarzą, i mocą jakiegoś przywileju sporo z tych „dysydentów” miało żydowskie korzenie, i Lele zaciągnęła mnie kiedyś na zebranie kółka naukowego. Pod oknami siedzieli „komandosi”, pod ścianami zetemesowcy i przerzucali się cytatami brodatych proroków; co któryś wstawał, cytując Lenina, to zrywał się drugi i przebijał Marksem & Engelsem – patrzyłem na tych ludzi, co rzucali się z mordą na ciebie, zawsze jak powiedziałeś coś nie po ich myśli, i myślałem, że należę od początku jakby do całkiem innej formacji umysłowej, bo nie miałem nigdy czasu na politykę.

Tylko że naprawdę gdzieś do tego momentu byłem takim jednym, co nie miał czasu na politykę i odpuściłem sobie już dawno bezsensowne przepychanki, choć może sam o tym nie wiedziałem, i Lele jakby z lekka zaczynała mnie zwalniać, bo tamci ludzie cholernie ją ciągnęli, a ja tylko milczałem, i nawet wiedziałem, kto mi to zrobił, że zbijanie kapitału intelektualnego na reformowaniu komuny wydawało mi się zawsze kretynizmem. Nie miałem nic do komuchów i antykomuchów, byle tylko nie wpieprzali mi się do życia, ale tego właśnie nie mogłeś od nich wymagać, bo oni przecież zawsze wiedzieli lepiej; więc rozmowy nie było i starałem się za miodu wyrobić na takiego faceta, co daje sobie radę ze wszystkim, i nie wiedziałem jeszcze wtedy, że to się też odbywa kosztem luzu życiowego i już.

Więc wtenczas na zebraniu tego kółka naukowego – dyskusja o socjalizmie z ludzką twarzą; temat ok, nie ma sprawy – wstaje jeden i mówi, ja się patrzę na niego; potem wstała panienka, po niej dwóch facetów, którzy woleli siedzieć, potem znowu jakaś panienka i była dyskusja, czy to nie są dwie sprzeczności. Przypomniałem sobie jak w „Stodole” baba-cenzor zawrzała świętym gniewem, gdy po scenie obsypanej żółtymi i czerwonymi kwiatkami obnosili trójcę brodatych proroków łbami do dołu i potem ten szyld odstawili mordami do ściany z surowej cegły; a myśmy wtenczas po pijaku z tyłu chcieli skojarzyć na siłę psa z kotem, i teraz na zebraniu kółka naukowego musiałem chyba przysnąć z lekka, choć Lele mogła w którymś z tych facetów zakochać się np. intelektualnie.

Musiałem chyba przysnąć z lekka, bo potem jak się ocknąłem krzesło koło mnie było puste i koleś z czerwoną krajką na szyi – dawaj z mordą na mnie, że wydziałowe playboystwo celowo demonstruje globalne uśpienie i powiedziałem, że jak raz czytałem w Expressie, że radzieccy uczeni wygrzebali w morenie czołowej płaza z epoki lodowej, co po odmrożeniu rzygnął trochę i Expressik chrzanił o perspektywach zamrażania ludzi, którzy potem będą odżywać w lepszych czasach, jak ten człowiek od kaczorków Donaldów, co kazał się zamrozić w zeszłym roku; fajnie by się tak czasem wyłączyć, no nie koledzy kontrrewolucjoniści; tylko, że po paru dniach w Expressiku ukazało się sprostowanie drobnym druczkiem, że to była zwykła jaszczurka, której przerwali sen zimowy na Arktyce.

Patrzyłem na tych ludzi i myślałem, że zawsze jest śmiesznie, gdy o poważnych sprawach gadają za i przeciw nastroszeni faceci, i żałowałem, że nie wziąłem od Szmula 5-kilowego dzieła Stalina z dedykacją, żeby ich teraz pogonić; ojciec Szmula posiadał całą półkę tych Stalinów w skórze ze złotymi literkami oraz bogatą płytotekę z nagraniami przemówień tegoż autora i puszczał nam nieraz te płyty długogrające na zwolnionych obrotach; ale teraz w przedsionku Wydziału Socjologii między czterema białymi filarami – zepsuta neonówka mrugała w dyżurce ze szklaną kratką – odkryłem nagle, że zabrakło mi sił, żeby być normalnym i musiałem wyjść stamtąd po trzech schodkach, i potem zajrzałem jeszcze tylko przez bramę uniwerku do sklepionego przejścia, gdzie wisiały ogłoszenia.

Na Małym Dziedzińcu ktoś zapomniał skryptów na skrzyni przeciwpożarowej z piaskiem i był ciepły wieczór; dozorca wyszedł z budki i zamykał trzyczęściową secesyjną bramę główną, i na dziedzińcu pod dwoma rzędami drzewek nie było nikogo – tylko oświetlone gabloty z blaszanymi dachówkami na ścianie. Szedłem w stronę Starówki i ogródek kawiarniany „Bristolu” był jaskrawo oświetlony, i między stolikami z białymi obrusami na wietrze jechał chłopczyk na trzykołowym rowerku, i potem zrobiło się świeże powietrze, bo przejechała polewaczka. Pod pomnikiem Mickiewicza stały wycieczkowe autobusy z betami na siedzeniach i potem szedłem jakby na skos uliczką Kozią, którą najbardziej lubiłem w tym mieście, i fajne są nieraz takie uliczki, gdzie nawet gówniarz może się wyłączyć.

