TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Listopad 15, 2016 | 10:30

ŚNIADANIE KONTYNENTALNE

TELAWIW OnLine: Zremiksowana wersja opowiadania Śniadanie kontynentalne, które drukowane było najpierw w Izraelu i potem w Polsce w tomie moich opowiadań TEN ZA NIM. 

Ostry skalpel chirurgiczny

Leżał sobie przy obiedzie

Obok mojej srebrnej łyżki

(Leonard Cohen)

Potem, jak kolumna pancerna sforsowała rowy przeciwczołgowe z polami minowymi i zasiekami z drutów kolczastych – ruszyliśmy jeepami w ciemność rozrywaną błyskami pocisków czołgowych poprzedzającymi eksplozje i na innych odcinkach manewry trwały nonstop. Dostaliśmy rozkaz radiowy przeprowadzenia konwoju zaopatrzeniowego i nagle przestało padać, i całkiem fajnie jechało się pustynią po deszczu – w rozwianych pelerynach khaki, z białymi beduińskimi kefijami i z okularami ochronnymi podniesionymi na hełmy.

Pilotowaliśmy konwój ciężarówek na światłach mijania, które w radiofalówach z oflagowanymi antenami nazywały się teraz kocimi oczami – zmienialiśmy się przy kierownicy odkrytego jeepa, żeby zagrzać nogi od silnika; przyszedł czas dyslokacji na nocnym postoju księżyc startował w pierwszej kwadrze jak cień człowieka. Zakaz palenia ognisk na postojach – każdy coś opowiadał luźno w ciemnościach – wirus grypowy z Hongkongu atakował nas frontalnie, że wycierałeś nos w ręcznik z roześmianą twarzą Marilyn Monroe.

Spikerka w radiu wojskowym Galej Cahal mędziła sennym głosem, że mgła utrudnia widoczność aż do zajazdu 101 kilometr w Negewie – nazwanego tak od punktu na szosie prowadzącej do Kairu, gdzie Izraelczycy na Wojnie Jom Kippur w 1973 zahamowali natarcie egipskie i Kissinger odpalił rozmowy rozejmowe. Śnięta spikerka finiszowała na przydechu: wirus grypowy ominął Eurazję – wyciągnąłem z wiadra małą mokkę w folii i odgryzłem rożek, żeby się napić, ale wyrwała mi się z ręki i plasnęła w ubity piach.

Żelazne racje rozdzielane z maski silnika – przyciszona melodia z tranzystora Nocny pociąg do Kairu – zawsze otwieraliśmy wojskowe konserwy z corned-beefem z obu stron, żeby jednym denkiem wytłoczyć mięsko z puszki i drugim poprzycinać je w równe plasterki. Chodziły tam kiedyś takie pociągi za czasów imperium osmańskiego i ktoś meldował, że Arabowie zawsze brali potworne cięgi w pustyni nocą, bo w ciemności spadało im morale.

Sierżant Kalimero jęczał, że zabrali mu prawo jazdy i musiał powtarzać zasady ruchu na kursie dla piratów drogowych w lokalu przedszkola na małych krzesełkach…Student Dej przybył na poligon z tygodniowym zarostem – pokazywał wszystkim slajdy z odciskiem łapy dinozaura w skale w Beit-Zait pod Jerozolimą, która sama jedna odcisnęła się w świętej krainie; meldował, że w kampusie na Górze Scopus wszyscy żrą pączki chanukowe.

Czołgi tankowały na nocnym postoju – transportery szły na pojedynczych światłach – niektóre puszki smarów wciąż były znakowane nadrukiem: do posowieckich czołgów i transporterów. Przypomniałem sobie nagle, jak kiedyś na Synaju wpieprzaliśmy konserwowe schaboszczaki z czechosłowackich zdobycznych żelaznych racji i walały się wszędzie stosy ruskich masek przeciwgazowych, w których były wmontowane tylko słuchawki do odbioru rozkazów – bez mikrofonów dla sołdatów.

Wystrzelony z moździerza pocisk oświetleniowy opadał powoli jakby z wahaniem na małym jedwabnym spadochroniku – rozjaśniając przestrzeń żołto-metalicznym blaskiem wielkich arterii komunikacyjnych. Więc teraz na ćwiczeniach non-stop w pustyni Negew trasy były głównie nocą po bardzo złych drogach i było uczucie jak dawniej, gdy pusto ci się robiło i załatwiałeś sobie jakiś transport – wlatując na autostradę w zachodniej Europie, zdawało ci się nagle, że wiesz o co chodzi.

Myślałem o tym, że wojsko wypadło mi tym razem w całkiem niezłym momencie: w grudniową wiosnę demoludów z dzwoneczkami w Pradze Czeskiej i z podziurawionymi flagami w Bukareszcie na podkładce dawnych laurek muzycznych dla Ceausescu. W parę tygodni po otwarciu przejść w Murze Berlińskim nasze poligonowe akcje w pustyni Negew zaczęły wydawać się nagle cholernym bezsensem – wszędzie jakby naprawdę robiło się luźniej – nie chciało ci się jeepem wjeżdżać w końcówę XX wieku.

