TelAwiw Online

Niezależny portal newsowy & komentarze, Izrael, Arabowie, Świat.

W kategorii: | Lipiec 7, 2016 | 5:41

WYTWORNE SAM NA SAM

TELAWIW OnLine: Remake tekstu „Wytworne sam na sam” z tomu opowiadań pt. „Ten za nim” który ukazał się w Warszawie w 1996 roku. „Wytworne sam na sam” to pierwotnie jeden z dwóch rozdziałów, które „wypadły” z powieści „Grupy na wolnym powietrzu” o pokoleniu lat 60. Oba powrócą w następnym III wydaniu. @ Kolaż autorstwa mojego telawiwskiego  przyjaciela Michaila Grobmana – specjalnie do tego tekstu.

Na początku sierpnia z dwoma bełtami na łeb jechaliśmy na obóz wojskowy pociągiem kolonijnym złączonym z żółto-niebieskimi wagonami kolejki podmiejskiej. W pociągu było pełno niedzielnych pijaczków, którzy stawiają sobie piwo raz na tydzień i połowę żelaznych zapasów rozczęstowaliśmy. Na żadnym dworcu nie można było dostać wódki i udało nam się tylko kupić piweczka butelkowe, i Rajs padł babie nogami w kosz z jajami w przedziale z widoczkami zimowej stolicy Polski – „u stóp śpiącego rycerza”. Nie mógł się nawet umyć, bo pociąg był cholernie zatłoczony i w sraczu jechała ciężarna matka z dzieckiem na ręku.

Pamiętam, jak potem otrzeźwiałem na jakiejś stacyjce ze słonecznikami na działce dróżnika, gdzie inne pociągi nie stawały i na peronie ćwiczyła orkiestra strażacka. Szliśmy zakolem jeziora między wyciągniętymi kajakami i pachniało wodą w zachodzącym słońcu, i to naprawdę był piękny zapach jeziora. Podtrzymując się wzajemnie, dowlekliśmy się ledwo do Jednostki WP za leśnym zakrętem, gdzie pierwsze co – obstąpiliśmy drewnianą budkę, żeby się odcedzić.

Usłyszałem nagle, jak „kapral warty nr 4” z paskiem pod brodą wyje: co to za lanie na wartownię, wstyd zasłużonej w bojach o Wał Pomorski jednostce przynosicie; „brać ich!” – wrzasnął i drużyna małolatów w przydużych mundurach wyskoczyła zza biało-czerwonego szlabanu. Zatargali nas do koszar z surowej cegły pruskiej, gdzie życie wojskowe o mało nie zaczęło się dla nas pod celą w areszcie zwykłym, ale na farcie wciąż jeszcze byliśmy cywilami i małolaty prosili się o papierosy.

Wyfasowaliśmy sorty mundurowe – w ostatnich błyskach słońca na „placu musztry” przywdziewaliśmy płaszczyki, które sięgały nam do ziemi – staliśmy na przeglądzie i widziałem światła ognisk palonych w stanicy nad jeziorem. Brali nas kolejno na lekarską wagę i tak się pięknie działo, że sprawdzali nam długość płaszczy czerwonym ołówkiem w dół od kolan. „Kapral w wojsku jest waszą matką! – wrzeszczał karakan w panterce. – Nie wolno biegać w dresie i czytać książek lub tygodników ilustrowanych w sypialniach. W szafkach tylko służbowe rzeczy!”.

Od razu pierwszej nocy był alarm: jeden but miałem „7”, a drugi „10” – zapomniałem połowy rzeczy i po omacku wziąłem ze stojaka drewnianą atrapę kałacha – pierwsze pompki wojskowe na dziedzińcu. Musiałeś specjalnie dzwonić do starych, żeby adresowali listy „obywatel”, bo za „szanowny” lub „wielmożny panie” – karne mycie kibli. Od początku opieprzałem się jak mogłem i obywatel kapral sprawdzał paluchem kurz pod listwą szafki, i w szorowaniu kibli na sucho i mokro znalazłem się w pierwszej trójce na szczeblu kompanii, co było pozycją honorową.