Więc potem chyba wolałem, że wracam autobusem do domu i przypomniałem sobie, jak w pierwszą niedzielę maja niwelowaliśmy kiedyś teren pod trawniki niedaleko ambasady chińskiej na pracach społecznych w ogólniaku i przyprawialiśmy ciepłymi bełtami za skrzynią z narzędziami, i nasuwaliśmy się na grabie; jeden Danek dostał kilof, którym się mało nie przedźwignął i wcisnął go Rajsowi, który był jedyny trzeźwy na terenie, i łaziliśmy wciąż odlewać się za tę skrzynię z narzędziami, i podszedł do nas pomarszczony Kitajec w gabardynowym płaszczu, i rozdawał z wielkiej teczki małe czerwone książeczki; pamiętam jak siedzieliśmy potem na wzgórku z brzozami w ogrodzie chińskiej ambasady i skośnookie dzieciaki bawiły się w hunwejbinów nad jeziorkiem w kolorowej pagodzie.

Tylko że wtedy jeszcze nie myślałem, że ta chińszczyzna z drzewkami oddzielona została od starego Ogrodu Krasińskich, gdzie przed drugą wojną bawiły się całkiem inne dzieci, po których przepadł ślad wszelki. Wyskoczyłem z autobusu na placu Komuny Paryskiej, żeby wrócić do domu i zajrzałem do księgarni, gdzie pani o wyglądzie zmęczonej Giocondy – w satynowych zarękawkach przysłaniających obozowy numerek – sprzedawała najlepsze książki spod lady w dziale płytowym i puszczała pocztówki dźwiękowe na adapterze „Bambino” pod paprotką. Więc potem na pętli autobusowej przy kinie z grubymi filarami znowu myślałem o Lele i mieszkała na okrągłym placyku Słonecznym – ze starym klonem pośrodku trawnika – w jednym z tych segmentów z czerwonymi dachówkami i biegałem do niej zawsze willową uliczką Forteczną.

Mój dom rodzinny znajdował się w starej willi z oszklonym tarasem obrośniętym dzikim winem i z jednej strony rosły wielkie drzewa, bo byliśmy ostatnim domem przed ogrodem; wuj załatwił tę willę po sanacyjnym generale zaraz po wojnie i moi starzy przeprowadzili się tam któregoś lata z Nowego Światu – gdy byłem jak raz na wakacjach w Izraelu. Przywiozłem sobie wtenczas jeansy, bez których nie miałeś startu do najlepszych panienek szkolnych i spodzień rozpadł się kompletnie po pierwszym okresie ku uciesze mojego starego, który widział w nim symbol wszelkiego zła, i nawet mi przez myśl nie przeszło, że oni tak bardzo nie lubili jeansów – bo to jest najbardziej demokratyczny spodzień świata, i pamiętam jak Rajs przyszedł, żeby mu odsprzedać nogawki i żółte nici ze szwów.

Lansował kontakt z mistrzem igły Hawrylukiem w parterowym domku z kominem za „Ciuchami” i Hawryluk zaczynał właśnie szyć „polskie jeansy na bazary, i zamawiali u niego smokingi kelnerzy z Grand Hotelu. Słuchał zawsze RWE na cały regulator i po latach uszyliśmy sobie u niego pierwsze garnitury z guzikami obciągniętymi materiałem i z dwoma rozcięciami z tyłu. Ale wtenczas Rajs przyszedł do mnie z propozycją nie do odrzucenia i udało nam się zakupić dwie pary monstrualnych lewisów, które w PKO robiły za reklamę, której nikt nie potrzebował, i poświęciłem nogawki i nici, a Hawryluk wykroił cztery pary jeansów elegancko dopasowanych do dupy – wyrobił się z czasem na najlepszego kompozytora tematyki i zawsze mówił, że firmową nicią z Teksasu.

Więc to była chyba pierwsza akcja naszej ekipy w reprezentacyjnym składzie czteroosobowym i graliśmy po lekcjach w gazdę starymi przedwojennymi monetami z orzełkiem w czapeczce, i kiedyś w deszczu z błyskawicami pierwszy raz złożyliśmy się na kupon totka, i pamiętam jak Danek zajeżdża! po mnie motorowerem Komar, i wychodziłem z rozpuszczalnikiem do czyszczenia plam, który był najlepszym paliwem płynnym, i robiliśmy motocross na zarośniętych krzaczorami fortach Cytadeli. Tylko że łańcuch nam spadał na wertepach i Danek wybił sobie kiedyś przedniego siekacza, i nie pojechał z nami na pierwszy prywat z dziewczynami – wtenczas jak nabyliśmy czerwone goździki w celofanie i mieliśmy się bić z całą kupą okolicznych żuli, bo nie daliśmy im się przejechać służbowym wozem ojca Rajsa.

