TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Lipiec 5, 2016 | 12:24

IMIĘ TWOJE CZĘŚĆ ŚWIATA

TELAWIW OnLine: Zremiksowana wersja opowiadania Imię Twoje Część Świata, które drukowane było najpierw w Izraelu i potem w Polsce w tomie moich opowiadań pt. TEN ZA NIM. Rysunek Michaila Grobmana, mojego przyjaciela, strzelony kiedyś specjalnie do tego tekstu w telawiwskiej knajpie Bar H’Adom na Dizengoff.

Zamówiony przeze mnie kotlet po kijowsku

przywędrował do mnie po 45 min. z Kijowa.

(Nabokov)


Wiatr przemiatał piasek nad wydmami, które w pierwszym słońcu świeciły jak rok później panienki z Czarnobyla w ciemnościach. Egipscy pogranicznicy na spienionych wielbłądach z czerwono-biało-czarnymi proporczykami na teleskopowych antenach lecieli z ostrym wyciem wzdłuż linii granicznej. Po nocnym patrolu zmotoryzowanym czekałeś na zluzowanie z nogą na zawiasie płóciennych drzwiczek jeepa – zobaczyłem znowu te widmowe dromadery z oflagowanymi antenami.

Parę dni temu witaliśmy się z chłopakami w bazie poligonowej Cahalu i potem – zamiast przerzucić nasz oddział rezerwistów od razu na granicę z Egiptem – zagnali nas w nocy do malowania demobilowych czołgów sowieckich pod brezentowymi wiatami. Rano przyjechała ekipa japońskiej tv w ubrankach safari i w burzy piaskowej filmowała defiladę tych starych trupów zdobytych na Synaju jeszcze w „wojnie sześciodniowej” w 1967 roku.

Zobaczyłem teraz, jak Dawidow z przekrwionymi oczami szuka czegoś na mapie operacyjnej pokrytej zakurzonym plastikiem. Księżyc blednący nad zachodnim horyzontem – wszystkie sprawy zawężone do pustej szosy na skraju Synaju. Przypomniałem sobie, jak poprzednim razem robiliśmy tu wojsko pod koniec grudnia w porze deszczowej i wezbrany Potok Biały parę kilometrów dalej o mało nie porwał nam z prądem jednego z jeepów patrolowych.

Po północy butelka brandy Stock’84 chodziła przy ognisku ze skrzynek po amunicji – pierwszy wschód słońca anno 1985 w odkrytej kabinie terenowej ciężarówy zwanej „RIO”. Ale okej; patrolowa szosa na skraju półwyspu Synaj – po egipskiej stronie granicy rozespany żołnierz z kałachem na plecach odlewał się na wiatr z galeryjki wieży strażniczej. Niskie jaskrawe słońce prześwietlało trawy na wietrze; zharatany but wojskowy sterczący z wozu i cekaem na obrotowym statywie z reflektorem-szperaczem.

W cholernym namiocie z podwiniętymi połami nie dawałeś rady odespać zarwanej nocy; dodatki gazet z dupami od pijaru w Tel Awiwie – pod dymiącą kuchnią polową chłopaki kibicowali karaluchom uprawiającym seks w cieniu rozwianej flagi. Ktoś opowiadał sennym głosem, jak w czerwcu 1982 roku na południu Libanu przychodziły do nich w kwitnących sadach młode fatmy* z gołymi cycami.

Pod wieczór przelatywał pijanymi zygzakami, nisko nad naszymi głowami, biały śmigłowiec MFO** z Murzynami z archipelagu Fidżi. W nocy silny zachodni wiatr od Morza Środziemnego przewalał nasz sracz na wydmie. Trzaski i urywane rozmówki we włączonych nonstop radiofalówach w zapiaszczonych jeepach stojących między namiotami. Dawidow znosił samotność chyba najgorzej z nas i jakby dziwny uśmiech mącił szlachetny wyraz jego twarzy.

W czasie szabatu nie wyłączaliśmy generatora o świcie i przełączaliśmy go na 220V, żeby móc ogolić pyski elektrycznymi maszynkami. W cholernym generatorze zagnieździł się pszczeli rój. Wzdłuż szosy granicznej kwitły

agawy wypuszczające w górę metrowe tyki z kwiatkami i z takich kaktusów w Meksyku odciągają „mleczko” na tequilę. Po iluś latach odkrywałeś wciąż na nowo, że samotność nie jest najgorszą rzeczą do przetrwania w warunkach suchego tropiku.

Zbieraliśmy chrust w wyschniętym łożysku Potoku Białego i parę kilometrów od naszego campu była studnia „Bir-Malaga” z kamienną cembrowiną, gdzie kiedyś przystawały karawany arabskich przemytników. Robiliśmy tam sobie postoje na nocnych patrolach i beduiński tropiciel Dziucha, który z nami kursował – parzył świeżo zmieloną kawę z kardamonem na suszonym łajnie wielbłąda, albo przysypiał wtulony w nagrzaną maskę silnika.

Na otwartej przestrzeni widziałeś rozświetlone baraki MFO z obsadą Murzynów z Fidżi, którzy na swoich wyspach żłopią od wschodu do zachodu słońca. Dawidow opowiadał o dziewczynie, która robi witraże z motywami Kamasutry i zawsze słysząc jego samochód na podjeździe, czeka na niego w otwartych drzwiach bungalowu – ze szklaneczką Martini i z zieloną oliwką – grzechocząc przezroczystymi kostkami lodu z destylowanej wody.

Tranzystor ładował utwory z Sixties w pustynnym wietrze i facet z pirackiego radia Voice od Peace*** – nadającego ze statku zakotwiczonego poza wodami terytorialnymi Izraela – nawoływał do pokoju na Bliskim Wschodzie i picia tylko czystej wody. Zobaczyłem stadko kóz i owiec koło studni „Bir-Malaga” pod zakurzonymi sykomorami i Beduini zaorali kotlinkę między wydmami drewnianym pługiem ciągniętym przez dromadera, i wysiali tam pestki arbuza.

Koło studni rezydował wariat w krótkich spodenkach i wojskowych butach, który zbudował tam sobie budę ze skrzynek po pociskach i nieraz o świcie biegał z wrzaskiem za naszymi jeepami. Żywił się jakimiś resztkami i został tam podobno po którymś turnusie wojskowym, gdy wypadł z jeepa na zakręcie w stanie sennej nieważkości. Nic mu się poza tym nie stało, bo jako bramkarz w II lidze lubił czasem rzucać się do piłki, ale został tam na stałe.

