TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Maj 30, 2014 | 2:54

MIASTO (opowiadanie) i 6 wierszy – RENATA JABŁOŃSKA

Okno jak ekran cinemascope. Widziane z góry, ciemniejące drzewa w rozległym parku. Samolot „Arkiji” nabiera wysokości. Morze na horyzoncie – tajemnicze, przyciągające. Wielki, gorejący krąg zatapia się powoli w bezmiarze wody.

W windzie lustro. Twarz jak obca. Gorycz.

Szosa pełna ruchu. Reflektory samochodów omiatają asfaltowe wyboje i przydrożne krzaki. W autobusie para wystrojonych staruszków, kilka krzykliwych dziewczyn i ponurak z fajką. Radio chichoce głosami „Gaszaszim”.

W starej dzielnicy – starym sercu miasta – cisza i ciemność. Z rzadka świeci jakieś okno. Zakurzone konary zmęczonych wielkich drzew kołyszą się

nieznacznie. Puste domy, z rozdziawionymi gębami okien bez szyb i bezdrzwiowych framug, opowiadają dziwne historie.

W krzakach tajemnicza szamotanina gryzoni.

Na skrzyżowaniu dwóch starych ulic biało i jasno. Po jednej stronie odnowiony duży półokrągły dom z filarami przy wejściu, po drugiej mniejszy, prosty, z oszklonymi tarasami na drugim i trzecim piętrze i z dwiema restauracjami na parterze. Sporo ludzi w tej narożnej, rozmowy i śmiech słychać wyraźnie z przeciwnej strony ulicy. Nieco dalej ciemnawy placyk – dwa rozłożyste drzewa i ławka pośrodku, a na prawo przy rozwidleniu ulic stary, zaniedbany dom przypominający od frontu chińską pagodę, a z boku niezgrabny statek parowy.

Nad ranem świergot ptaków. Nikłe kołysanie wachlarzy wysokiej kosmatej palmy za kuchennym oknem.

I zaraz piekielny ruch. Ciężarówki rozwożą towar. Spieszą się. Trąbią. Szoferzy klną przy skrzyżowaniu, krzyczą na przechodniów próbujących przelecieć przez jezdnię.

Ledwie żywy koń ciągnie z trudem stary wóz.

Budują nowy dom. Robotnicy roznawiają głośno po arabsku, podśpiewują sobie. Śmieją się na widok potężnej dziewoi w opiętej na grubych pośladkach mini-spódniczce.

Jasnowłosy facet w kolorowej trykotowej koszulce bez rękawów przywołuje listonosza: „Jest coś dla mnie?” I spoglądając w stronę budowy mówi: „Patrzcie jak im wesoło tym Arabom! Jakby nie było żadnej intifady…” Listonosz macha ręką, przekłada torbę na drugie ramię i człapie przed siebie.

Słońce przypieka coraz mocniej. Gwiżdżą przeraźliwie trzej smarkacze i rzucają kamykami w zwinnie umykającego kota.

Przy kiosku w alei tłok. Żołnierz w przepoconym na plecach mundurze, z przewieszonym przez ranię karabinem, pije coca-colę z oszronionej butelki, nie odrywając jej od ust aż do ostatniej kropli.

Malują stary dom. Ładny. Obok inne, odrapane i osypujące się. Podwórza zarzucone stertami śmieci. Dzielnica zestarzała się. Robią jej lifting. Dzielnicowy wariat też się bardzo zestarzał. Kiedyś maszerował dziarsko i wygrażał komuś niewidzialnemu. Teraz powłóczy nogami, drapie się po łysinie i szemrze cichutko, opowiada swoje skargi niedosłyszalnym szeptem.

Z banku wychodzą gromadą ubrani w jasne koszule i ciemne krawaty faceci. Wchodzą do nowej włoskiej restauracji.

Ściemnia się.

Schludna staruszka chwyta na ręce swego niewielkiego kundelka – na widok zbliżającego się z głośnym ujadaniem dużego dobermana w nabijanej błyskotkami obroży.

Opalony na brąz chłopak sprzedaje srebrzyste, malowane balony o dziwnych kształtach. Na wielką ciężarówkę ładują z hukiem butle po gazie. Klną. Ruszają z rozklekotanym hałasem.

Młoda kobieta ze złotym przednim zębem krzyczy rozdziawiając szeroko usta. Dłonią na płask wali po głowie kilkuletniego chłopca. Zabrudził ręce, bo idąc za matką zabawiał się dotykając zaparkowanych przy chodnikach samochodów.

Z otwartego okna srebrnej „fiesty” rozlega się kasetowa muzyka – zagłusza wrzask dzieciarni pędzącej na wrotkach – ku przerażeniu odskakujących na boki przechodniów.

Na deptaku nowego śródmieścia zapachnie nagle perfumą przechodzącej szybko kobiety.