Tak przynajmniej sobie myślałem, gdy elektroniczna chmura z rozwalonymi Ceausescu z szybkością światła rozbijała się w telewizorach całego świata po grzecznościowym odbiciu od satelity ZSRR. Rumuńska pierwsza dama w pelisie do końca zdawała się odrzucać myśl o tym, że obalili ich desperados zapatrzeni w kulturę zachodnią…Rewolucja LIVE – jakby zgodna z prawami natury – wszyscy podrajcowani Securitate; przez pierwszych 30 godzin media powoływały się tylko na korespondenta PAP w Bukareszcie.

Lecieliśmy znowu ubitymi przez deszcze piachami. Na zakręcie były gaje pomarańczowe i wybuchły baki z benzyną – jeep z wyskakującymi biegami i nawalonym sprzęgłem; suwak w brezentowych drzwiczkach zacinał się, że nie mogłeś dopiąć plastikowego okna. Krótki siekący deszcz – boczne drogi, którymi nikt nie jeździł – w szarym powietrzu wyjechaliśmy na równinę. Zapachniało wrzosem, piachami i sosną i ten zapach wydał ci się nagle zaprzeszły.

Lecieliśmy trasą czołgową między eukaliptusami wyrwanymi z korzeniami – potem wzeszło słońce i jechaliśmy dnem parowu, który mógł w każdej chwili zamienić się w rwącą rzekę. Słońce kładło się długimi cieniami na piachach – każdy miał przekrwione oczy z niedospania. Zobaczyłem na przełęczy jakichś pacyfiarzy z szyldami przeciw budowie stacji przekaźnikowej Voice of America w Negewie, która miałaby nadawać na Europę Wschodnią.*

Rozjarzona kula słoneczna leżała między namiotami – blady niknący księżyc na jasnym i wysokim niebie; widziałem biało-niebieską flagę na maszcie i przejechał z hukiem transporter opancerzony – flaga zniknęła w tumanie piaskowego kurzu. Zeskoczyłem napić się wody z dwukołowej cysterny – Bukobza pokazywał foty z tajlandzkimi kurwami w jacuzzi koło świątyni Buddy z wygiętymi szpicami. Półnagi facet w narciarskiej czapeczce z pomponem golił się w umywalni i dwóch innych pod natryskiem wyło Lambadę.

Potknąłem się o gąsienicę czołgową wkopaną w ziemię przed wyblakłym namiotem i obok leżała kupa jednorazowych strzykawek po tym, jak pierwszej nocy w światłach komandkara szczepili nas przeciw tężcowi. Była to szosa w pustyni, którą przecinały transportery, dudniąc przez chwilę na asfalcie i ginęły w tumanach piachu, kurzu i słońca cholernego poligonu. Na zakręcie stał czerwony barobus z zieloną markizą nad okienkiem, że mogłeś sobie zamówić gorącą kawę po turecku i sandwicze z hot-dogami lub tuńczykiem.

Facet wyrzucił nam przez okienko plastikowe skrzynki od Coli do siedzenia; szosą leciały ciężarówy z lawetami czołgowymi, wzbijając tumany kurzu – siedząc na skrzynce odwróciłem się plecami do drogi i starałem się, żeby sandwicz zbytnio nie wystawał z wąskiej foliowej torebki. Popijałem kawę z jednorazowego kubka, w którym zebrał się na dnie osad – w żółtej kurzawie prześwietlonej słońcem szły czołgi. Radio powiedziało, że napadało z pół metra śniegu na Hermonie i rośnie szybko poziom wody w Genezaret.

Kalimero z okularami ochronnymi na szyi – z hełmem na podartym siedzeniu – zajechał jeepem ze zwiniętą siecią maskującą przytroczoną do maski silnika i musieliśmy umocować lepiej zapasowe kanistry z tyłu wozu. Poprzedniej nocy ćwiczyliśmy orientację według gwiazd i wyprowadził nas jeepami w sam środek Starego Miasta Beer-Szewy, gdzie w arabskich ruderach z kamienia była knajpa Mamaia – ślepa kuchara pracowała na dopingu – wiedziałeś z miejsca, że w życiu nie będziesz jadł takiej zupki czorba, jak w tej jamie.

Jechaliśmy pustymi zaułkami z bielizną na sznurach – kolczaste zarośla, rozwiane palmy i rozbite kopuły – gorące pity z blachy w piekarni i świetlisty wielbłąd dwugarbny migał przed wejściem do knajpy, gdzie Murzyni w kremowych panterkach MFO** kolędowali nostalgicznie przy stolikach z kolorowymi żarówkami. Na estradzie prężył się w rytmie disco-punk zespół męsko-damski ze złotymi sznurkami w dupach i student Dej zgłosił się na ochotnika, żeby szkocka striptisera rozebrała go z przemoczonej pelerynki.

*Wałkowany od lat projekt – anulowany po rozpadzie ZSRR.