Miało być na kopy i na wszystko, i Rajs wyciągnął ze schowka na rękawiczki pistolet starego, który walczył kiedyś z bandami UPA, i oddając strzały ostrzegawcze w powietrze – wjechaliśmy w żulowy tłum łagodnie na pół sprzęgiełka, i połamaliśmy jednemu z drugim nogi, i cieszyliśmy się już odtąd zawsze szacunkiem okolicznego milieu. Wuj z wujenką urzędowali w drugiej połowie willi i nad samą Cytadelą była prywatna klinika ginekologiczna, i okoliczne dewoty w kapelusikach odnajmowały pokoje za koronki Szwedkom, które przyjeżdżały tutaj na skrobanki, bo król Gustaw VI Adolf nie tolerował abortów na własnym terenie; więc te szwedzkie „fliki” w oczekiwaniu na zabiegi pieprzyły się nieprzytomnie, i te trzy uliczki na krzyż były chyba najlepszą oazą wolnego seksu w Eurazji.

Chciałem wejść prosto do siebie na górę, ale przed furtką stał człowiek, który był moim wujem po mieczu i roztaczał czar dawnych wspomnień, jak na syberyjskim mrozie odpadło mu ucho, że nawet nie poczuł. Ale odbierałem go niezupełnie i w mokrej, pachnącej grzybami uliczce stare latarnie podświetlały błyszczący asfalt, i dalej za rogiem dobudowali kiedyś bloki z bielizną. W każdą kolejną „zimę stulecia” wuj odkręcał gazomierz i montował zamiast niego miotacz ognia, którym ogrzewał skutecznie cały dom, a wujenka naiwnie marzyła, że emerytura wujcia ustatkuje; pamiętam, jak kiedyś w słoneczne dni biegał do Żyd-Klubu po „Folk Sztyme”, z którym chodził po mnie do szkoły w pierwszej klasie, i zastawałem go zawsze w szatni, gdy tłumaczył woźnym zasady pisowni jidysz.

Przypomniałem sobie, jak dawniej zaczął nagle kręcić filmy oświatowe na zamówienie kuratorium i zagrałem rolę chuligana w wytartych jeansach, który kamulcem zbił latarnię, i na drugim rogu dziewczynka z parasolką grała w klasy na kwadratach rozmytych w deszczu. Pamiętam jak wuj w sflaczałym kapeluszu filcowym brał ostro reflektorem z góry i startował z paru metrów, lecąc kamerą na zbliżenie, że była cała żarowa 200-watowa i zaraz potem tłuczka szklana w kałuży. Szedłem teraz pomieszkać w rodzinnym domu i przypomniałem sobie, że stary chciał się urwać z pochodu pierwszomajowego, i miałem mu umyć wóz, bo chcieli z matką robotnicze święto spędzić w plenerze wiejskim; i przed domem zobaczyłem teraz dozorczynię z bloków, która poprosiła, żeby podtrzymać jej drabinę pod drzewkiem.

A co jest, pani gospodyni szanowna? – spytałem. Na weekendzie z radnym lokatorzy skarżyli, że ta wiecha nie robi optycznego wrażenia na 1 Maja – powiedziała. Jaka wiecha? – powiedziałem. – To jest jemioła. Zielone drzewo życia – powiedział wuj i rzucił psom na trawniku kurze podroby. – Żaden radny nie wydoli z takim drzewkiem. Radny zadysponował, żeby trawniki na 1 Maja były jak dywan szczotkowane i strzyżone – powiedziała dozorczyni i zaczęła zdzierać krzak jałowca, który kiedyś przydrutowałem na sośnie przed naszym oknem, żeby stary nie mógł widzieć drzwi od garażu z kuchni, bo kluczyki do wozu dostawałem tylko w ramach postępów w studiowaniu.

Więc musiałem dorobić drugie u ślusarza, i nasz dom posiadał skodę MB, i wieczorami odbywały się w kuchni rozmowy rodzinne; garaż był naprzeciwko i potem przez ten jałowiec na sośnie stary nie mógł widzieć po ciemku, jak wytaczaliśmy wóz na luzie, i zdejmowałem haczyk z licznika kilometrów, i gazem do dechy zza rogu w ciemność. Tylko że potem zamknęli naszą sekcję rajdową AZS, w ramach której trenowaliśmy ostro prywatnymi wozami poślizgi kontrolowane, bo jakaś gazetka bluznęła „czerwoną burżuazją, która ojcowskimi limuzynami służbowymi ćwiczy jazdę terenową na strzeżonych jak poligony aerodromach, podczas gdy brać studencka cierpi na chroniczny brak miejsc do rekreacyjnego uprawiania sportu, i na każde wolne miejsce przypada dziesięciu potencjalnych zdobywców złotych medali olimpijskich”.