Więc teraz myślałem, jak ostatnio przeprawiłem się promem przez Kanał La Manche na sztormowej fali z pijanymi górnikami Scargilla, którzy strajkowali od roku – dając się wkręcić w sowiecką próbę podłamania Zachodu. Dwumetrowy sztygar w kasku z lampką opędzał się od motylka-bielinka nad barem i kanarkowe fotele odbijały się w wielkich lustrach bufetu razem z bosonogą punkówą spijającą wiskacza z butelki na pokładzie za oknem.

*kobieta po arabsku

**Miedzynarodowy kontyngent obserwatorów na Synaju

***Radio Izraelczyka Abe Nathana, które przez wiele lat wzywało Żydów i Arabów do zawarcia pokoju.

Więc potem z tymi sztygarami w kaskach z lampkami dojechałem autokarem do Paryża, gdzie kierowca przegapił zjazd z autostrady – lecieliśmy obwodnicą częściowo pod ziemią – zwolniony ruch z gazeciarzami slalomującymi między samochodami. Paręnaście kilometrów dalej demonstrowali zadymiarze w arafatkach z szyldami PLO i flagami palestyńskimi – skoczyliśmy na cmentarz Pere Lachaise, gdzie górnicy od Scargilla zakupili z miejsca kosze białych chryzanten.

W cholernym deszczu szukaliśmy muru, gdzie w 1871 roku rozstrzeliwano Komunardów zwalanych do wspólnej mogiły, ale policjant w błyszczącej pelerynce skierował nas do nagrobka z datą śmierci dokładnie o 100 lat późniejszą. To był grób Jimma Morrisona, koło którego ludzie z czarnymi parasolami i kolorowymi balonami klęczeli w kałużach wstrząsani gwaltownymi spazmami.

Jest rano; kurz w pierwszym słońcu, walisz ogniem ciągłym w ruchome tarcze w kształcie przygiętych ludzkich sylwetek na strzelnicy między wydmami. Otwierasz butelkę Goldstara* zatrzaskiem pustego magazynka; na zakręcie stał pies, gwizdnąłem na niego i ruszyłem pełnym gazem – przełknąłem ślinę i odetkało mi się w uszach, i poczułem, że mam zapocone pod prawą pachą.

Poczułem nagle niesamowitą frajdę w środku, jakbyś był małym chłopcem i starzy wysłali cię ze słoikiem do prywaciarza po kiszoną kapustę, i wywrotka przywiozła na wasze podwórko kupę piachu z muszelkami. Wtenczas na zapleczu Nowego Światu przekopywaliście rowki między wielkimi kałużami, w których odbijało się na kolor wiosenne niebo z pierzastymi chmurami. Więc to był chyba jeden z tych momentów w pustyni, że nie wiesz, co jest grane.

Trasy zachodniej Europy, walisz betonowym pasem przed siebie – Groenningen w zachodzącym słońcu; Piazza Navona w Rzymie, gdzie kiedyś był stadion Adriana – Murzynki z kwiatkami kalkomanii na piersiach tańczyły reggae na pomnikowej fontannie z białymi mocarzami w laurowych wiankach. Za każdym razem w Europie odbywałeś pielgrzymki do swoich prywatnych miejsc świętych na miękkich nogach i nie mogłeś skoczyć tylko do Warszawy**, żeby zobaczyć jakiś trzepak, na którym jako dzieciak podciągałeś się na rękach lub zwisałeś na nogach.

Jazda pod zegarek na spacerowym biegu szosą patrolową. Nocny deszcz opadający gęstym oparem na pysk – pojedyncze krople leciały w ciemności – mokry asfalt wyglądał jak olbrzymie czarne lustro. Egipcjanie na swoich checkpointach nie mieli generatorów – oficerowie czytali Koran przy świecach. Po ich stronie w nocy odpalali kolorowe race nad piachami i Mubarak miał przyjechać na świątecznie iluminowane przejście Rafah, ale najwyraźniej benzyny mu zabrakło***, bo dojechał tylko do El-Arisz.

Wariat w krótkich spodenkach czerpał wodę wiaderkiem ze studni „Bir Malaga” i w pierwszym słońcu usłyszałem nagle „Marsyliankę”, którą zaczyna się dawny przebój Beatlesów. Tęcza trzymała na chmurze – w dresach z kapturami wyrzuconymi na robocze drelichy – zbieraliśmy chrust na ognisko w łożysku wysychającego potoku i plandeki wozów były mokre od nocnego deszczu; nagle dziwne uczucie, jakbyś łaził nad morzem w cieniu liściastych drzew.

Rzuciłem rozwalone pudło koło studni, żeby na nim usiąść – Dawidow leciał jeepem z ręką nad oczami, podskakując na wybojach i też oślepiło mnie słońce odbite w szybie, i potem jak odjąłem rękę, zabołały mnie oczy. Zarył ostro czterema kołami – kurz poszedł z wiatrem – przygazował silnikiem i zajechało benzyną; wyskoczył podciągając spodnie i kopnął w oponę; na siedzeniu leżał chleb i szwedzki klucz na rozerwanym rękawie khaki – oderwałem sobie kawał chleba i znowu usłyszałem tych Beatelsów.

Ale okej; Dawidow powtarzał wciąż na postojach że jesteśmy w odległości półtorej godziny jazdy szybkiej od zatoczki plażowej „starego Sheratonu” w Tel Awiwie, gdzie urzędują opalone dupy od public relations. Wróciłem do odkrytego jeepa z brezentowymi drzwiczkami i mały nakrapiany żółw łaził po siedzeniu – ręką przez kierownicę zacząłem stukać go w skorupę; przewaliłem go na wznak i zaczął wierzgać łbem i nogami w cholernym paroksyźmie.

Położyłem się na przednich siedzeniach z biegiem na jedynce i potem odwróciłem się bokiem, i leżałem z rękami ściśniętymi między udami. Chciałem sobie wytłumaczyć, co jest grane, ale łeb mnie rozbolał i dałem spokój; fajni ludzie, opowiadali swoje sprawy – jeep z podwiniętą plandeką; zmienialiśmy się miejscami – przesiadłem się na tylne małe siedzenie i czytałem jakieś stare gazety, i tranzystor ledwo grał, rozmowy jak w sleepingu.

Jeździlismy na dętkach klejonych łata na łacie – spuszczałeś jeepa z lewara i zaraz znowu musiałeś lewarować. Przed samym końcem patrolu poszła nam kicha na skręcie i jechaliśmy na obręczy – potem nas wyciągali sztywnym holem – jechaliśmy na holu za terenowym „RIO” i zobaczyłem płytką kałużę oleju, która rozszczepiała słońce i nie wsiąkała w piach.

*Popularne piwo izraelskie – lepsze z beczki niż z butelki.