**Kontyngent Międzynarodowych Obserwatorów na Synaju.

Więc teraz myślałem luźno, że zaraz na początku lat 80. pojawiły się ostrzeżenia przed biologicznymi przegięciami na świecie – Aids i Zieloni. Joan Baez koncerty stadionowe odpalała pozdrówkami dla Andrieja Sacharowa, ale potem w Moskwie objawił się Gorbaczow i po drugiej stronie Oceanu też zaczęli sprzedawać koszulki z napisem RELAX. Otwierały się wszędzie w Europie knajpy rosyjskie, jak kiedyś po salwach Aurory – amerykański hip-hop z graffiti na fontannach i radiomagnetofony z „middle of the road”.

W Europie zachodniej pacyfiarze w parę tygodni po wycieku z Czarnobyla zaczęli demonstrować…, ale przeciwko… własnym reaktorom – To be or NATO be na murach. Spreyowe USA ze swastykami w środku zamiast S eurorakiety z psychozą zagrożenia – optyczne okularki w supermarketach i wino w wielkich kartonach jak chude mleczko; nawroty do pogańskich świąt wiosny z ulicznymi karnawałami – tysiące pijaczków z butelkami w rytmie samby – strzępy plakatów z 80-leciem urodzin Samuela Becketta.

Quasi-rewolucyjne scenki z lumpami wygrażającymi piąchami upudrowanym paniusiom w kapeluszach z wisienkami na przeszklonych tarasach kawiarni pod donicowymi drzewkami z rozjarzonymi małymi żarówkami. W 1989 pojawiło się jakieś nowe pokolenie w Europie – jakby dużo bardziej wyciszone w okularkach – pojawiły się neony podobne do laserowych zygzaków w powietrzu i całkiem nowa generacja autokarów turystycznych z wysokimi bagażowniami pod podłogą, że wszyscy jakby siedzieli na walizkach.

Postmodernistyczne gmaszyska lustrzankowe z filarami i łukowatymi fasadami; rozpędzona końcówa dekady lat 80. z Hieronimusem Boschem na pierwszych kolumnach gazet i bibeloty yuppies w butikach z neonowym fin de sièclem. Pierwsze utwory Beatlesów odmłodzone laserowymi kompaktami i porcelanowe manekiny bez włosów z twarzami Beethovena; oświetlone szafy grające i automaty do Coli z lat 50. – wideogry z satelitami, które ustąpiły nagle miejsca błędnym rycerzom w błotach Mezopotamii.

1 kwietnia w Wiedniu zobaczyłem nagle czarne flagi ku czci eks-cesarzowej austrowęgierskiej Zyty, której zmarło się w wieku 97 lat i nad Dunajem sprzedawali koszulki z „ostatnią cesarzową europejską”. Przed pogrzebem nagle lunął deszcz – ludzie chowali się w katedrze św. Stefana, choć przedtem z tydzień była super pogoda i potem latem na wszystkich deptakach Europy latynowscy gitarzyści w słomianych sombrerach ładowali „Lambadę”.

Więc teraz pod koniec 1989 w pustyni przemyśliwałem sobie z lekka, że mityczne Sixties zaczęły się, gdy Gagarin jako pierwszy obleciał Ziemię, a skończyły, gdy Armstrong trzymając się drabinki wymacał nogą Księżyc i ruszył dalej w podskokach. Wolny świat naprawdę ostro skoczył wtenczas do przodu, choć tępe komuchy nadal życzeniowo widziały tylko Jankesów w Wietnamie, hipisowskie kampusy z LSD i kryzys powieści na Zachodzie…

Zobaczyłem wysuwający się w słońcu błyszczący pal podnośnika pod skrzynią wywrotki Mack z czerwoną klimatyzowaną kabiną i brudna biało-niebieska flaga szarpała na jednej z rozchwianych anten jeepa. Skrzynia ciężarówy powoli szła w górę, wysypując kupę czerwonej ziemi i potem srebrzysta figurka lwa nad silnikiem ciężarówy ruszyła z wizgiem w rozgrzanym, rozedrganym powietrzu. Zobaczyłem świeży nasyp z żołtym walcem na górze i chcieli, żeby deszcze spłukały świeżą ziemię.

Więc potem w drodze do Tel Awiwu (12-godzinny after*) wstąpiłem do kibucu Jad Mordechaj, gdzie zawsze na stacji benzynowej w bufecie z filarami i podłogą z różowego marmuru powtarzałem sobie w myśli, że to jest ten sam facet – Mordechaj Anielewicz z bunkra na Miłej 18. Przejeżdżając z chwilę potem skrzyżowanie ze skrętem na miasto Aszdod zobaczyłem wypalone drzewka cytrusowe, na których pozostały jakimś fuksem pomarańcze – clowni w czerwonych cylindrach rozdawali pączki chanukowe na trempiadach**.