Pamiętam, jak przyszedłem wtenczas na Wydział i zobaczyłem chłopaków ze skryptami – niektóre gazetki zaczynały już wtedy pieprzyć o niesłusznej młodzieży bananowej; czerwona burżuazja! – pomyślałem teraz, kładąc się na kanapie i wyjątkowo dokładnie poczułem ten zapach grzybów w mokrej uliczce. Przeniosłem się na parapet i przypaliłem „Extra Mocnego”, i szwedzka „flika” za ścianą śpiewała ludowe szlagiery; pokoje na górze u nich ciotka odnajmowała blondynom zza Bałtyku i na pięterku urzędował jakiś koleś, który robił specjalizację „psychologia drobiu” na SGGW i zarżnięte na ćwiczeniach kury przynosił wujence w chlebaku z harcerskimi naszywkami ze sprawnościami; więc ostatnią Szwedkę zaliczyły wszystkie menele z okolicy, i „psycholog” wdrapywał się z lornetą na sosnę, żeby obserwować jak to się pięknie odbywa.

Tylko że mleczarki znalazły go kiedyś ze skręconą nogą na ziemi i teraz odechciało mi się o tym myśleć, i przypomniałem sobie, jak pojechałem ze starymi do Bułgarii w nagrodę, że się na studia dostałem, i nabyłem w Warnie kożuszek, którego potem nie mogłem opylić w żadnym komisie. Pamiętam wizytę w jakimś kołchozie pod targowym miastem Płowdiw z pustymi cerkwiami i meczetami i pierwszy raz jadłem wtenczas kwaśne mleko, które mogłeś nożem krajać na talerzu, i potem starzy dali mi forsę na powrót, i przejazdem zaliczyłem Rumunię i Węgry. Nauczyłem się wtedy wykonywać zupę rybną na wodzie z błotnistych strumyków, w które przechodzi w delcie modry Dunaj i jacyś rybacy znad samej ruskiej granicy nauczyli mnie zapijać te błotne zupki przy ognisku samogonem z żelaznej manierki.

Więc potem na Węgrzech jechałem kolejką elektryczną wzdłuż Balatonu i na każdej stacji wskakiwały na pomost opalone dziewczyny w bikini, i wyskakiwały na następnej, i też wyskoczyłem na jakieś torowisko pod wielkimi drzewami. Pamiętam, jak na campingu zobaczyłem znajomy namiot z przedsionkiem, gdzie Kapucha pisała erotyczne wierszyki na maszynie i przylecieli z Rajsem na starym harleyu z biegami na baku, i biwakowali nad samą wodą w tym namiocie z olimpijskiego spadochronu, który skombinowaliśmy przed maturą na Gocławku, gdzie odbywały się wyścigi gokartów pomalowanych w krzyże maltańskie. Zapisaliśmy się wtedy na skoki spadochronowe, ale daliśmy spokój zaraz pierwszego dnia, bo jakiemuś instruktorowi rezerwowy spadochron się zaciął, i widzieliśmy później, jak wyciągali kości z worka.

Więc potem nad Balatonem w winnicy jakiegoś Madziara, co nieprzytomnie napalał się na Kapuchę, spijaliśmy młodego sikacza ze szklanych gąsiorów prześwietlonych słońcem i wyjątkowo fajnie mi się jeansy nosiły tego roku; takiej kultury picia jeszcze nie było – przechodziły chmurki i sikały skośnym deszczem – niebieski Balaton błyszczał w dole; trzymając się za ręce zlatywaliśmy między winnicami – stokiem poprzecinanym kamiennymi murkami – i pływaliśmy nago w zatoczce z piaszczystą plażą, i chyba nauczyłem się tego uśmiechu, co nagle otwiera twarz dziewczyny, i nozdrza jej drgają, że oglądasz się do tyłu. Wróciliśmy potem do Warszawy tym harleyem z wózkiemżadnych znajomych na mieście – tylko na zarośniętym chwastami Gocławku śmigały gokarty pomalowane w krzyże maltańskie.

Więc potem harleyem na lotniczej benzynie skoczyliśmy na Wybrzeże i wszędzie cholerne puchy – w Kołobrzegu chóry dziecięce śpiewały Pasję według świętego Łukasza w muszli na deptaku; padało cały sierpień i na pustym campingu koło kortów puszczaliśmy sobie przez głośnik na słupie pocztówkę z nagraniem „Historia jednej znajomości”, i deszcz wymywał ślady mydła w umywalniach na polu namiotowym, i robiliśmy sobie grzanki na elektrycznym grzejniku w dyżurce. Kąpaliśmy się w Bałtyku przy czarnej fladze i sztormowej fali – procentowały jakby letnie układy plażowe – graliśmy w pokerka w wiklinowych koszach na piachu, i boso w sztormiakach z kapturami szukaliśmy bursztynów, i rzucały się wszędzie węgorze wywalane przez sztorm, i jeździliśmy harleyem po płytkich kałużach na deptaku.