**Izraelczykom z emigracji-68 odmawiali wiz do 1988 roku.

***Mubarak nigdy nie afiszował się kontaktami z Izraelem.


Którejś nocy wielbłądy przelazły luzem z egipskiej strony i beduiński tropiciel Dziucha powiedział, że nie miały żadnego obciążenia na garbach, bo w jasnym blasku księżyca ślady szły zygzakiem. Więc tym razem nie było tak, że chcieli przerzucić jakieś kałachy i granaty dla Palestyńczyków – tropiliśmy cholerne dromadery aż do kolorowego napisu „Welcome to Gaza” i nad ranem przymglone kontury palm na horyzoncie wyglądały jak rysunki jaskiniowców.

Na szosie nabrzeżnej między Gazą i Chan-Junes bose Beduinki pędziły stada owiec w tumanach mgły i kurzu – osiołki machały ogonami pod palmami daktylowymi, oganiając się od much. Na poboczach ciągnęły się kartofliska poniżej poziomu morza z wodami gruntowymi podchodzącymi pod samą powierzchnię – lubiłem patrzeć na tunele foliowe z drewnianymi pługami fellahów i arafatkami powiewającymi ze skrzypiących strachów na wróble.

Tropiciel Dziucha najbardziej ze wszystkiego nie znosił, jak beduińscy przemytnicy z egipskiego półwyspu Synaj – przechodzili przez granicę na podeszwach z baraniego futra. Zjeżdżając potem z patrolu wyhamowaliśmy w rozpędzie i w życiu takiego cyrku nie widziałem. Byk z pochylonym łbem stał pośrodku drogi – w odległości rzutu granatem – jakby nas chciał zrogować.

Wieczorami oglądaliśmy filmiki wideo – w promie kosmicznym z kanapami rokoko złota rybka nie chciała spełniać życzeń. Kaseta Cohena – 4 nad ranem, New York w grudniu, facet z różą w zębach. Przed nocnym patrolem jakiś oszołom z pneumatycznym młotem „Cobra” zagonił nas do kopania dołów w świetle księżyca – wracając potem nad ranem do campu zobaczyliśmy esowate, ociosane pniaki wkopane w piach, które były darem libańskiej Falangi* i miała z nich wyrosnąć puszcza cedrowa.

Momentami wszystko było OK – na postojach siedziałeś z butem na zawiasie płóciennych drzwiczek – tranzystor ładował arabską muzykę w gorącym wietrze, że z wrażenia dostawałeś morskiej choroby, jakbyś cwałował na wielbłądzie. Znowu złapaliśmy gumę na skręcie; w taki upał chciałbyś trochę pomieszkać – trzaski na łączach – w polowym telefonie na korbkę… przerywany krzyk dziewczyny jak zza morza: „Chcę cię nareszcie zobaczyć, chcę się wreszcie wygadać”. Zapiaszczona golarka zgrzytała na parodniowym zaroście.

24-godzinna przepustka – lecimy stopem do Beer-Szewy – w knajpie kibucowej baby z robótką zrywają się na nasz widok zza chłodniczej lady; schaboszczak z kapuchą i zimnym beczkowym Goldstarem. Wiatr przynosił piękny zapach sianokosów i bosonogie duńskie wolonterki w spranych szortach khaki, malowały kombajn, któremu nawalił zapłon i próbowały odciurkac benzynę szlauchem. Kierowca międzymiastowego autobusu otworzył okno i cisnął gruby plik gazet i reklamówek pod azbestową wiatę przystanku Egged.

W Beer-Szewie Beduini z tlenionymi kurwami szli na cmentarz brytyjskich żołnierzy z I wojny światowej. Burza piaskowa wdzierała się pod hotel „Oaza”, gdzie jak raz wznowili jakieś rozmowy z delegacją egipską – w targowy dzień owce pasły się na trawiastym pasie rozdzielającym przelotową trasę z włączonymi jarzeniówkami. Zobaczyłem ciemnoskórych Żydów etiopskich z kapłanem (kejsem) z białym parasolem, kupujących gumy do żucia w kiosku.

Na osiedlu z młodymi drzewkami ludzie w pasiastych piżamach oglądali w TV Moskwa defiladę rakiet balistycznych na Placu Czerwonym – facet ze złotymi kłami sprzedawał samowary na węgiel drzewny – 40 rocznica zwycięstwa nad Hitlerem. W szałasie koło szosy zamówiłem połówkę arbuza z wielkiej lodówy podłączonej do słupa trakcyjnego. Siedziałem na starej kanapie pokrytej płachtą i z głośnika leciała Um-Kultum** przebijana wiwatami spod mauzoleum Lenina, i zajechała zakurzona ciężarówa „tijulit” z weteranami na jutrzejszą defiladę

Zabrałem sie z nimi, bo jechali do Tel Awiwu – faceci z wiązkami orderów na białych koszulach z krótkim rękawem śpiewali rosyjskie pieśni partyzanckie i butelki izraelskiej wódki Gold kursowały między siedzeniami. Człowiek koło kierowcy nadawał w mikrofon: „Ja nastajaszczij ruskij aficier; ja był w samych trudnych bajach w Jewropie; mienia na wagzał w Maskwie praważdali admirały”.

Więc potem lecieliśmy szosą nr 4 oświetloną żółtymi jarzeniówkami i jumbo-jet schodził do lądowania pod Tel Awiwem – sprzedawali żółte tulipany z kubłów pod oświetlonymi wiatami przystanków z wielkimi fotami nadmorskich dziewczyn w bikini. Skręcająca szerokim łukiem przelotowa arteria Ibn Gwirol z samochodami jadącymi wolno pod drzewami – moment nagłego luzu, gdy wracasz z wojska lub z jakiegoś wyskoku do Europy.

Świetlne litery “żywej gazety” leciały pod wysokim niebem i zmieniały się kursy akcji w monitorach, i koło fontanny na placu Dizengoff ustawili dwa teleskopy wycelowane w kratery na księżycu. Facet w bosmańskim kaszkiecie sprzedawał zdalnie sterowanego robota z antenkami i błyskającymi światłami – nad schodami płynęły srebrne baloniki ulicznego sprzedawcy i nieogolony człowiek w kombatanckim berecie grał na akordeonie rosyjskie melodie.

W galerii handlowej Dizengoff Center pedały u fryzjera tapirowały się w trzymetrowym lustrze za balustradką z plexiglasu i mała dziewczynka odrabiała słupki pod włączoną suszarką, która zwiewała jej zeszyt z kolan. W jordanku koło podziemnego parkingu kobiety machały do bachorów na satelitach z bronią laserową i stary człowiek z tekturową walizką wjeżdżał schodami ruchomymi, nad którymi wisiała lotnia jak skrzydłowec Leonarda.