Na pełnej telewizorów wystawie wielkiego magazynu świeci kilka ekranów. Przerażone twarze młodych skośnookich mężczyzn prowadzonych siłą przez facetów w czerwonych chustach. Jakaś krwawa rozróbka w Libanie. Skręcone ciało arabskiego nauczyciela zamordowanego przez arabskich ekstremistów. Ten sam obraz odbity parokrotnie robi mniejsze wrażenie niż pojedynczy…

Kawiarnie przepełnione. Stoliki zajmują część chodnika. Kina kuszą rozdygotanymi światłami reklam.

Tłum. Ludzie idą, stoją grupami, siedzą na ławkach. Smieją się.

Nagłe wyobcowanie. Nagła przynależność. Zagubienie.

Autobus pełen młodzieży, obejmujących się par, rozpychających się wyrostków.

Okno jak ekran cinemascope. Naokoło migają światła miasta. Z boku „Reading” pomruguje na okrągło.

Po szosach płyną auta – widziane z góry, dalekie. Swiatła aut. Ludzie w autach.

Kim są?

TEL AWIW, 1987

Arkija” – linie lotnicze

Gaszaszim” – 3-osobowy zespół rozrywkowo-satyryczny

Reading” – elektrownia z wysokim kominem

WIERSZE:

gołąb

niedawno gołąb upodobał sobie

moją za oknem zawieszoną donicę

połamał środkowe liście

rozgrzebał ziemię

rozpanoszył się

i wcale się nie boi

gdy odsuwam żaluzję

czasem tylko zatrzepocze skrzydłami

podlewam roślinę jak go nie ma

przyzwyczaiłam się

nieraz się nawet obawiam czy wróci

ktoś kto przywędrował z daleka

wyszedł kiedyś i już nie wrócił

z wolna rozpanoszył się we mnie

niepokój który nie szuka przyczyny

choć łatwo znaleźć niejedną

wywołuje wewnętrzny dygot

trzepocze skrzydłami strachu

rozprasza uwagę

czasem mnie opuszcza

wiem jednak że wróci

@

na piecu

niedziela początek wiosny 45

sowchoz na Podkaukaziu

mój chory ojciec leży

na ruskim piecu patrzy na mnie

i śpiewa „Jasio wołki gna…”

a mnie się zbiera na płacz

mama ceruje skarpetkę

naciągniętą na cynowy kubek

a ja gazetą zapycham

dziury w butach

wicher wymiata zeschnięte

burzany na wielkim stepie

zostałam tam w tej drewnianej

izbie z mamą i z tatą wirtualna

dziesięcioletnia dziewczynka

smutna lecz pełna miłości

i nadziei

@

dawno

dawno temu

choć to tylko dziesiątki lat

jeśli liczyć zwyczajnie

lecz potworności które te lata

niosły na grzbiecie

wystarczyłyby na stulecia

więc kiedy?

dawno bardzo dawno temu

dzieciństwo miało smak czekolady

i ananasów ze sklepu dziadka

objęcia babci pachniały bzani

dziadka tytoniem

taty lawendą

a mamy chanelem pięć

potem zapanował zapach gruzu

i kolejowych torów

a gliniasty czarny chleb

smakował jak ananas

pamięń o dziadkach zatruł

obraz gettowej nędzy

pamięć o rodzicach

zapach choroby

i tylko w chwilach spokoju

gdy morze łagodnie obmywa

piasek na plaży

a słońce powoli opada

zapachy i smaki dzieciństwa

wracają nikłymi falami

i dobre słone łzy

spływają na waegi

@

most

przyśnił mi się żelazny most

za dworcem kolejowym

wysoki czarny wąski

ponad przecinającymi się

liniami torów bocznicami

gdzie wegetują puste pociągi

po tym moście przejdę

na drugą stronę

@

między dniem a nocą

dzień ugina się pod ciężarem

zmęczenia lepkości upału

i ludzkiej krzątaniny

nagle zapada cisza

zaskakuje bezruch ulicy

wciąż nie ma śladu zmroku

plamy słońca jeszcze wędrują

po murach jakby szukały

miejsca na nocny spoczynek

światło waha się i odpływa

ustępując z wolna szarawej

płynnej poświacie

zawieszone w przestrzeni sekundy

między życiem dnia

i życiem nocy

wywołują złudzenie

że czas się choć na chwilę

zatrzymał

@

obca

biegła ścieżką ku rzece

lekka biała sukinka

tańczyła nad kolanami

pamięć wykreśliła

szczrgóły krajobrazu

zachowała drzewa jako tło

promienie słońca zza chmur

nadętych biało-szarych

i łzy zaczajone

pod powiekami szesnastolatki

która poczuła smak obcości

narzuconej wbrew jej woli i uczuciom

bo nie była obca

ale oni o tym

nie wiedzieli

@



Reklama

Reklama