TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Marzec 20, 2017 | 4:39

ROZMOWA z JANEM PIETRZAKIEM

Wywiad z Janem Pietrzakiem zrobiłem po występach Kabaretu pod Egidą w PKiN – parę miesięcy przed czerwcowymi wyborami w 1989. Podobnie, jak rozmowa z A. Drawiczem, którą tu zamieściłem – był to niewykorzystany od lat materiał dziennikarski, mający wg mnie wartość dokumentalną.

– W latach 1980/81 Kabaret pod Egidą zyskał nagle popularność w całej Polsce…

To było tak, że nasze losy kabaretowe zbiegły się z sezonem „Solidarności”. Szczęki aparatu się rozluźniły i udało nam się wyskoczyć na szersze wody. Zrobiłem wtedy kilka godzinnych programów w telewizorze – no i grało się na tych wszystkich barykadach w hutach i stoczniach. To był niesamowity okres dla mnie, człowiek po prostu czuł, że coś wreszcie zaczyna od niego zależeć, że to wszystko ma jakiś sens. Gatunek sztuki kabaretowej „staje się” na przecięciu emocji społecznych i artysty stanowiącego pewne medium.

Wspaniały okres był – żyło się jak na skrzydłach.„Żeby Polska była Polską”, stała się hymnem „Solidarności”, a przecież pisałem ją jeszcze w 1976 roku, gdy czasy w Polsce były tak dramatyczne – byłem wtedy pełen goryczy i kompletnie załamany. A po czterech latach poznał te słowa cały świat.

– Jeździcie z gościnnymi występami także do innych krajów bloku wschodniego?

Jeśli już jeździmy, to tylko do Polonii i to nie tej w ZSRR. Czyli gramy w Stanach, Kanadzie, Australii. To jest kabaret polskojęzyczny i tego się nie da przetłumaczyć. Trzeba znać tę rzeczywistość, żeby czuć i wiedzieć, o czym ja mówię. Sam język tutaj nie wystarczy – nawet dokładne tłumaczenie nie oddaje efektu. Sytuacja kultury w Polsce sprawia, że nasz odbiorca jest niesłychanie wyczulony na wszelkie aluzje; teraz akurat mówimy dużo bardziej wprost i mniej aluzyjnie, a ludzie i tak śmieją się ze wszystkiego…

– Jak jesteście przyjmowani przez widownię polonijną?

Znakomicie. Przychodza głównie ludzie mający jakiś stosunek do polskiej rzeczywistości. Reakcje lepsze czasem nawet niż w kraju. Przez to oddalenie ludzie mają swoje nostalgie i sentymenty; bardziej się śmieją i wzruszają. Ostatnio w Stanach naszymi widzami byli ludzie, którzy nie mogli nas oglądać w Polsce, bo znacznie trudniej było z biletami… Bardzo bym też chciał naturalnie przyjechać do Izraela. W latach 60. kabaret „Wagabunda” jeździł do Izraela z profesorem Rudzkim, który potem przez długi czas w moim kabarecie grał i często wspominał, jak byli u was niesamowicie przyjmowani.

– W polskiej kulturze od dawna jest sporo miejsca na kabaret…

Oczywiście. Przed drugą wojną to się wprawdzie nazywało „teatrzyki” i miało bardziej rewiowy charakter, ale w gruncie rzeczy o to samo chodziło. Ironiczny i dowcipny komentarz do rzeczywistości. Dlatego nasz kabaret to jest pewna kontynuacja i odpowiedź na społeczne potrzeby. Krytyka tego, co aktualnie się dzieje w tym kraju. Dlatego mówię: łatwego życia ja nie mam.

– W „Egidzie” wciąż przebrzmiewa sporo liryzmu rodem z kabaretów studenckich…

Na pewno. Ciągle coś dochodzi, nowe spojrzenia, chwyty – ale jest też coś niezmiennego, co powoduje, że ja w ogóle w tej branży się uchowałem. Na zasadzie wariactwa jakiegoś i choroby. To jest strasznie trudne zajęcie i niebezpieczne dla zdrowia. Ciągle są jakieś problemy i kłopoty – kabaret w Polsce nie jest dotowany, a jeszcze ze mnie zdzierają dziesiatki różnych podatków. Fizyczne siły też trzeba mieć kolosalne, np. trasa po Ameryce to jest taki wysiłek, jak przerąbywanie Sahary, gdy jeszcze były tam drzewa.

– Kilku z tych najlepszych ludzi umarło panu w międzczasie?