W wideograch trawiaste pobocza autostrady z łaciatymi krowami i reklamami – z kłębiastymi chmurami nad zbliżającym się miastem wieżowców – uciekały przed czerwonym kabrioletem, który ledwo wyrabiał przy wyprzedzaniu. Celowniki strategicznych bombowców przemiatały nad konturami zalesionych wysp i kontynentów i przez okienka kasowe multipleksu dmuchało zimne powietrze z zapachem Coli i popcornu. Przeciąg wydymał kotary pod zielonymi napisami “Exit” i jakieś gołębie miotały się pod dachem.

Zaśnieżone uliczki Pragi Czeskiej i Mozart przebijany zespołem Duran Duran z sąsiedniej sali – przypomniałem sobie duński film*** z Euroszimą w lunatycznej poświacie, gdy egipski policjant rżnął japońską kurwę na garbusie-VW.

*Maronici sprzymierzeni z Izraelem.

** Słynna piosenkarka egipska.

***”Element zbrodni” Von Triera.

Na samym dole w podziemnym schronie przeciwlotniczym otwierali wystawę obrazów i dziewczyna czekała na mnie koło pozłacanego posągu Buddy naturalnej wielkości, grzebiąc nerwowo nogą w trocinach na betonowej podłodze. Dotknęła mojego ramienia i przyciągnąłem ją mocno do siebie; przytrzymała się czegoś, żeby na mnie nie polecieć – patrzyła na mnie przez chwilę z przechyloną głową. Zostawiła samochód obok na dolnym parkingu.

Na rozświetlanej fleszami ulicy kombatanci RAF i Armii Czerwonej szli w nogę do rytmu werbli wybijanego przez skautów w krótkich spodenkach – kolorowe baretki odznaczeń i ręcznie malowane szyldy VE Day. W podwójnym rzędzie telewizorów na wystawie leciał stary western z facetami w kożuchowych kurtkach, z giwerami z przyciętymi lufami – zimowy zachód słońca nad Górami Skalistymi – totem indiański sterczący krzywo na lawinowym zboczu z ośnieżonymi świerkami.

Z zaciemnionej synagogi dochodził chóralny męski śpiew z waleniem w pulpity – zapłonął wielki kryształowy żyrandol – oświetlając spocone kobiety z walcharzami stłoczone na balkonie. Po drugiej stronie ulicy chasyd w rogowych okularach zaglądał w okno podziemnej garderoby Hali Kultury, gdzie tancerki w różowych trykotach przymierzały baletki. Ich odbicia w zaparowanym lustrze na całą ścianę wyglądały w smugach światła jak na obrazach Degasa.

Wieżowce brylanciarzy – bezkolizyjne skrzyżowanie nad kanałem Ajalon – na dachach biurowców i warsztatów wielkie billboardy z pędzącymi wskazówkami zegarów dworcowych. Z przelotówki skręciliśmy w prawo do Bnej-Braku* i wąskimi zaułkami dojechaliśmy do piekarni “Wisznice” między marmurowymi frontonami jeszybotów oświetlonych pomarańczowymi jarzeniówkami. Zgarnąłem zlepione ciepłe bułki prosto z blachy u chasyda z pobielałą od mąki twarzą clowna cyrkowego – wewnątrz wozu pod gwiaździstym niebem zapachniało nagle gorącym chlebem.

Przyciskała mnie potem do siebie z całej siły – skręcona w połowie ciała obejmowała poduszkę, zatykając sobie nią usta – momentami widziałem jej głowę na tle oświetlonego biurowca nad rozwianymi koronami palm. Na drugi dzień zawody tenisowe pod miastem – siedzieliśmy wysoko na betonowej trybunie – ostre ścięcia znad głowy w grze podwójnej pań chuchających na rakiety jak na Roland Garros. Po paru piweczkach TLV świetnie wygląda – tłumaczyłem sobie – nigdy chyba nie widziałeś tylu fajnych spraw naraz; niezły pomysł na życie w świętym kraiku.

Włócząc się nieraz godzinami po Tel Awiwie odkrywałeś wciąż na nowo, że to jest kompletnie zakręcona zbitka żelbetowego socrealu i Otwocka, Manhattanu i Carskiego Sioła, postkolonialnych rezydencji z palmami i zapyziałego Orientu – niekoniecznie musiało komuś dawniej na tym zależeć; cholerny postmodernizm, przyczajony i drapieżny, normalny obłęd – mówiłem sobie.

Skoczyliśmy do knajpy w starym wagonie kolejowym i przez cały czas o niej nie myślałem, a właściwie myślałem mało – odechciało mi się gadać o jakichś numerach z wojska. Siedziała koło mnie w słomkowym kapeluszu z szerokim rondem – jakby trochę bokiem, w kwiecistej sukience z gołymi plecami – zmuszałem się coraz mniej, żeby o niej nie myśleć i tamta samotność w pustyni wydała mi się nagle łatwiejsza, i tak o tym myślałem.

Wygrzebywała zieloną sałatę ze szklanej michy, że normalnie kojarzyłeś zająca na zagonie – i tak się do niej miałem; wszędzie już leżały jej kolczyki i pierścionki w większych ilościach, które pozdejmowała i poutykała pod różnymi solniczkami i stojaczkami z przyprawami. Wyciągnęła do mnie rękę jakoś powoli – głos jej łagodniał w takich momentach – trzymała rękę na stole, która nagle wydała mi się cholernie elegancka; patrzyłem na jej twarz – zamyślona uśmiechała się tym swoim fajnym uśmiechem; muszę już iść – powiedziałem, a ona poszła za mną.

Podwiozła mnie na plac parkingowy pod halą sportową Jad Eliahu**, gdzie w zapadającym zmierzchu czekałem na autobus, żeby wrócić do wojska. Arab z tranzystorem holował wbite w siebie wózki koszykowe pod hipermarketem i zapalili kolorowe żarówki na sznurach w górze. W hangarze warsztatu samochodowego sprawdzali ustawienie świateł i na zapleczu sali bankietowej koło odkrytego basenu z wieżą do skoków suszyły się białe kurtki kelnerów.

Facet w grubych okularkach z powiększonym zezem praptaka sprzedawał bejgele z sezamem pod oknami autobusów z rezerwistami – płomień grilla chodził po kurczakach na wietrze. Zobaczyłem stragan z łaciatymi misiami i potem takie “koale” sprzedawali na rozjeździe ukrzyżowane na pickupie z podwójną kabiną. Młode eukaliptusy na poboczu szosy w Negewie wyglądały w światłach wozów jak brzozy w Europie – przypomniałem sobie nagle, że koale narkotyzują się listkami eukliptusów i potem przysypiają na drzewach.