Wieczorami chodziliśmy do dyskotekowej piwnicy „Adabar” w sklepionych podziemiach starego ratusza i chcieliśmy już tylko doczekać do końca miesiąca, i pamiętam jak w barze mlecznym kolo dworca zapoznaliśmy jakieś panienki, z którymi potem obalaliśmy bełty pod latarnią morską. Zrobiliśmy potańc na końcu falochronu w nocy pod listę przebojów Top 20 z Luxu i zaczęliśmy się do nich zabierać, ale nie chciały iść do namiotu z podłogą i tropikiem; więc umówiliśmy się na następny dzień. Ale wtedy już byliśmy w Dziwnowie, gdzie Szmul biegał za ratownika na letniej kolonii TSKŻ, i na drewnianym moście zwodzonym spytałem babę o nie chrzczonych, a ona kreśląc krzyże w zamglonym powietrzu z mżawką, powiedziała, że gdzieś koło kina nad kanałem portowym.

Więc potem rozbiliśmy nasz namiocik w sadzie na tyłach szarego budynku, gdzie urzędował już cały podobóz autostopowiczów i Szmul wynosił nam żarcie i rogale z miodem na podwieczorek, i graliśmy w ping-ponga pod drzewami na dziedzińcu, i wieczorami odbywały się zabawy przy magnetofonie. Ale najwięcej liczyło się to kino, gdzie w środku filmu „Cichy Don” słyszałeś bębnienie deszczu na dachu, albo dzieciaki rzucały na dach kamieniami, i cały czas była słaba pogoda, i Rajs kiedyś po pijaku starym harleyem z biegami na baku wjechał do knajpy „Żeglarska”, bo za dużo się kozackich filmów naoglądał, i potem skoczyliśmy do Szczecina, gdzie nażarliśmy się chleba ze smalcem do ruskiego koniaku na Wałach Chrobrego, i chcieliśmy skoczyć na Radebergera przez szlaban do Enerdowa.

Wciąż jeszcze siedziałem na parapecie i potem musiałem wyjść z domu, i na przystanku autobusowym odkryłem, że nie wiem, co z sobą zrobić, i cholernie wolałem, że jadę znowu do miasta, i skoczyłem na festiwal ruskich filmów, który leciał w „Warsie”. W hallu spotkałem Franca, który przyprawiał w bufecie porterem i miał praktyki na budowie w Piasecznie, i jeździł tam PKS-em, i wyglądał jak podświetlone bladymi neonówkami fotosy Mosfilmu w gablotach. Bufet na lewo od wejścia też był podświetlony białymi neonówami i siedzieliśmy na czarnych drewnianych lawach z oparciami, i Francu wziął do kina magnet, żeby nagrać wszystkie dialogi; więc potem spijaliśmy jeszcze te portery na skwerku koło sczerniałego pomniczka Matki Boskiej z Murano na Krakowskim.

Pod „Dziekanką” zobaczyłem teraz tłum ludzi, którzy byli już całkiem dobrze pijani i Czikita meldowała, że musi iść do roboty, bo ciotka w Montevideo pominęła ją w testamencie, ale przedtem nabyła jej metraż na strychu pekaoskiego wieżowca w stanie surowym oraz przechodzonego garbusa-VW. Więc potem w przestronnym sraczu pod skwerkiem z pomnikiem Mickiewicza – zobaczyłem po raz nie wiem który kafel z nazwą przedwojennej firmy „Silberman i Ska” i w winiarni Hopfera świece migotały w komnacie z olejnym portretem Prusa, i pani Stasia wrzeszczała, żeby poprawić tego Prusa, bo krzywo wisi, i żeby odlewać się na dworze w zaułku, bo zakonnice podsypały świeżego piaseczku; przypomniałem sobie nagle, jak pół miasta o zmierzchu ciągnąłeś sanki na schodzącą ostro w dół uliczkę Bednarską.

Najbardziej lubiliście niskie żelazne sanki z szerokimi płozami jak bobsleje bez steru i hamulca – na których jeździliście na płask, kierując nogą z tyłu „na śledzia” albo „na koguta”, że kumpel siadał na tobie okrakiem i hamował podkutym buciorem. Albo jak jeździłeś trolejbusem na Torwar i ostrzyłeś łyżwy na szlifierce, i gołymi czerwonymi rękami sznurowałeś buty hokejowe na trybunie w ostrych jarzeniówkach; wypożyczalnia sprzętu sportowego i bufet z reflektorami na szynach pod dachem, gdzie ślepiec sprzedawał hokejowe sznurowadła i lusterka z Bardotką i Merlinką i przez megafony puszczali Dajanę Paula Anki, i potem w parze własnego oddechu leciałeś jasno oświetlonym lodem – waląc kijem po bandach – między dziewczynkami w czerwonych rajstopach robiącymi jaskółkę na łyżwach z białymi butami.