Ganiali nas te matoły, że pot ściekał po jajach i zapominałeś, jak się nazywasz; krok defiladowy na terenie podmokłym – torfowisko, marszobiegi w szyku „ósemka arabska” – sprężystość, elegancja, stosowanie elementów baletowych. Nie było gazet ani telewizji – radio tylko w niedzielę i łeb ci pękał od gazetek ściennych TPPR i prelekcji nt. „Teoria Lenina a kwestia chłopska” ilustrowanych filmami oświatowymi. Ochrzaniłem jakiegoś majora-pluskwę i nie przyznali mi znaczka „Wzorowy Żołnierz”, i moje epolety świeciły dalej świeżą zielenią.

Udzielili mi nagany przed frontem kompanii i zamiast „kara” wrzasnąłem „ku chwale ojczyzny!”, i postanowili mnie dotrzeć: więcej wart i służb na kompanii – w pełzaniu nie było prawie lepszych ode mnie. Nagle „przygotowanie do zbiórki!” – kompanijne VIP-y na gwizdek ustawiały się od lewej do prawej; manewry taktyczne z „padnij- powstań”, czołganiem z góry i pod górkę – normalnie rozum stawał ze zmęczenia i gnali nas w bagna prawie codziennie, i kazali padać w to piękne błotko.

Pamiętam, jak kiedyś szybki maski gazowej tak mi zaparowały że ledwo na oczy widziałem i było „biegiem” – wykręciłem rurę z filtra, żeby lżej było oddychać i nagle „padnij!” – Rajs koło mnie zapadł się po szyję, że tylko z lufy szły bąbelki i też się zapadłem w głębszym miejscu, i oceaniczna fala uderzyła w moje ucho. To padali w płytszym miejscu obok Danek ze Szmulem i trwało z parę godzin – było słonecznie i ptaszki śpiewały, i potem było tak, że w ogóle nie mogłeś się wyprostować.

Postanowiłem zachorować i zaczęły mi nagle nawalać korzonki – lekarz wojskowy zajrzał mi w dupę, obstukał stetoskopem; dał mi trzy piramidony i dwie aspiryny z kartką do kantyny oficerskiej, żeby sprzedali mi oranżadę na sacharynie. Więc potem przez 3 dni robiłem za „drugiego windziarza” w kantynie: w pożyczonym mundurze wyjściowym kręciłem korbą – winda kuchenna spadała, parujące danko ze zmatowiałą flachą wyskakiwało – pijaczek przysypiał na stoliku szachowym i biegały tam kelnerki z cywila, które dawały nam zlewki, żebyśmy lepiej kręcili.

Pośrodku jednostki był kopiec „Monte Cassino” i po drugiej stronie dziedzińca kiblowały jakieś małolaty oddane do wojska na pięć lat – nosili przyduże mundury, poskracane jakoś i pościągane i nieraz słyszeliśmy po nocach, jak ganiali ich ze śpiewem po „placu musztry”, albo pędzili na ten kopiec. Nie wolno im było gadać z nami na służbie i prosili się zawsze o fajki, i potem zaczęły nam przez nich ginąć czapki i skórzane pasy. Prowadziliśmy regularną wojnę w latrynach: otwierałeś z kopa boks z zamachowymi drzwiami i małolat w przykucu leciał na ścianę z tyłu, wypuszczając z ręki czapkę i pas, żeby się czegoś złapać – a ty za nie i chodu.

Najbardziej lubiłem wozić furą w dwa konie chleby ze stacji o wschodzie słońca i przy okazji podrzucaliśmy chłopom węgiel na zimę grzecznościowo. Chleby się brudziły z lekka i zaprawialiśmy z chłopami porterem, bo nic innego nie było w bufecie, gdzie przesiadywała orkiestra strażacka, ani na mecie w budce dróżnika obrośniętej słonecznikami. Tyle, że któregoś ranka przejechaliśmy przez wartę galopem i małolat koło mnie przeleciał serią po krzakach, i przy okazji postrzelił się w łapę – do słońca chciał lecieć z bólu wtedy, jak prowadzili go do karetki i ręka go tylko nie bolała, jak trzymał ja na głowie, i zaczęliśmy nazywać ich „Kamikaze”.