*Dzielnica ortodoksyjnych Żydów

** Obecnie – Hala Nokia

Ale okej; potem znowu opowiadałem chłopakom, jak kiedyś obaliłem szampana w Stambule nad Bosforem pośrodku “wiszącego mostu” między Europą i Azją, ale oni chyba nie czuli tego bluesa. Dawidow wysprzęglał przy zmianie biegu. Czerwona kula zachodzącego słońca wisiała nad wydmami – zjeżdżając z asfaltowej szosy spuszczaliśmy trochę powietrza z opon, żeby nie ugrzęznąć w piachu – momentami na wykrotach leciałeś jakby w powietrzu.

Lubiłem patrzyć jak wiatr porusza wielkie srebrzyste Zeppeliny obserwacyjne nad młodymi palmami z bielonymi pniami. Ktoś brzdąkał na gitarze; wariat w krótkich spodenkach khaki i w rozwalonych wojskowych butach leciał środkiem jezdni, nie zważając na patrolowe jeepy. Zobaczyłem ciężarówy na poboczu i faceci w zielonych czapeczkach Keren-Kajemet* sadzili jakieś drzewka na wydmach, i musieliśmy obstawiać tych sadowników.

Oparłem nogę na gumowym kanistrze – beduińskie owce i czarne kozy koło studni “Bir-Malaga” – usiadłem na piachu między kaktusami i oparłem się łokciem w kępie ostrej trawy. Luźne rozmówki, miss obiektywu, wolna na rynku, pęta się, szuka faceta. Zacząłem się zastanawiać, czy kiedyś będzie mi się chciało opowiedzieć tym ludziom w Cahalu, jak kiedyś w Wonderful Copenhagen kapslowałem piweczka w browarze Tuborg – w ramach studenckiego jobu, bez podatku – żeby ruszyć potem w Europę.

Metraż miałem na strychu – coś tam studiowałem – potem w Galilei robiłem za wolontariusza na wykopaliskach obejmujących parę tysięcy lat. Mieliśmy barakowóz, kapiący kran i stołówkę namiotową – odkopywaliśmy mozaikę z pawiami i drapieżnikami, której narożnik odkryli, gdy buldożer odsłonił ogon pantery wygiętej do skoku. Potem odkryłem, że 4-godzinnego lotu do brzozowego lasku w tumach mgły przed lotniskiem Kastrup w Kopenhadze nie da się nadrobić paroma tysiącami lat w tej ziemi.

W wojsku przypominają się różne numery i nie ma sensu niczego tłumaczyć. Najgorsze były momenty samotności – ostry skowyt w środku, że myślałeś normalnie, że się przekręcisz z żalu. Dawidow opowiadał, jak w Libanie rozciągali w nocy kolczaste druty koło ruin twierdzy krzyżowców Beaufort – buldożer wyrównywał podjazd dla ciężarówy RIO, która potem ugrzęzła w błocie, i drugi buldożer z rozpędu o mało nie wpadł w przepaść.

Tym razem wojsko zleciało mi dosyć szybko – ostatni patrol z flachami Stock’84 – znowu złapaliśmy jakieś gumy i Dawidow z chłopakami dostali odpału. Rano znaleźliśmy ślady tygrysa na piachu i generał z pneumatycznym młotem zrobił nam pożegnalny apel z podniesieniem flagi. Zobaczyłem jak tropiciel Dziucha wychodzi z bungalowu, przerzucając w rękach kawałek lodu i zluzował nas nowy skład rezerwistów, przejmując cholerną szosę patrolową.

Starym mercem benz z rozwalonym kogutem TAXI i haftowanymi firankami z frędzlami jedziemy z Dziuchą do jego beduińskiego obozowiska za Beer-Szewą; tancerka brzucha miota się na wietrze pod lusterkiem – reklamowe billboardy odbijają słońce, sianokosy, pola słoneczników – ciepły zapach obornika koło kibucu. Niebieskie ule pod przydrożnymi eukaliptusami i wielkie klatki z białymi kłakami bawelny.

Wjeżdżamy do “miasteczka rozwojowego” Ofakim nabrać benzyny – gabloty z falaflem i pestkami słoneczników – facet w białym smokingu płynie dżonką w tv. Sznury z plastikowymi czerwonymi chorągiewkami Coli w bufecie Gilat. Syczała para z ekspresu – dzieciak jechał na krowiej dupie, trzymając się naprężonego postronka. Beduini w brudnych kefijach sprzedawali kalafiory i adidasy koło pompy paliwowej. Trzy baby z wielkimi rolkami we włosach targały się z wrzaskiem pod pomnikiem z pomalowanym na czerwono starym sowieckim czołgiem z zadartą lufą.

W zabitym dechami kinie na rynku zrolowane fotosy tureckich i indyjskich filmów w zakurzonych gablotach. Z przyczepy ściągali po trapie wierzgającego byka i chłopaki z walizkowymi radiomagnetofonami siedzieli nieruchomo na krzywych barierkach – jak cholerne audiofile w dużych miastach wegetujący w norach z aparaturą Hi-Fi.

Szosa na Beer-Szewę; żołnierze z wielkimi torbami khaki na trempiadach*, cmentarzyska starych trupów – złomowane krążowniki szos na zardzewiałych autobusach. Przypomniałem sobie nagle, jak wtenczas w Galilei jechaliśmy rozwalonym Studebakerem między trawiastymi wzgórzami i byłem szczęśliwy jak nigdy w życiu. Stada owiec zachodziły nam drogę; arabskie wiochy z rozwianą bielizną na dachach; między kamiennymi domami dym z palenisk i steki na węglu drzewnym pod meczetem.

*Fundacja zajmująca się zalesianiem Izraela.

**Przystanki dla żołnierzy jeżdżących stopem.

Więc potem narastający terkot generatora w powietrzu – beczenie owiec na piaszczystym płaskowyżu z kolorowymi cysternami. Allah nie poskąpił deszczu w tym roku i Sulejman, młodszy brat tropiciela Dżuchy, tłumaczył, że jak się robi gorąco przenoszą obozowisko na wzgórze, a w porze deszczowej do kanionu ze świeżą trawą dla owiec. Gościnna chata na wzgórzu – stary beduiński cmentarz – senior rodu Abu-Rabijów w rozwianym burnusie, z ozdobnym kindżałem i w białej odświętnej kefiji przyzywał nas szerokimi gestami.

Biała klacz oźrebiła się Abu-Rabijom i nie dawała do siebie podejść ogierom – psy szczekały na koguty koło owczarni z falistej blachy. Wewnątrz gościnnej chaty okrągłe palenisko z mosiężnymi przyrządami do kawy na popiołach z węgla drzewnego; podłoga wyłożona kobiercami i materace z poduszkami pod ścianami; Sulejman raz po raz leciał z wiadrem do cysterny i skraplał wodą piach za progiem, żeby nie nawiewało do środka przez otwarte drzwi.