Więc potem przy barze w „Dziekance”, który był dokładnie taki sam, jak wszystkie studenckie knajpy na świecie leciał jazz, na którym nieraz po pijaku prawidłowo umiałeś odczyniać uroki; leciał jazz, na którym udawało się nieraz pięknie i bezboleśnie wyganiać diabła. Mieliśmy z chłopakami sentyment do tej nory i zamówiłem „kwacha” – leciało całonocne jam session – nagle byłem taki cholernie pusty w środku, jak nieraz w studenckich klubach nad ranem. W przerwach puszczali zdartego longa Glenna Millera – klarnet zamiast trąbki prowadził sekcję saksofonów; bal samców i Murzynów przy barze, misterne wokalizy na kanwie snu i architektury i w stołówce malarskiej na obiad znowu była pomidorowa z makaronem i przegląd tygodnia – czyli kotlet, i zupa nylonowa – czyli kisiel.

Były tam jeszcze jakieś panienki z polonistyki, które najmniej pragnęły roli siłaczki w zapadłych rejonach peerelu i barłożyły z oldboyami, co pierwociny ciągot seksualnych zapisali w okresie powstań śląskich – żeby tylko zostać na uczelni lub za gustowne wpisy w indeksach. Kapucha podeszła do mnie z tyłu i położyła mi rękę na ramieniu, i spytała, czy jestem pijany; zależy – powiedziałem i zapytała, czy często tu przychodzę; zależy – powtórzyłem i piękna księżniczka – jak mówiliśmy w Warszawie – strzeliła szkic o Witkacym na dychę arkuszy, i miało wydać Ossolineum, i dostała w nagrodę „wczasy w siodle”. Porandkowała z kimś, żeby nie przepowiadać sobie bajki o staropanieństwie i potem z półtora miesiąca trzęsła się, że powije dziecię niczyje; nie znam człowieka – powiedziała.

Więc jak raz ostro wystartowałem, bo zobaczyłem ją w nowych układach – zamsze, tweedy i welwety – zacząłem nawijać coś do niej i odrzuciła włosy głową, i oblizała wargi, gdy z bliska spojrzałem jej w twarz; zamówiłem dwa „kwachy” i poszliśmy zatańczyć pod estradkę z kwartetem jazzowym, i wciąż brała i zdejmowała mi łapę, i potem tańczyła, trzymając mnie za obie ręce – zbliżając się i oddalając – sporo najlepszych spraw pieprzyło się z tym cycem; patrzyła mi w twarz jakoś długo i uważnie; all right? – spytała i usłyszałem ją zębami, i chyba z lekka badała mnie nogą, i potem musiała się wyrwać, i oddychała szybciej, i przez moment nie wiedziałem chyba gdzie jestem; wróciliśmy do baru i jakiś model powiedział: inspiracje wtórne z amatorszczyzną w domyśle.

Wart uwagi balans na granicy kiczu – powiedział drugi i aktorzy z rulonami nut wystającymi z kieszeni napalali się na Kapuchę, i jeden z mineciarskim wąsem w ciemnych okularach szeptał jej coś w ucho z drugiej strony; okularki są zmysłowe, wąs dodaje mu splendoru – pomyślałem i ten najwięcej kabotynizujący z teczką-bondówą łaził naokoło i mruczał; „na misia” – jak mówiliśmy w Warszawie. To był Francu, który nagle się uwidocznił i majaczył coś o dupach-przebojówach i luksusowych półkurwach; wyższa szkoła jazdy ze złotą odznaką ZSP – powiedział do Kapuchy i kiblował w bloku dla małżeństw rozwojowych na nowym osiedlu mieszkaniowym.

Ty – powiedział Francu. – Podobno spiłeś moje wineczko!

Lubisz sobie pogadać, no nie przyjacielu! – odrzekłem.

Więc Kapuchę z genialnym cycem wybieraliśmy zawsze na miss ogólniaka i każdy podchodził z boku na dużej przerwie, i trącał ją w ramię niby niechcący, żeby zobaczyć jak ten cyc fantastycznie chodził wtedy, i potem przed maturą na szkolnej wycieczce Danek zaciągnął ją w nocy do stodoły, i pamiętam jak straszne wycie rozdarło ciemności – gdy małe koźlątko zakopane w słomie liznęło Kapuchę w piętę, i musieliśmy szukać lekarza w całej okolicy; ale znaleźliśmy tylko technika weterynarii, który potraktował Kapuchę szpilą w dupę jak krowę, że z wrażenia puściła Danka. Przycisnąłem teraz jej nogę do baru i ostro spojrzałem w twarz, bo wciąż brała i zdejmowała mi rękę, i przypomniałem sobie nagle, jak w pływającym basenie na Wiśle prąd znosił cię na gorące dechy pomostu.

Nie lubiłem nigdy wstawać rano na godzinę i nie umiałem przekształcać wzorów, i wypracowania montowałem na półtorej strony z grubym marginesem, jak mi podleciał temat – który podkreślałem podwójną czerwoną krechą; na wiosnę kąpaliśmy się w fontannach pod PKiN-em i najwięcej lubiłem tą okrągłą ze lwimi łbami, z których sikała woda, i jeździliśmy na trzydzieste piętro szybkobieżną windą za frajer, bo dziadek na stołku nie sprawdzał biletów; kolejki pod papierniczym na początku roku szkolnego i giełdy używanych podręczników z zasuszonymi kwiatkami i srebrne łyżki z serwisu ciotki, które wynosiłem z domu i łamałem, bo inaczej jubiler nie chciał kupić na wagę; studio pocztówek dźwiękowych wieczorem w pawilonach na Marszałkowskiej i nasze dziewczyny po wakacjach zawsze lekko za dorosłe.