W Tel Awiwie nieraz było tak, że z ulicy Dizengoff pod wieczór widziałeś nagle rozświetloną zachodem słońca szklaną ścianę Hiltonu ponad domami nad morzem i obrotowa kolorowa fontanna bluzgala ogniem z „Bolerem” Ravela. Pod niskimi chmurami faceci w reklamowych fezach obcinali „szwarmę” elektrycznymi piłami Boscha i bezdomny stał przed sklepem z zabawkami wpatrzony nieruchomo w oświetlony dom lalek z aportującymi pieskami.

Na placu z odwróconą piramidą pomnika Holokaustu topniała piętrowa sterta śniegu zwiezionego tam, żeby ściągnąć ludzi na nartostradę z wyciągiem na Hermonie. Dzieciaki w kolorowych skafanderkach rozjeżdżały kopiec deskorolkami – mała dziewczynka z rumieńcami na twarzy krzyknęła: powiedz tak! – lepiąc pigułę czerwonymi grabami – już zaraz miałem pełno mokrego śniegu w uchu i za kołnierzem. Niskie słońce zachodziło ulicą Gordon jak smuga świetlna z kabiny projekcyjnej – wyświetlając ten jakby śnieżny obrazek nad zaciemnionym placem z odwróconą stalowo-szklaną piramidą.

Wszedłem do Art Rock Cafe, gdzie wysoko pod sufitem majtały się gitary elektryczne i modele Spitfire’ów i Zeppelinów; usiadłem pod ścianą, opierając się plecami o maskę zielonego Plymoutha z lat 50. Nad barem wentylatory majtały plakietkami ze starymi banknotami Bank of Israel, gdzie socrealne robole z kilofami i mikroskopami promiennie patrzyły w dal. W tym kraju też był kiedys etos proletariacki; kiedyś na wejściu, gdy spełniała się legenda.

Weszły dwie szczupłe dziewczyny z przylizanymi łbami w długich czarnych plaszczach i tenisówkach – jedna miała monstrualony cyc, a druga mega dupsko i to był właśnie ten najnowszy miot na mieście z tą ich przedawkowaną martwotą i bezruchem. Tylko, że naprawdę końcówę wieku XX ze zmiennym szczęściem zaczynałeś czuć w trzewiach i myślałem sobie teraz na pustyni, że słynny efekt cieplarniany i bajery ze zdychającą komuną, to mały pikuś w porównaniu tym, co nas jeszcze, kurwa, czeka – muczaczos.

*Przepustka

**Przystanki dla jadacych stopem żołnierzy

Drapieżne, oksydowane Spitfire’y i Zeppeliny w knajpie wydały mi się nagle rozcharakteryzowane jak aktorzy po zmyciu szminki. Opierając się o wystającego ze ściany Plymoutha przypomniałem sobie, jak władowałem się kiedyś w trzy najgorsze patologie europejskie: antysemityzm, emigrację i beznadziejną samotność. Przy barze mała dziewczynka w skafanderku kręciła w ustach chińską parasolkę z różowej bibułki, wetkniętą przedtem w wielki kielich z owocowymi lodami.

“Kak dieła?” – usłyszałem i ktoś trzepnął mnie z tyłu przez ramię; Grobman z facetem, którego niesamowity śmiech, jakby z reklamy pasty do zębów, nakładał się na głuche wycie gułagów. Ernst Nieizwiestnyj, bo on to był (jak mawiano dawniej) wyrzekł tylko dwa słowa „dawajtie wodku” i za parę godzin miał samolot z lotniska Ben-Guriona pod Tel Awiwem do Nowego Jorku.

Nagle zrozumiałem, że coś słyszę „chuj s-nimi sapogami” – powtarzał, bo Grobman ciągnął go do jakiegoś szewca w norze pod schodami na Dizengoff, żeby odebrać buty, które kupili po pijaku w ramach trzydniówy i dali do podkucia. W telewizorach balon w kształcie 10-metrowego słonia z baldachimem przelatywał nad ośnieżonymi Alpami w słońcu – wielkie biedrony biegały po plaży z palmami i miotał się wyścigowy koń przywiązany do słupa. Przysiadł się do nas bezdomny, którego przedtem widziałem przed oświetlonym domem lalek – zaczął gadać, że za Stalina zaliczali zimową porą balet na lodzie – w bufecie były zawsze kanapki z kawiorem i mrożoną Stoliczną – dopiero za Chruszczowa rozpieprzyły się kostki Lego.

Ernst opowiadał, jak przeszmuglował kiedyś za granicę rękopisy Sołżenicyna w zespawanych czaszkach rzeźb i teraz ostatnio zaprojektował skośnooką Statuę Wolności na sztucznej wyspie koło Tajwanu. Nagle zaczął mówić, że Chruszczow jeszcze za życia zamówił sobie u niego grobowiec z biało-czarną płytą z marmuru ozdobioną naturalistyczną figurą z kaczanem kukurydzy…

Nie dało rady niestety zrealizować tej wiekopomnej wizji do końca, bo nie chcieli w żadnym razie, żeby grobowiec przypominał nakręcane zabawki z Nikitą walącym butem w mównicę ONZ – kiedyś na początku Sixties, gdy o mało nie wybuchła III światówka o słoneczną wyspę na Karaibach z pustymi burdelami i kościołami. Więc teraz Zeppeliny i Spitfire’y majtały się nad naszymi głowami – w telewizorach leciał Peter Gabriel z rytmami mbaqanga – chiński student stopował kolumnę czołgów na placyku Tiananmen.