Niestety – to byli moi najbliżsi przyjaciele – Adam Kreczmar i Jonasz Kofta. Kilkanaście lat żeśmy razem pracowali. Bardzo mi ich brak. A jeszcze to, że inaczej niż wielu kolegów z branży – ja po prostu lubię robić w zespole. Na ogół artyści, jak już zdobędą jakiś rozgłos, to grają sobie potem sami i nic ich nie obchodzi. Natomiast ja wyjątkowo lubię pracować w zespole i dlatego ciągnę ten kabaret. Sam też mogę, ale nie lubię – tak bym to określił.

– Czy jest ktoś, z kim jakoś szczególnie utożsamia się pan artystycznie?

W sensie piosenek być może… balladziści rosyjscy, Okudżawa, Wysocki; zachodni – Bob Dylan. Z monologistów najbardziej czuję takiego np. Lenny Bruce’a z USA, który zginął samobójczo. Jak oglądałem film o nim i słuchałem jego monologów na kasetach – wydawał mi się szalenie bliski w sensie kontaktu z widownią. W gruncie rzeczy doszedłem już do takiego stanu samowiedzy, że trudno mi się odwoływać do jakichś idoli. To jest od dawna jakaś własna ścieżka.

– Zgodzi się pan chyba…, że „Egida” żywi się głównie rzeczywistością prl?

Ja bym jednak wolał żyć w normalnym kraju, żeby pewne hierarchie nie były tak rozchwiane. Byłby i tak dalej mój kabaret; takich facetów opowiadajacych „joki” jest zawsze za mało w stosunku do potrzeb. Ludzie lubią się śmiać na całym świecie. Też bym sobie dał radę, gdyby nawet coś w tym kraju miało kiedyś znormalnieć. Bo tu przecież wszystko jest w kratkę – przypadkowo, chaotycznie, przecież tu nie można się czegoś uchwycić na stałe.

Dla mnie to od dawna jest norma; ani mnie to dziwi, ani szokuje. Czasem ryzykuję w przymusowej sytuacji, może się uda – jak z tą salą w Pałacu Kultury, gdzie teraz siedzimy. Zagrałem tu parę razy na złość duchowi Stalina, który to stawiał. Albo np. z Festiwalem Opolskim… Raz się wystraszą i nas nie wpuszczą, to za rok nikt nie chce biletów kupować i znowu robią… „noc kabaretową”, bo to jest jedyna impreza, która utrzymuje im ten festiwal.

– Jaka widownia przeważa na waszych przedstawieniach, bo teraz w PKiN widziałem wielu młodych ludzi?

Stała się otóż zmiana jakościowa. Kiedyś na widowni przeważało moje pokolenie. Teraz przychodzą do mnie młodzi ludzie na naukę… Wujek się ze mnie taki zrobił. To jest dla nich jakaś lekcja historii, jak np. mówię kolejną wersję „życiorysu” – o czasach stalinowskich. Oni tego po prostu nie znają – muszę podsuwać pewne rzeczy informacyjnie, nie tylko drwić i komentować.

Jestem zresztą bardzo szczęśliwy, że udało mi się przechwycić jakby kolejną generację. Większość artystów rozwija się wraz ze swoim pokoleniem i ze swoim pokoleniem więdnie. Jesli uda się jakimś cudem kolejne pokolenie zdobyć – to jest przedłużenie artystycznego życia.

 – Jak pan to robi np. w RFN, gdzie jest teraz pełno młodych Polaków?

W RFN zatrzymuje się pierwsza fala młodych Polaków, którzy setkami tysięcy nawiewają z kraju. Dawniej nie było tam dla kogo grać – teraz przez miesiąc pełne sale. Szczególnie ostro widać, jaki to jest straszliwy upust. 200-300 chłopaków w jeansach na sali, takich, co uciekli miesiąc temu – gdzieś chałturzą, zarabiają na lewo – patrzą gdzie by dalej nawiać. Ja się odwołuję do jakichś doświadczeń pokoleniowych z ZMP – nagle patrzę…, na sali jest pięć osób w moim wieku i reszta chłopaków w jeansach.

Niektórzy udają Niemców, coś niesłychanego, znając naszą historię. Słynna afera z podrabianiem legitymacji folksdojczów – wykupują w Polsce pokątnie jakieś stare dokumenty, cały przemysł podrabiania metryk, że dziadek był w Wehrmachcie. Jakie to wszystko naprawdę jest okropne, jakie cholernie upokarzające, do czego może doprowadzić ten nieludzki system.

– Jakby się luźniej zaczynało robić od wschodniej strony?

To są wszystko zbyt odległe imprezy, żebym ja się jakoś chciał podniecać. Jesteśmy zbyt wielokrotnie sparzeni. Dawno temu napisałem, ile trzeba by nazmieniać, żeby nic się nie zmieniło; ta piosenka nigdy nie zyskała stempla cenzury. Jak z tym Marcosem na Filipinach, co 21 lat rządził – gamoń jeden… –  żeby nagle grzecznie dać wygrać opozycji.



Reklama

Reklama