Dzieciaki przyniosły michy z ryżem i baraniną, spod których wygrzebywałeś wielkie płachtowe “pity” pieczone w gorącym piachu. Jedliśmy gołymi rękami, siedząc ze zdjętymi butami na podłodze i lepiąc piguły z ryżu, i potem dzieciaki obmywały nam ręce ciepłą wodą. Gorzkawo-kwaskowata kawa na dnie małych filiżanek; Sulejman rozgarniał węgle i wiatr huczał w wylocie na dym, i bosa dziewczynka zapiaszczonym pilotem skakała po kanałach w telewizorze.

Ród Abu-Rabijów wywędrował kiedyś z Półwyspu Arabskiego, bo pokłócili się o jednego dromadera, którego zabrakło im do okupu. Mieli w ramach sulchy* z innym plemieniem ofiarować setkę wielbłądów za to, że zasztyletowali jakiegoś napalonego małolata, ale tamci stanowczo odmówili przyjęcia 99 wielbłądów i też zasztyletowali małolata Abu-Rabijom. Senior rodu tłumaczył teraz, że woleli opuścić tamte strony, choć dziś siedzieliby tam na jakichś polach naftowych.

Sulejman podwozi nas pikupem bez numerów rejestracyjnych do szosy, gdzie chodzą autobusy międzymiastowe. Mówi z przekonaniem, że najlepsi orientaliści pochodzą z Europy wschodniej. Jego profesor na Uniwersytecie Ben-Guriona w Beer-Szewie zna na wyrywki wszystkie części ciała wielbłąda w liczbie 40 i parzy kawę lepiej niż senior Abu-Rabija. Chmary kruków nad wysypiskiem – pachnie rozgrzanym asfaltem i świeżo skoszonym zbożem – słychać szum za plecami.

Jazda autobusem Egedu do Tel Awiwu. Z dawnego nasypu kolejowego na ulicy H’Rakiewet** zobaczyłem brudnożółty, widmowy budynek koncernu prasowego, gdzie miałem znowu zjawić się po wojsku. Za piętrowymi szybami rotacji w neonowych światłach drukował się nakład gazet w sześciu językach. Parking na dawnych torowiskach z barakiem z rampą “Komora celna” – kępy polnych traw znikąd – dziadek w budce z zamontowanym samochodowym lusterkiem stemplował karty postojowe.

W domu pocztowy worek z gazetami na tapczanie i dziewczyna nagrała się, że wraca pojutrze nad ranem, i żebym nie zapomniał odebrać wozu z warsztatu. Wsadziłem na łeb słuchawki i słuchałem Johna Coltrane – łaziłem boso po kaflowej podłodze i wycierałem plecy fajnym ręcznikiem. Wyjąłem puszkę piwa z lodówki – w telewizorze poczty sztandarowe defilowały na Górze Herzla w Jerozolimie – strzeliłem szybko drugi browar i postanowiłem skoczyć na miasto.

Wideobary” nad morzem z wielkimi wentylatorami tłoczącymi na dwór tłuste opary frytek – punkowcy przed magnetowidami z zespołem Duran Duran na tle wieży Eiffla z planu filmowego najnowszego Bonda. Kolorowe race strzeliły w ciemność nad hotelem z dyskoteką na dachu – niosły się dźwięki elektronicznej muzyki – kurwa wspinała się chwiejnie do szoferki białej cieżarówy UNIFIL. Policjantki w odblaskowych kamizelkach kierowały ruchem na nabrzeżu.

Dyskotekowy tłum w amfiteatrze przed lustrzankową rotundą i dołem przejechał wóz straży pożarnej na syrenie – tęczowe ośmiornice żerowały w podświetlonym barze-akwarium na przystani jachtowej; dziewczyny na wrotkach robiły jaskółki na falochronie – wanty dzwoniły na gołych masztach w ciemności. Potem w starym porcie koło ujścia rzeki Jarkon do morza zobaczyłem oświetlony komin elektrowni – słonie z baldachimami przed hurtownią LEGO – połykacze ognia ćwiczyli na boisku nad wodą, gdzie rozstawili wielki namiot cyrku Medrano.

Na placu między warsztatami przystanął różowy mikrobus z lodami i kierowca włączył pozytywkową melodię z Doktora Żiwago. Zobaczyłem samochody z otwartymi maskami na błyszczących palach i wyklepane błotniki z ceglastą minią. Na wysokości I piętra wisiał żółty kantor z doniczkami pelargonii w oknach – rozebrany do połowy facet jak Michelangelo ustawiał samochodowe drzwiczki na wielkim regale obrośniętym pnączem, i potem spryskiwał je sprężoną wodą z rykiem jakby syreny fabrycznej.

Zobaczyłem swoje odbicie w szybie niebieskiego jeepa Suzuki z chartem na “smyczy ze spadochronowego płótna” i zaleciało karbidem, pizzą i zdechłymi kotami. Parę minut później Hilary w srebrnym lisie z wytrzeszczem szklanego oka zawisła nagle łokciem w powietrzu, gdy szwajcar hotelowy ze złotymi akselbantami otworzył jej gwałtownie drzwiczki taryfy przed Hiltonem.

W przyćmionym świetle lobby zobaczyłem libańskie zakonnice z różańcami z drewna oliwnego i szwajcar wystawił walizy z przytroczonymi kołami wyścigowego roweru przez rozsuwane bezgłośnie drzwi. Gwizdnął na taryfę z reklamą komputera i taksówkarz wyciągnął ze schowka plan miasta, i włączył elektroniczny taksometr. Zobaczyłem Hilary koło metrowego posągu fallusa z brązu – płonące pochodnie pod rozwianymi flagami – grali Chopina na białym fortepianie z kandelabrem.

Murzynka w czerwonym t-shircie upuściła niebieski kamień ejlacki na posadzkę z czarnego marmuru. W “salce palmowej” ostrzeliwali fleszami Jose Feliciano w ciemnych okularach – metaliczne błyski w półmroku rozświetlały upudrowaną twarz ślepca, nie dajacego rady powstrzymać grymasów rozpaczy. Jakiś menago w garniturku z granatowego tenisa zaczął wrzeszczeć, żeby przestać. W ostrych światłach dwóch pierrotów we frakach witało gości digitalnymi ruchami robotów, podając im plastikowe bukieciki.

*Proces przywracania spokoju (arab.)

** Kolejowa (hebr.)

Barman w czarnej kamizelce i fosforyzujących skarpetach wykopywał złotego peta czubkiem krokodylowego lakiera. Reklamowe, odblaskowe banery Dinners Club z czarnymi pi*dami na niebieskim tle. Kosze z więdnącymi białymi tulipanami, butelki vintage zatkane gumowymi krasnalami i damami dworu w krynolinach. Co chwila dochodził ktoś nowy – niedoćpani reklamiarze z Azjatkami w miniszortach i z wachlarzami – jednej fajnej mordy nie widziałem.