Dostałem trzy dni aresztu ścisłego, że spałem na łożu bez siennika zwanym „stolnicą”, ale i tak musiałem chodzić pod eskortą na wszystkie zajęcia. Siedziałem pod celą z kucharzami, których dorwali, jak sobie kąpiel w kotle od kawy robili – kumple podrzucali im najlepsze żarcie, więc też krzywdy nie miałem i przynajmniej nie było nocnych alarmów. Studiowałem „regulaminy”, które mieliśmy zdawać i co rano słyszałeś z głośników nad jeziorem komendy żeglarskie: „Przygotować się do zwrotu przez sztag; szoty grota wybierać; jest, szoty grota wybierać!”

Po powrocie do koszar kupiłem sobie trzy żyletki „Rawa-Lux” i szeregowy Szmul wykazał się prawdziwie obywatelską postawą, godną naśladowania. Rzucił się na ratunek tonącej staruszce, która w stanie zamroczenia alkoholowego wpadła do jeziora, gdzie w przedostatnią niedzielę miesiąca miały się odbyć regaty w klasie turystycznej po trójkącie. Z poświęceniem godnym miana żołnierza przychodziliśmy z pomocą ludności cywilnej w remoncie kempingu pod szumiącymi topolami.

Przesiadywaliśmy w stanicy turystycznej, gdzie mieli pełnomorską szalupę ratowniczą, która spławili wodnymi szlakami z Wybrzeża i dorobili takielunek na dwóch masztach. Była naprawdę fajna łajba, która genialnie szła na wietrze, choć trochę brała wodę, bo nikomu się nie chciało robić „prac bosmańskich”. Ale fajnie szła, jak już ruszyła i musiałeś napierać na ster całym ciałem, i pijana kurwa Zuza nadała krypie imię „Czudak”. Pamiętam, jak w ostatnią noc przed regatami siedzieliśmy „na patelni”, słuchając Luxu w ciemności, i jakiś facet opowiadał o Telidze, który odbywał samotny rejs dookoła świata, i był śmiertelnie chory.

Tylko, że Zuza w jeansowych bermudach, która była muzą miasteczka namiotów koło szosy, opowiedziała nam o „Czudaku” z okolicznej wioski, który miał miękkość główki w okolicy potylicy i klatkę piersiową jak kura. Trzymali go w chlewie razem z tucznikami i nikt nie wiedział, w jaki sposób nauczył się mówić, i tylko „Kulawy” przynosił mu czasem pety, które razem palili w ciemnościach. Więc kiedyś, jak świniaki zarżnęli na święta i „Czudak” nie wiedział nawet, że się poryczał – „Kulawy” skombinował skądś rysunek łodzi Wikingów z okrągłymi tarczami i postanowili zbudować taką łajbę, żeby z prądem rzeki wypłynąć na otwarte morze.

Tylko, że potem przyszli chłopaki i „Kulawego” przytrzymali, bo się rzucał, a „Czudaka” wepchnęli do worka i przyłożyli łopatą z góry. Zatargali worek nad wartką rzeczkę zaliczaną do klasy górskich strumieni i przytopili na je-bu-du, i tylko ten z nóżką w notorycznym zwisie trochę to wszystko przeżywał – potem jak worek poszedł na dno, puszczając bąbelki prawidłowo, „Kulawego”wzięło, że ryczał.

Więc teraz na drugi dzień wiaterek „żeglarska trójeczka” – ludzie koc w koc między samochodami – kupa smrodu, kawałek dzikiej plaży i między drzewami rosła paproć. Zakaz postoju – zakaz skrętu – ludzie wjeżdżali wozami w las i gazik WSW mało nie rozjechał chłopa ze szkapą, który korzystając zamieszania, chciał zaorać obrzeża poligonu. Komisja regat urzędowała na szalupie „Czudak” i łajby latały po trójkącie wyznaczonym bojami z chorągiewkami i końcem pomostu, skąd pijani oficerowie puszczali pawia do jeziora i wysyłali „Kamikaze” po flachy do dróżnika.