Potem już zaraz ujrzałem twarze porażone totalizmem ze świeczkami po masakrze w rumuńskiej Timisoarze – jak gdyby ci ludzie w szarych paletkach klęczący z drgającymi płomykami przed krwawymi plamami na bruku ujrzeli upiora. To był właśnie jeden z tych momentów, gdy docierała do ciebie w pełnej krasie sytuacja totalitarna. Niekoniecznie był to strach z obrazów Muncha lub skamieniała panika w Pompejach – jedną z najgorszych prawd o realnym komuniźmie były właśnie te twarze w Timisoarze oznaczone przerażeniem.

Wyszliśmy na przelotową ulicę Ibn Gwirol z szeregami jednakowych domów po obu stronach – normalnie jakbyś widział wcielenie koszmarnego socrealu – szeroka arteria przecinająca „pierwsze hebrajskie miasto” podwójnym rzędem jednakowych domów z arkadami, że żaden nawiedzony baron Haussmann w narkotycznym tripie czegoś takiego by nie wymyślił. Od lat blokowałem w sobie agresję wobec popłuczyn socrelu w Izraelu – całkiem poważnie mówiłem sobie, że czas już wyjść z tego pogranicza dziadostwa.

Niebieski monitor strzelał kursami walut z narożnego banku, mieszając się z krótkimi błyskami i odległymi grzmotami na niebie – nagle poczułem zapach pieczonych kasztanów w deszczu. W pustym sklepie z maźniętymi na szybach białymi krzyżami Arab na drabinie puszczał cienie po ścianach w świetle opartej o ścianę neonówki – w lokalu obok facet postawił Hi-Fi na ladzie i stroił na słuch; kosmetyczna wklepywała krem pod kwarcówką.

Samochodowe zwiedzanie miasta; pokazaliśmy Ernstowi na Jarkonie „szalony domek” udający Art Nouveau Gaudiego i mały biurowiec z wielkim herbem na złotej bramie, gdzie słynny szpion KGB Kalmanowitz rezydował kiedyś, jako konsul bantustanu Buphuthatswany, robiąc słynne imprezy dla mediów & deputowanych. „Gruzin” w maciejówce, z drewnianym liczydłem, pobierał za wstęp na podziemnym parkingu pod Muzeum TLV i paru innych w paltach z postawionymi kołnierzami waliło gorzałę z flachy pod betonową ścianą z automatem telefonicznym podświetlonym brudną żarówką.

Wozy parkowały między białymi filarami i żółtymi barierkami – wyszliśmy na plac przed muzeum, gdzie sterczał powiększony rdzawo-żeliwny owczy łeb Kadiszmana* i potem w środku facet ze zwojem kabla odliczał wstecz jakby odpalał rakietę na kosmodromie. Baby w gniadych futrach biegały pod ściankami, ustawiając świeże oleandry w kryształach i operator wideo jeździł wózkiem ogrodniczym, który zwijał się i skręcał, jakby okrążając z osobna każdy krzaczek – na drugim wózku jechał błyszczący od potu oświetlacz.

Zobaczyłem zdjęcia Roberta Capy: Trocki na mównicy w Kopenhadze; traktory na Ukrainie, pobrużdżone twarze ochotników w Hiszpanii – 1 maja w Paryżu, knajpowe życie w międzywojniu; masówki w Dolnej Bawarii; cekaemista w kałuży krwi pod politurowaną szafą w jasnym pokoju z balkonem – ogolone na łyso francuskie kochanki esesmanów po wyzwoleniu Chartres; ocaleńcy z Holokaustu w skudlonych łachach – fontanna z białymi żabami na gruzach getta Warszawy; Picasso z wielkim parasolem nad roześmianą dziewczyną i szyld Grand Hotel odbity w kałuży w Afuli.

Na wielu fotach widziałem te same skupione spojrzenia przez druciane okularki, które po wielu latach nazwano „lenonkami” – w niektórych okrągłych szkiełkach zastygło odbite światło mieszające się teraz jakby z odblaskiem szklanych tafli, bo oświetlacz z operatorem wideo jeździli bezszmerowo tymi swoimi akumulatorowymi wózkami. Wychodząc na plac przed muzeum zobaczyłem sprzedawcę obwarzanków (bejgele) w czapce budionnówce; przysypiał na rowerowej rikszy z nowymi błotnikami, odcinając się ciemno od wieży z antenami w sztabie generalnym po drugiej stronie szerokiej ulicy.