Hillary zezowała ostro zza lusterkowych okularków, popijając zielonego drinka z tłuczonym lodem – z mocno odsuniętym paluszkiem. Drukowała ostatnio jakieś songi „przeciw okupacji Kraju Cedrów i polowaniom na wieloryby” – ktoś w sportowej marynarce raz po raz mi ją zasłaniał.

Grobman wykrzykiwał, że strzelił artystycznego samobója, lądując na stałe w Tel Awiwie, bo reszta awangardy moskiewskiej poleciała na Manhattan. W sumie spokój – wpatrzyłem się znowu w jakieś banery – czułem się dosyć luźno w tym barze z czarnymi lustrami z sinym neonem.

“Nie jebijsja” – powtarzała zapalczywie Irynka z rodziny dekabrysty Rylejewa – miała pracownię w arabskiej ruderze z fontanną w Jaffo na południu Tel Awiwu. Lubiliśmy u niej nieraz grać w bilarda na stole podpartym pustakami – między naturalnej wielkości ciężarnymi Pigmejkami z waty tapicerskiej. Na strychu w kufrze z okuciami trzymała rulony sturublówek z wodnym znakiem Katarzyny Wielkiej, które zaczęła nagle rozdawać pod koniec pory deszczowej.

Hillary przypalała papierosa, którego ognik skakał po jej twarzy, która nagle zrobiła się półsenna. Pod srebrnym lisem z wyszczerzonym ryjem miała panterkę na gołe ciało – jaskrawe ślady szminki na rżniętym szkle – mówiąc coś ledwo poruszała wargami i przygryzała wisiorek, którym głaskała się po policzku. Chciała, żeby podrzucić ją do samochodowego kina DRIVE IN, gdzie była umówiona.

Przed wejściem blondyna w ślubnym welonie rzygała z limuzyny z szoferem, oblepionej ciętymi kwiatkami, kokardami i balonikami. Szwajcar ze złotymi akselbantami wzywał gwizdkiem taryfy dla turystów, którzy ostrzeliwali fleszami szkielet dinozaura przed jaskrawo oświetloną galerią. Na szosie nadmorskiej jeździły odmalowane jaskrawo amerykańskie kabriolety – cadillaki i chevrolety – z wielkimi flagami izraelskimi; faceci po kilku na przednich siedzeniach walili w karoserie do rytmu klaksonów.

Poczułem wiatr od morza. Rozmazy świateł leciały po szybie – chórek mieszany wył alleluja. Na bulwarze Ben-Guriona pod drzewami ze sznurami kolorowych żarówek orkiestra strażacka z czynelami grała do tańca. Na placu Dizengoff leciał z głośników Cohen z damskimi chórkami – ludzie tańczyli na jezdniach i chodnikach. Dalej na północ w Cafe Stern na małej estradce pod markizą faceci w spranych t-shirtach grali jazzowe tematy na klarnetach.

Hillary ścierała powoli serwetką czerwoną szminkę z warg – światła odbijały się w jej lusterku – potem nagle rozpuściła włosy i objęła kolana rękami. Widziałem momentami jej opalone nogi i ramiona. W ostrym podjeździe na estakadę zobaczyłem bieżnię stadionu lekkoatletycznego nad ciemnym Jarkonem – błyszcząca kopuła Planetarium odbiła księżyc skośnym błyskiem – wysokie okna Muzeum Krajowego podświetlone były żółtymi jarzeniówkami.

Puściłem kasetę Don’t cry for me Argentina – świetny numer, że chciałbyś obalić się z nogami na kanapie. Przypomniałem sobie, jak w knajpie pod miastem, dziewczyna patrzyła na mnie z uśmiechem, który rozświetlał jej twarz. Trzymała na ramieniu wielki słomiany kosz – siedziała z łokciem w tym koszu, na którym miała przewiązaną fioletową chustę – nagle mocno się do mnie przycisnęła.

W kinie DRIVE IN wozy podłączone do głośników – ktoś błysnął długimi światłami, rozjaśniając dół ekranu – młodzieżowe parki z kampusu po drugiej stronie szosy – na stromej skarpie – czekały, żeby zaliczyć za frajer pornola pod niebem. Dama w kapeluszu waliła konia gondolierowi w pasiastej koszulce pod wygiętym mostkiem – kończyli puszczać zwiastuny – oparłem się o piętrowy afisz z shotgunem i wyciągnąłem kubek Coli z automatu.

Z wagonika kolejki linowej w ciemnościach nad drzewami niosły się piski obściskiwanych dziewczyn – w wesołym miasteczku chodziły oświetlone karuzele. Szczęknęły ostro kolce zaporowe przy wyjeździe na szosę – jacyś ludzie łapali stopa na zakręcie – z chwilę potem zobaczyłem cieżarowę z żółtą lawetą czołgową, z której wyładowywali kadłub starego żaglowca przed lunaparkiem.

Na Terenach Wystawowych (Ganej Taarucha) samojezdna drabina strażacka chodziła chwiejnie nad oświetlonymi trawnikami – antywojenna rzeźba Igala Tomarkina z zardzewialego złomu demobilowego majtała się na haku dźwigowym. Była tam ekspozycja Cahalu z okazji Dnia Niepodległości – śmigłowce Cobra z bronią pokładową – manekiny w pozycjach strzałowych – katapultujące fotele i kabiny pilota symulujące start myśliwców Phantom.

Wyły przeraźliwie syreny Obrony Terytorialnej – makieta przestrzenna otwartego miasta Tel Awiw – kręciły się z wizgiem radary na dachu wieżowca Migdal Szalom i błyskały światła alarmowe w rejonach bombardowań. Transportery z wyrzutniami rakietowymi – dwuosobowy czołg Hotchkiss z wojny 1948 roku – okopane gniazda moździerzy, cekaemów i rakiet przeciwpancernych; falista blacha, worki z piachem i maskujące sieci.

Świeżo ogolony facet z opaską HAGA** na ramieniu zdusił peta w dachu biurowca Rady Miejskiej. Przypomniałem sobie, jak ostatnio przed wojskiem zjeżdżałem z XII piętra tego biurowca, gdzie na konferencji prasowej chrzanili o komputeryzacji sygnalizacji miejskiej – szybkobieżna winda hamowała bezgłośnie na pietrach, zasysając sprzątaczki ze szczotami i sztuczną falą w emaliowanych wiadrach.