W zetempowskim namiocie z napisem „Interklub” grała do tańca orkiestra strażacka i kadra oficerska zrobiła sobie zawody z holowaniem damskiego manekina w perłowym bikini. Któryś „sztabskapitan” cieszył się, że dostał magistra i chciał sportowym samolotem przeskoczyć Atlantyk – bez ćwiartki w łapie nie dawało się już z nim rozmawiać. Pływaliśmy pełnomorską szalupą „Czudak” z gaflowym ożaglowaniem po jeziorze i Rajs z fajką, niczym marynarz słodkich wód, zaliczył Zuzę na nieprzytomnym „sztabskapitanie”, który do końca się nie ocknął.

W „Interklubie” puszczali w przerwach pocztówkę z „Historią jednej znajomości” i zdarte poniemieckie pornosy, gdzie esesmani w hełmach na oczach rżnęli na stołach w slapstikowym tempie blondyny w siodłowych czapkach z daszkiem. Ojciec Rajsa urzędował wtenczas w „komisji rozjemczej” w Wietnamie i nieraz w środku nocy wzywali szeregowca Rajsa do telefonu – teraz też któryś „Kamikaze” przyleciał nagle na keję, wrzeszcząc przez megafon: „Wietnam się zgłasza!”.

Ale słońce wciąż świeciło jasno, gdy podeszliśmy elegancko do pomostu i jakiś mały cień wrzucił nam do szalupy świecę dymną z rykiem „atak gazowy!” Myślałem w pierwszej chwili, że „Kamikaze” i chciałem zabić skurczybyka, ale to był jeden z naszych oficerów, co chodzili na ryby z granatami. Setki ogłuszonych karpi wypływało białymi brzuchami do góry w księżycowe noce i ganiali nas po „placu musztry” z wrzaskiem „wojsko, czemu łby macie spuszczone”, i robili nam dokształcanie obywatelskie z filmem oświatowym „Wojsko z pomocą rolnikom”.

Więc mieliśmy jechać na żniwa do pegeeru w ramach akcji „Każdy kłos na wagę złota” i zrobiło się jakoś dużo luźniej w Jednostce WP – wieczorami przechodziliśmy przez wyrwę w ogrodzeniu i każdy miał jeansy z koszulą i mokasynami schowane pod krzakiem, gdzie zostawialiśmy mundury złożone w regulaminową kostkę. W stanicy turystycznej nad wodą Zuza w siodłowej czapce esesmańskiej opowiadała o „Czudaku” przytopionym na Kaszubach w wartkiej rzeczce zaliczanej do klasy górskich strumieni, gdzie robili spływy kajakowe.

W drodze powrotnej chodziliśmy na pomidory nadnaturalnej wielkości, które chowaliśmy pod koszule i pamiętam, jak kiedyś dziadek-stróż przebudził się nagle, i postrzelił solą z wiatrówki Danka, skaczącego zygzakiem przez grządki, żeby zmylić pogoń. Szeregowiec Danek musiał potem moczyć dupę w zsiadłym mleku z parę dni i lokalna gazeta napisała, że „Polska zawdzięcza utratę Nagrody Nobla rozwydrzonym wandalom studenckim z obozu wojskowego, którzy zdewastowali doświadczalną Stację Hodowli Roślin, przynosząc wstyd mundurowi”.

Za karę przeorali nami znowu pobliskie tereny podmokłe i przyczaiłem się na dnie jakiegoś rowu z żabami, i chciałem znowu zachorować, żeby przeczekać na izbie chorych, ale na farcie musieliśmy jechać na żniwa do pegeeru. Pamiętam, jak zobaczyłem spalony wiatrak na spiętrzeniu i XIX-wieczny pałacyk, gdzie dyrektor PGR z przemeblowanym zgryzem jeździł konno po pustych salach z marmurowymi kominkami. Przydzielił nam kwatery w starej gorzelni z czerwonej cegły pruskiej, gdzie rezydowaliśmy w pokojach dla inspektorów wysoko na poddaszu.