Na drugi dzień rano wyjeżdżajac piętrusem Eggedu ze starego dworca autobusowego zobaczyłem 20-metrowego mamuta reklamującego buldożery John Deere. Facet w hawajskiej koszulce rozdawał prospekty anten satelitarnych żołnierkom z odblaskowymi paskami na torbach. Zobaczyłem nagle jakby coś pierwotnego w zagraconych zaułkach ze schodami zarośniętymi kolczastym zielskiem – z narożnym domem jak dziób transatlantyka – coś pierwotnego, jak wybrukowane dziedzińce europejskich podzamczy skręcające ostrym skosem pod górę lub kominy miast średniowiecznych przypominające skały.

Kierowca piętrusa puścił wideo – westernik z Lee van Cleefem, któremu zmarło się akurat przedwcześnie. Gringo na spienionym koniu – melodyjka z wyciem kojotów – nieregularne czworoboki słońca i cienia – Wojna Secesyjna jeszcze nie wygasła. Oparłem czoło o szybę – jaskrawe słońce waliło w oczy, odbicie moich ciemnych okularów – tęczowe rozmazy; niebo i zakręt z pustą lawetą; zmiana biegów – przytłumiony ryk silnika jak w jakimś jumbo-jecie.

Przez przyciemnioną szybę piętrusa widziałem z góry nogi dziewczyn przypiętych pasami w samochodach – szosa wylotowa w pierwszym słońcu – rozwiewające się opary nad miastem. Przeleciał pociąg z cysternami i kolorowymi lokomotywami spalinowymi z przodu i na końcu. Od wybuchu „pierwszej intifady” pod koniec 1987 ciągle tylko dostawałeś wezwania do służby w rezerwie (miluim); latałeś jeepem w arabskich slumsach za małolatami w arafatkach, walącymi kamulcami z wyciem…”Allach Akbar” – musiałeś zawsze podjechać jak najbliżej z gazem do dechy, bo wtenczas ze strachu chybiali.

Przypomniałem sobie, jak Arafat proklamował „niepodległość palestyńską” w Genewie 15 listopada 1988 – w tym samym dniu i miesiącu szkopy otworzyli kiedyś getto warszawskie. Rano na wydmach w Rafah arabskie gnojki robili znaczki „V” na widok naszych jeepów i wyciągali fiuty. „Lepsze już chyba nawet te ćwiczenia w pustyni” – myślałem teraz wjeżdżając piętrusem do Beer-Szewy na poziomie zakurzonych koron drzew. Na betonowym dworcu autobusowym zobaczyłem Kalimera i Bukobzę też wracających z afteru.

W nocy musiało ostro padać na południu – nabyliśmy flachy „Gold” z czerwoną kartką i to jest jedyna gorzała izraelska dająca się pić w plenerze – wskoczyliśmy do czekającej przed wejściem terenowej ciężarówy RIO z wycieraczkami rozgarniającymi deszcz z pogwizdem. Chwilę potem znów zaczęło lać i na brezentowym dachu szoferki robiła się kałuża, którą siedzący obok kierowcy Kalimero musiał wytrząsać ręką. Na wylotówce z Beer-Szewy zobaczyłem rozwianą, występującą z brzegów fontannę pod blokiem podobnym do bunkra z antenami satelitarnymi w każdym oknie.

Potem na rampie bazy zaopatrzeniowej, skąd w drodze na poligon pobraliśmy szmaty do silników czołgowych, zobaczyłem kolorowe ciuchy ubraniowe sprasowane w metrowy kloc, który podnośnik widłowy wrzucił nam z tyłu do skrzyni. Przypomniałem sobie, jak poprzednio na ćwiczeniach w Negewie wstąpiliśmy na stację paliwową kibucu Lahaw, gdzie podlatywały też helikoptery wojskowe; nabyliśmy w sklepie firmowym 5-kilową szynkę na śniadanko kontynentalne, którą potem zapijaliśmy schłodzoną gorzałą „Gold” na wietrze w odkrytym jeepie, wyjąc jakieś stare kawałki Beatlesów.

Za miastem woda stała w rowach po kolana – zabłocone dzieciaki puszczały łódki z gazet na wielkich kałużach i pomyślałem: tylko świątka i szyldu SOŁTYS brakuje – naprawdę przypominało Polskę powiatową. Ale najlepsze były trawiaste zapadliny z eukaliptusami, gdzie w porze deszczowej zbiera się zawsze woda i kumkają żaby; normalnie było, jak w jakichś scenkach rodzajowych: dziewczynka w podkolanówkach ze skakanką lub bocian stojący na jednej nodze i myślałem, że chłopi w Polsce za parę miesięcy zaczną poprawiać drabiny z pustymi gniazdami bocianimi na kominach.

Wsadziłem kaptur skafandra na łeb, bo cholernie wiało i dach naszego RIO wydymał się jak żagiel – już zaraz w płaskim poszarpanym szałasie beduińskim z białym znarowionym osłem i anteną teleskopową zobaczyłem w kolorowym telewizorku oficjałkę z Dubczekiem i Havlem ma Hradczanach. Zobaczyłem biegnące w górę wąskie brukowane uliczki i gospody o kamiennych podłogach z łukowatymi sklepieniami, i potem jedliśmy jakiś humusik w namiotowej stołówce na poligonie, i było całkiem wesoło i ok.