Przypomniałem sobie teraz narożny bar Prince od Wales pod filarami na wprost Rady Miejskiej, który kiedyś był moją ulubioną metą w tym mieście. Siedząc twarzą do ulicy, miałeś rzut na zoo po drugiej stronie i wystające nad murem przeżuwające łby żyrafie – z drugiej strony przed Rada Miejską w rozwianych bryzgach fontanny prześwietlonych słońcem trzymały krótkie tęcze.

Na początku lat 80. wykopali całe to zoo za miasto, a bar Prince of Wales zaczął przenosić się coraz dalej od rogu i ostatnio sąsiadował z komputerami, na które wskazywał Chaplin z czerwoną różą w kieszonce. Ale pamiętam, jak lazłem tam kiedyś i byłem cholernie zakochany w dziewczynie, i zobaczyłem nagle w zachodzącym słońcu prześwietlone na przestrzał różowe flemingi na wybiegu w zoo.

Wszedłem teraz na dochodzący do ziemi kopulasty dach pawilonu wystawowego – w dole błyszczało sztuczne jeziorko z trzcinami i zwiezionymi skądś wielkimi głazami. W narożniku studio mobilne rozgłośni wojskowej Galej Cahal nadawało, że w centrum miasta kręgi Hory odpływają powoli w stronę morza. Po drugiej stronie w ogródku knajpowym pod sosnami obrusy zajęły się od płonącego ponczu i kelnerzy pryskali pianowymi gaśnicami – wyglądało jakby się obrzucali tortami w niemym kinie.

Ale okej; potem na promenadzie nadmorskiej Tel Awiwu – z nowymi wieżowcami i meczetem Hassan Beck – grube bajadery „Hari Kriszna” z bębenkami lecialy tanecznym krokiem pod kulistymi latarniami. W namiocie na szerokim trawniku pod Delfinarium kobieta przyzywała boskiego imienia.

*Fale Cahalu.** Obrona Terytorialna

Nagle zrobił się biały dzień – Arab zamiatał chodnik pod piętrowym parkanem z afiszami na rogu – straganiarze w strojach tenisowych z pękniętą tęczą na kieszonkach otwierali kramy na szuku Karmel. Nad morzem pierwsze autobusy skręcały za dawną Operą, gdzie nawiedzona szefowa w krynolinie Editte de Philipe sprzedawała kiedyś gumę do żucia w przedsionku i wpuszczała żebraków do ostatniego rzędu po trzecim dzwonku.

Panienki w kostiumach wiktoriańskich ćwiczyły areobic na plaży – facet w pomarańczowym podkoszulku i rozwianej arafatce ustawiał pasiaste leżaki nad wodą. Wybebeszona na ulicę kabina projekcyjna kina PARIS z dyskoteką w piwnicy – zielone szczoty piórkowe odkurzały witrynę sekty od transcendentu. Opalony dziadek w słomkowcu wyciągał laską Playboya z żelaznej skrzyni na makulaturę.

Zamówiłem śniadanie na tarasie knajpy ze starymi jakby kuchennymi kaflami pod nogami – dyplomatyczne merce z chorągiewkami bantustanu Ciskei zajeżdżały pod siedzibę Partii Pracy na Jarkonie 110. Na bulwarze z drzewkami jacyś punkowcy żarli falafla na trawie przed białym domem-muzeum Ben-Guriona z oflagowaną budką wartownika.

Więc potem w barze Amiram szklanki dzwoniły, gdy ciężarówy wjeżdżały na most nad rzeką – najlepszy punkt wylotowy z miasta – pod nogami miałeś świeżo zheblowane wióry. Po paru piwach zaczynałeś nagle widzieć maskotki pod lusterkami wozów – damy dworskie i cholerne pandy – ale teraz nagle zobaczyłem Dzieciątko Jezus w celofanie podwieszone pod wypchanym plecakiem z polską flagą u faceta idącego chodnikiem w luźnej grupie Japończyków.

Szukali jakiegoś hostelu nad Jarkonem i zagadałem do niego po polsku przez otwarte drzwi – strzeliliśmy zaraz po Goldstarze, o którym czytał u Hłaski – pokazał mi paszport z doklejoną harmonijką z wstemplowanymi wizami, którą chciał potem odciąć nożyczkami przed powrotem do prl.

Opowiadał, jak kadrował ostatnio jakiś stadion w Trypolisie, bo sobie przypomniał akredytację od polskiej sportowej gazety i mało go nie zabili żandarmi pułkownika Kadafiego, bo stadion maskował wyrzutnie rakietowe. W Jerozolimie rezydował koło Bramy Damasceńskiej u sióstr Elżbietanek, które zobligowały go do przewiezienia Dzieciątka Jezus, na które złożyła się cała parafia z poznańskiego.

W nocy miał czarter do Bukaresztu i tylko odebrał pocztę u faceta w kraciastej six-pensówie w portierce hostelu – samochodowe zwiedzanie miasta – jadąc potem na lotnisko, pokazalem mu wiatrak z prawej strony szosy. Jak był mały wieszał się na skrzydłach takiego wiatraka, bo jego dziadek miał młyn na rozstajach, który potem przenieśli do skansenu i nie dali im zrobić tam gospody.

Cztery wielkie eukaliptusy przed terminalem – zarośnięci młodzieżowcy chrapali w śpiworach na podłodze – gruzińscy tragarze ze złotymi zębami grali w kości. Przed salką dla VIP-ów półnagie Murzynki z bantustanu Ciskei tańczyły z towarzyszeniem tam-tamów i potem tanecznym krokiem ruszyły do duty free – jacyś chasydzi z tobołami pod zielonymi monitorami pogubili okularki z wrażenia.

Wracałem do miasta z gazem do dechy pustą autostradą z bandami obrośniętymi krzakami różanymi – oświetloną żołtymi jarzeniówkami. Facet zapomniał zabrać Dzieciątko Jezus w celofanie z tylnego siedzenia i nagle usłyszałem bicie Big Bena z Londynu jakby tuż obok siebie – BBC ze stacją przekaźnikową na Cyprze ładowała jazz na żywca.

Po mieście kursowały już stare, zdezelowane, niebieskie cieżarówy z pieczywem na dachach i faceci ustawiali chleby sztorcem w pudłach przed zamkniętymi sklepami. Na placu przed Muzeum Tel Awiwu dwa psy sczepiły się na podmurówce między rzeźbami antywojennymi i jakieś ptaki latały nisko między drzewami z czerwonymi kwiatkami.

Stojąc przed wejściem do muzeum oparłem się o stalowy posąg rozluźnionej kobiety Henry Moore’a, na którym zebrała się nocna rosa i na szczycie wieżowca IBM wygasili światła – jak po ostatnim błysku neutronowym.

TEL AWIW 1985



Reklama

Reklama

Treści chronione