Gorzelnia pędziła tylko na ziemniakach w złotą jesień, ale były „resztówki” w kanistrach na strychu, że samym smrodem byłeś pijany – leżeliśmy w mokasynach na łóżkach i wąskie okienka wychodziły na zmechanizowaną oborę, gdzie miotał się byk-rozpłodowiec z hukiem, że echo niosło. Do kuchni mieliśmy milę morską z hakiem i pierwszego wieczora z miejsca ostro zapiliśmy, i ruszyliśmy do klubo-kawiarni, gdzie miejscowi przyprawiali piwami pod palmą – grubawy facet od pogody w tv pokazywał nadnaturalnej wielkości grzyba znalezionego na Pomorzu.

Na drugi dzień o świcie wyszliśmy na plac, gdzie zbierali się ludzie z widłami i świeżo ogolony dyrektor PGR wyjechał na białej klaczy z poniemieckiego pałacu, i przydzielił nas do zmechanizowanej obory. Mieliśmy podmieniać słomę bykowi w osobnym boksie, zanim przesiądziemy się od poniedziałku na najnowszego typu kombajny zbożowe marki „Bizon”. Tylko, że cholerny byk-rozpłodowiec zaczął grać z nami w piegi, że końcem ogona walił w gówno drobnorozpryskowe, gdy podbiegałeś do niego z podściółką i obcięliśmy mu racje żywnościowe.

Więc wtenczas weekendowy fart z obiektem typu „zmechanizowana obora” – byk walił końcem ogona równo – wjechaliśmy z Dankiem snopowiązałką w pokrzywy. Ciepły wiatr przynosił zapach siana i obornika w porach udoju. Świerszcze grały i komary cięły; do kuchni było daleko, więc zapiliśmy z kanistrów na strychu i żarliśmy jak króliki kapustę z pola – szczuli nas psami, które skakały nam do gardła w blaskach nocy. Ocknąłem się pod płotem w niedzielny poranek: procesja wyszła z odrapanego kościółka i zajechało mnie nagle zapachem chleba z piekarni.

Słabo mi się chyba zrobiło, bo ludzie w odpustowych ubrankach pytali, co mi jest i powiedziałem, żeby dali mi wody ze studni. Czerwona rakieta poszła w górę – odbywały się zawody kombajnów „Bizon”, które leciały całą szerokością pradoliny i potem dyrektor z końskim pyskiem wręczał wojsku dyplomy uznania. Wieczorem w czasie zabawy nad rzeką Danek roztaczał wdzięki do jego sekretarki – „pracownicy umysłowej” – która była córką kucharki PGR i rzucili się nas miejscowi z cepami, ale aktywiści z koła ZMS przyszli nam z odsieczą, i jednego z nich ze złamanym obojczykiem trzeba było odwieźć na pogotowie w misce wywrotki.

W poniedziałek o świcie zostałem przydzielony na czerwonego „Bizona” i zasuwaliśmy „po kawalersku” polną drogą między drzewami, a za nami zielone traktory z przyczepami, na których siedziały baby z widłami. Kombajnista w podkoszulku kazał mi podsuwać worki pod spust, z którego leciało ziarno – jak się piętrzyło w rynnie, podsuwałem pod spust rezerwowy i zawiązane worki spuszczałem w pole za kombajnem. Ostro jechał smar maszynowy i znosiło na mnie spaliny z komina w pełnym słońcu, że prawie na oczy nie widziałem.

Na wpół oczadziały tańczyłem oczami po słońcu i wszędzie mi właziły cholerne kłosy – spocony kombajnista przysypiał za kółkiem i miał nad sobą daszek z leżakowego brezentu, i przy każdym nawrocie pod lasem, wrzeszczał: fajrant, jak spadnie rosa! Naprawdę nie odpuszczał ani na chwilę i wiedziałem, że będzie młócił do oporu, bo potem mu lecą nadgodziny. Przypomniałem sobie, co mi radzili pijaczki z klubo-kawiarni, żeby na dno każdego worka wrzucać po kilka z zapasu – więc potem przysypywałem ziarnem z wierzchu i worki szybko się skończyły.

– Wyszli worki! – wrzasnąłem.