Student Dej przywiózł puchową pierzynkę na manewry – zostawialiśmy mu wolne nakrycie, bo wciąż latał dzwonić do jakichś dziewczyn lub przesypiał pół obiadu. Ktoś zaciągnął się dymem – luźne rozmówki: Bukobza kiedyś w piżamie chciał skoczyć czołgiem do TLV, bo ktoś obsobaczył go przed panienką, że dekuje się na tyłach – ledwo dorwaliśmy człowieka w ostatniej chwili, gdy leciał już na skróty do głównej szosy numer 4 na Tel Awiw.

Więc teraz w pustyni był z nami „Skrzypek”, który grał w radiowej orkiestrze w Jerozolimie i przywiózł samowar na manewry, i przypominał mi czasem takich prawdziwych rosyjskich ludzi, których spotykamy chyba tylko w wielkiej literaturze. Czasem w zachodzącym na czerwono słońcu pustyni – oparty na otwartej klapie Centuriona – grał „Legendę” Wieniawskiego na mój benefis.

Cholerne manewry czołgów w pustyni – radiobełkot w eterze włączony nonstop na maksa; szczęk gąsienic i wycie grzanych motorów i wciąż nawalała łączność. Warta na „nocnym postoju” – czasem z chłopakami oglądaliśmy filmy na plandece komandkara – głośnik na ziemi, projektor na żółtej skrzynce od pocisków oświetleniowych i ktoś pompował benzynę z metalowej beczki, klnąc, że nalecialo deszczówy do paliwa. Siedzieliśmy w kombinezonach i lecial stary western na kolorze, i zgodny był pogląd, że zawiera regułę moralną, i cholernie wiało pod gwiaździstym niebem.

Kalimero z ochronnymi okularami na hełmie zajechał jeepem z rozchwianymi antenami i w światłach wozu zrzucaliśmy beczki z ropą ze skrzyni Rio na dwa puste kanistry gumowe, i odbijały się od nich jak piłki na treningu, i potem wtaczalismy puste blaszane beczki po belce z powrotem na ciężarówę. Bukobza grzebał kombinerkami w łączach akumulatora i widziałem migającą spiralę testera; leżałem w spiworze w odkrytym jeepie i na niebie były wszystkie wozy, i wciąż spadały jakieś gwiazdy – cholernie marzły mi nogi w butach, choć wciągnąłem grube narciarskie skarpety z owczej wełny.

Znowu wiedziałeś, że uda ci się przysnąć, tylko jak będzie ci niewygodnie – po ciemku walczyłeś z zimnem i samotnością; tranzystor i flacha brandy „84”, którą trzymałeś w śpiworze, żeby ją trochę zagrzać i starałeś się myśleć tylko o kobietach-nic, ale nagle budziłeś się wewnątrz śpiwora i odpinałeś suwak, żeby odetchnąć świeżym powietrzem. Z kapturem śpiwora na łbie i ręką na jajach przysypiałeś leżąc na boku – zawsze najlepsze sny erotyczne miałeś w pustyni. Cholerny Tel Awiw, Święto Niepodległości – Bauhaus z ciemnymi szybami i nawisem zieleni – na Dizengoff pod rozpiętymi nad jezdnią sznurami z kolorowymi żarówkami tłumy tańczyły do białego rana.

Na górze syjamski kocur z błyszczącym futrem zeskoczył z kompaktu wbudowanego w brukowiec na niskim szklanym stoliku. Miała na składzie same dżiny i wziąłem piersiówę z zapachem jałowca z innego życia i innego czasu. Stała nago odwrócona tyłem do mnie z tym swoim neonem we włosach, który kupiła u Murzynów na bulwarze – przesuwałem ręką po jej ciele całym napiętym i było wszystko u mnie. Czysty wreszcie między jasnymi rozfalowanymi prześcieradłami z klimą włączoną na maksa – bez cholernego kurzu, piachu i smaru na poligonie – szeroki pełen powietrza odmłodzony lasererem Charlie Parker z rozdzielonym na włókna rozedrganym pogłosem zadymionych piwnic jazzowych; jej oczy były martwe potem.

Budziłeś się nagle i tranzystor ledwo grał; sztuczne słońce wisiało na niebie – zimne kosmiczne światło omiatało piachy pustyni – słyszałeś ryk motorów czołgowych i znowu było ci cholernie zimno w nogi i twarz, i z tranzystora leciał szorstki głos Carole King „I want to know you better”. Skrzypek robił nam w nocy herbatkę na samowarze, którą spijaliśmy ze spodków z kostkami cukru na zagryzku albo grzaliśmy ręce na porcelanowych filiżankach z malunkami kwiatków, które trzymaliśmy w blaszanej skrzynce po amunicji.