Albo jak pędzili nas w czasie lekcji na trasę przejazdu zagranicznych bonzów partyjnych i machaliśmy chorągiewkami na patykach, i zatrzymywaliśmy na Nowym Świecie róg Ordynackiej otwartą limuzynę czajkę, i podsadzaliśmy facetowi najbardziej kostropatą maszkarę do ucałowania – buzi dupci przed kamerami tvp. Pomyślałem, że jutro znów nie pójdę na wojsko i musiałeś potem zaliczać w mundurze kiedy indziej, i nagle kompletnie nieprzytomny Rajs w butach do konia wpadł na salkę, wywijając plecionym harapem, i już zaraz trzymał porządkowego z opaską ZSP za frak; padłem na krzesło bramkarza i parowały kołduny po litewsku z tekturowego talerzyka, i już zaraz na ulicy zobaczyłem, jak Rajs macha harapem pod brzozami na tle pomnika Mickiewicza, który miał srakowatą elektrykę i lubiłem go na kolor.

Więc potem nagle było tak, jakbyś musiał coś z tym zrobić i dwóch pijaczków powtarzało, że kiblowanie w wojsku uczy seksu bojowego; chciałem Kapuchę zaciągnąć na podwórko „Dziekanki” i wcisnąłem ją między mur i jakiś samochód, i zaraz przycisnęła się biodrami; znałem te numery na pamięć: taryfą na chatę i ściskać cię będzie za udo, całując się z tobą jak opętana i potem na rozkładanej kanapie karmić cię będzie truskawkami, powtarzając – „ty gryzoniu”, i nagle skoczy po prześcieradło do szafy oklejonej plakietkami. Na dziedzińcu „Dziekanki” rosła wierzba płacząca i siedzieliśmy na ławce – chciałem ją zaciągnąć niżej nad sadzawkę z omszałymi schodkami pod drugą wierzbą płaczącą, ale wylądowaliśmy na górze u Czikity, gdzie facjata Che Guevary zdobiła lokal.

Czikita miała kiłę i deskę rysunkową na cegłach i robiła akty węglem, jak w „Przygodzie” Antonioniego – zawsze po pijaku szukała ciganskoj gitary – Francu teraz przesłuchiwał ruskie dialogi z magnetofonu; poszedłem za kotarkę, gdzie Rajs sprawnie wyżerał lodówkę i na piętrze był remont, i potem siedziałem na workach z cementem, i słabo było ze mną. Przypomniałem sobie znowu tamto lato po maturze, gdy starym motorem z biegami na baku wjechaliśmy z Rajsem do „Żeglarskiej” w Dziwnowie; zmieniamy lokal – powiedział teraz Rajs i opuściliśmy akademik szkół artystycznych, żeby strzelić kołduny „U Litwina” na Krakowskim, i potem był „Metropol”, gdzie każdy strzelił po parę piw, i skoczyliśmy do piwnicy architektury, gdzie odbywał się happening z dyskoteką, i porozwieszali kilogramy sieci rybackich na sufitach.

Rozpruli kilka starych sienników i wyciągnęli siano na podłogę, i goły facet z brodą walił w nie wielkim kowalskim młotem w celu wyciśnięcia soku, i potem było oblewanie klejem gołego faceta i turlanie go w stertach starych gazet i dalej kąpiel w malutkiej dziecięcej wanience. Zaczęła się dyskoteka i blond z gołym brzuchem miotał się na podwyższeniu, i zabawa ograniczyła się do murowanej piwnicy, co ją rozłożyło; było męcząco i wrednie i siedziałem tam przy stoliku w kącie, i kulturalnie piłem do świtu w zadymionej ciemności, i jacyś ludzie śpiewali partyzanckie pieśni z towarzyszeniem gitary; miałem zresztą wizytę Szmula z wąsami rudego koloru, który meldował, że Rajs kopulował z Kapuchą na scenie o północy i pod sceną o 4 nad ranem, co mnie zastanowiło.

Z góry słychać było jakieś huki i Danek wskakiwał obiema nogami w kible na wszystkich piętrach po kolei, i goniła go zgraja woźnych z otwartymi drewnianymi cyrklami do tablicy; pijana panienka na schodach całowała w spoconą glacę swojego prodziekana i zrobiliśmy wypad na korty i rozegraliśmy partyjkę tenisa w deblu, i był zbyt silny wiatr i kort wczoraj zrobiony i miękki, i naprawdę coraz bardziej słabo było ze mną. Zjawiła się Czikita (skórzana sukienka, czarne włosy, zegarek na szyi) – nie da się ukryć, że cholernie podobna do Lele i obie przegapionego talentu bały się najbardziej, i chciały zostać wziętymi plastyczkami, bo je na to było stać (cholerna nerwówa – chodzenie z grypą na pracownię); wiedziały, żej warto się pomęczyć, żeby kupowali ich obrazki.

Przypomniałem sobie, jak Lele zimą robiła jakieś malunki na osiedlu WSM z Don Kichotem przysięgającym się na Boga i flamingami we mgle na wyciągnięcie ręki; święty wariat cieszy się, że dostanie magistra – mówiła Lele cała nastroszona i patrząc na nią wiedziałem zwyczajnie jedną rzecz: żagiel – dakron palił się trzydzieści sekund wtenczas, jak pływaliśmy szlakiem wielkich jezior na orientację, bo kompas zafałszowywał z powodu siekiery w plecaku i mieliśmy w łajbie zbunkrowane flachy bimbru z sokiem truskawkowym; stara drewniana śluza na korbę, że wrota rozwierały się powoli i cholerne gęsi pasły się w wiklinie. Więc patrząc na nią wiedziałem tylko jedną rzecz – jak mało kiedy – ale ona miała w twarzy jakąś szarość, że coś cię szarpało w środku i powtarzala potem, że mało co pamiętam z wakacji

Pobocze tamtego jeziora uginało się pod nami jak torfowisko – szliśmy wśród falujących drzew – zejście do jeziora w błocie, bo wodę spuszczali czy coś i ledwo znalazłem suche miejsce pod namiot, i wszędzie naokoło rosły dzikie jabłonie. Namiot z tropikiem i podłogą w deszczowy sierpień i widziałem w nocy jak deszcz bil po trzcinach, i wiatr w porywach ciął jezioro, i transmitowali festiwal chopinowski nad jezioro w świetle błyskawic. Ktoś wymyślił festiwal w zabytkowym pałacyku – w ratuszu na obrazach konnica wznosiła szable – dziad pod kościołem z witrażami prosił chleba i dzwony biły na Anioł Pański; czuję się wreszcie na wakacjach – mówiła i piliśmy piwo z deszczem; uwielbiam jak ty się otwierasz – mówiła – słońce masz w oczach, chłopaku, czemu jesteś taki smutny na pysku.

Jeździliśmy rowerami „na balonach” po miękkiej trawie w sadzie i powiedziała przed knajpą na parę stolików, że w środku jest zimniej niż na dworze, i usiedliśmy na drewnianej werandzie, i zobaczyłem nieruchomy zmierzch nad wodą. Nie miała nic pod letnią sukienką i cały czas wiedziałem tylko gdzieś koło siebie, że chcę ją dotknąć w środku, i nie chciało mi się ruszać. Trzymała ręce przez stół pod moją koszulą i głaskała mnie po piersi, i świetne sprawy opowiadała, i śmiała się ze mną z tego co mówiła; chodźmy gdzieś – powtarzała i siedzieliśmy dalej, i trzymała mnie wysoko za udo, a ja trzymałem rękę na jej piersi, i czułem jej palce na wierzchu dłoni; musimy się uspokoić – mówiła – wiem, że jestem głupia, ale kocham cię bardzo, chłopaku, i jestem z tobą cholernie szczęśliwa.

Więc teraz znowu w murowanej piwnicy architektury zobaczyłem Danka, jak biegał po zadymionych salach i zaczepiał pijane dupy, i powiedział, że umówił się z blondyną; doszedł Szmul cholernie pijany i w jego wyglądzie pojawiła się nowa rzecz – broda wyszła ze stanu embrionalnego i zaczęła wyglądać imponująco; oczywiście plus rudy wąs. Przysterował blond go-go z gołym brzuchem, do którego roztoczyliśmy wdzięk osobisty. Szmul dokonywał sztuk personalnych i udało mu się zaciągnąć blondynę do pracowni kreślarskiej na górze – Danek zaszył się w kącie i coś nawijał o hitlerówie Elzie Koch, która ze skóry swoich kochanków robiła abażury; wyszedłem na ulicę i za parę godzin miał ruszyć pochód 1-majowy, i pijana kurwa szła chwiejnie brzegiem chodnika.

Zaczepiali ją „krakowiacy i górale”, którzy przybyli w strojach ludowych na robotnicze święto i radiowóz zwolnił przy krawężniku, i potem ruszył na MDM. Szedłem piechotą w stronę PKiN-u, gdzie potem zdjąłem buty i skarpetki, i szedłem boso pod drzewami, w których dosłownie ryczały ptaki, i zobaczyłem pod niebem czerwone płachty z piętrowymi łbami Marksa-Engelsa-Lenina, którym brody powiewały na wietrze razem z czerwonymi flagami na wielkich dźwigach. Kamery telewizyjne na dachach wozów transmisyjnych i pod trybuną honorową obitą czerwonym suknem baba w kamizeli na ortalionie kręciła cukrową watę na patyku, cisnąc pedał ze zgrzytem, że cierpiałeś podwójnie na porannym kacu; maj jest okresem wielkich przelotów szybowcowych w Europie – powiedziały nagle gigantofony na Placu Defilad.



Reklama

Reklama

Treści chronione