Chłopaki oblali benzyną skrzynkę po pociskach i podpalili; nagle buchnął ogień na metr w ciemnościach i Dej proponował rąbnąć koźlaka Beduinom i przypiec na żywym ogniu – było świetne uczucie w środku, gdy nagle przestajesz być samotny i to dla ciebie pracuje w tym kraju. Więc z takich skrzynek po amunicji – mocnych i ciężkich z zapachem żywicy – robiliśmy sobie nieraz ogniska, żeby się ogrzać po nocy i cieszyliśmy się zawsze, że jest ich pełno i nie trzeba było nigdy długo szukać; rano robiliśmy sobie na nich kawę, zanim przyjeżdżały kuchnie polowe z dymiącymi kominami.

Senne rozmówki jak w pociągu; krasnoarmiejcom dają tylko łychę do zupy; mendy NYPD w Harlemie noszą po 2 giwery żeby w razie czego jednego kolta „throw away a piece” wcisnąć w łapę trupowi; do kasyna w Monte Carlo wpuszczają tylko w marynarkach; fontanny z gołąbkami – czerwonym piętrusem na stopniu po londyńskim City, gdy Beatlesi grali swój ostatni słynny „koncert na dachu”. To są te opowieści – w kolejce do kotła z żarciem i we wzdymanych wiatrem namiotach z latarką dyndającą na maszcie i w kabinie ciężarówy RIO z płóciennym dachem albo w odkrytym jeepie; zastanawiałem się teraz całkiem na serio, czy dałbym radę powiedzieć tym facetom w Cahalu, że końcówę „2000” mamy już w trzewiach.

Potem w środku nocy w pustyni łapanka na ochotników, żeby robili za rannych na punkcie opatrunkowym – przełajowa jazda przegrzanym w środku ambulansem z czerwoną Gwiazdą Dawida i eterem szpitalnym w blasku księżyca. Potem wynieśli nas na noszach i przypięli każdemu kolorowy blankiet z rodajem odniesionej rany i na mnie z miejsca machnęli ręką, bo zostałem mianowany po znajomości trupem na polu chwały. Obandażowali mi tylko z lekka łeb, ale dali spokój ze szpilą kroplówy, i tylko rabin w wojskowej czapce z daszkiem bił nade mna pokłony w smugach świateł transporterów opancerzonych, nad którymi rozpięli sieci maskujace.

Buzujące balony infuzyjne na żerdziach wbitych w piach lub przypiętych do nosz i łamliwe cienie lekarzy wołających o skalpel lub helikopter. Leżałem na noszach zdenacony na niby, nie usiłując zbytnio wczuwać się w rolę, i nie wywoływałem z pamięci kobiet mojego życia. Nagle było tak, że z odkiwaną jakby robotą na noszach przypomnialem sobie tylko panienkę z działu makijażu Galerie La Fayette, wtenczas jak wylądowalismy u kumpla w norze pod schodami w paryskim squacie na przedmieściu – ze stacją paliwową na skośnym placyku przy zewnętrznej obwodnicy, gdzie zawsze najbardziej lubiłem bagiety z czerwonym rostbefem na zimno z majonezem.

Przypomnialem sobie, jak z tą dziewczyną skoczyliśmy potem do Niemiec garbusem VW, który miał niklowany przód Rollsa dla zgrywu i trzymała swoje piękne nogi do góry, bo w deszczu chlapało przez szparę w podłodze. Mijaliśmy miasteczka ze starymi zamkami obronnymi na wzgórzach i widziałeś bauerów w weekendzie, którzy całymi rodzinami przesiadywali na przejściach nad autostradami, wpatrując się tępo w jadące samochody. Szukaliśmy pałacu podobnego do Louvru, który zbudował świrowaty król Bawarii w XIX wieku, za co go lud pokochal i Prusacy przytopili w jeziorku.

Wiec teraz przykryty z głową kocem sprawdziłem, która godzina, bo ruszyła już ostatnia dekada XX wieku i zobaczyłem szampana ze sreberkiem zamiast balona infuzyjnego na widełkach – Kalimero odsłonił mi twarz i przez wąską szparę w bandażach strzeliłem z nim toaścik ku czci 1990. Nagle zrobiło się cicho, jak w okolicach Verdun, gdzie podobno ptaki do dziś nie latają – chłopaki trenowali sztuczne oddychanie „usta-usta” na gumowym manekinie imieniem Anna z błyskającymi zielonymi źrenicami na przydechu; poczułem zapach wrzosów po deszczu w pierwszym słońcu.

Jakiś Norweg produkował te manekiny, które nazwał imieniem swojej córki zabitej w wypadku drogowym, gdy wybuchły baki z paliwem w dopalających się wrakach na mokrym asfalcie i mogli ją odratować, gdyby wtedy z miejsca zadziałali metodą „usta-usta”. Kukła w białych adidasach i w granatowym dresie – ubrana jak tamta dziewczyna u schyłku lata – szczerzyła się samym wdziękiem. Znowu było tak, że lecieliśmy jeepem z wyskakującymi biegami, zmieniając się przy kierownicy, żeby zagrzać nogi od silnika – zielone oczy „Anny” z przodu po prawej zapalały się w porywach wiatru.

TEL AWIW, 1991



Reklama

Reklama

Treści chronione