– Jak to wyszli? – odwrzasnął.

– Normalnie wyszli! – ja na to.

– Co jest! – odwrzasnął znowu.

– Worki wyszli, panie majster!

Zatrzymał ”Bizona” w szczerym polu i wlazł po niego z wałówą, a mnie wysłał po worki do majątku, i mieli mnie podrzucić z powrotem traktorem. Szedłem cholernym rżyskiem, aż padłem w cieniu na skraju lasu, gdzie stał krzyż z dziurawym hełmem i wiązanką suchych kwiatów. Szedłem dalej leśną drogą i potem znów wylazłem na słońce, i zobaczyłem belkowane ogrodzenie, gdzie jakieś kaczki pływały w stawie z tablicą „Basen przeciwpożarowy”. Wybadałem starannie okolicę – tylko żaby kumkały w łopianach i skrzypiał strach na wróble na rozstajnych drogach.

Zrzuciłem buty i spodzień – wskoczyłem z rozbiegu do wody. Pływałem krytą żabką w tym bajorze i potem jak wylazłem na baleta – łaciate krasule przeżuwały flegmatycznie mój wojskowy strój roboczy, że tylko pas skórzany z klamrą zwisał smętnie jednej z pyska. Zasłoniłem się liściem łopianu i ruszyłem na rozstaje, żeby obedrzeć stracha na wróble, i potem szedłem wzdłuż poniemieckiego cmentarza z rozwalonymi nagrobkami, aż siadłem po świątkiem frasobliwym.

Z daleka słychać było przejeżdżające pociągi. Obudziłem się w czerwonym blasku zachodzącego słońca i przycisnąłem łeb do płotu. Dałem sobie urlop od myślenia. Zobaczyłem Danka z sekretarką dyrektora z mordą Fernandela i dokarmiała nas potem, bo jej matka kucharzyła dla całego pegeeru, i Danek mówił, że najlepszą zabawę miał z nią pod słupkiem przystanku PKS w przydrożnym rowie. Mamusia robiła też nalewkę na wiśniach i Danek raczył darami przyrody dżentelmenów twardo zazdrosnych o dupę – którzy przestali wygarniać gówno spod byka.

Więc potem już głównie raczyliśmy się nalewką na wiśniach, plując pestkami w kury zielononóżki na tylnym tarasie poniemieckiego pałacyku i pijane kwoki biegały w kółko, i podfruwały na jednym skrzydle – kołysząc się na jednej lub drugiej nóżce – między posągami słonecznych amorków z utrąconymi jajami i drobiły w miejscu, jak cholerne baletnice w „Jeziorze Łabędzim”.

Tylko, że potem w zapuszczonym ogrodzie poniemieckim zabrakło kwok zielononóżek – dyrektor z końską szczęką wyjechał na białej klaczy z pałacyku i więcej się nie pokazał: wzięli go na mendownię pobliskiego wczasowiska za rozpijanie załogi w gorącym okresie prac polowych. Graliśmy z chłopakami w kości pokerowe pod tablicą z bosakami i napisem „Rzeka zakwalifikowana do kategorii górskich strumieni”. Zobaczyłem Kangura w dzikim słońcu – byli z Lele na jednym roku ASP, w letnie miesiące sprzedawały się jego obrazki na Barbakanie – szedł brzegiem rzeki z podwiniętymi nogawkami i butami w kieszeniach.

Pysk znany w studenckich klubach stolicy – wskakiwał po pijaku na stoliki w „Stodole”, wykonując „taniec flaminga” – podobny z lekka do fandango. W czerwcu po „wojnie sześciodniowej” objeżdżaliśmy Wybrzeże starym motorem z biegami na baku – cały czas słaba pogoda – zawodnik motoru zjechał po schodach do piwnicy dyskotekowej „Adabar” pod ratuszem w Kołobrzegu. „Tyle jest piękna na tej ziemi” – powiedział teraz z mordą, jakby się golił na sucho; na której? – spytałem.

Zaliczaliśmy wczasowiska w ostrym ciągu z piwami wypieniającymi się z butelek – obiadokolacje w barkach z parasolami; zimne frytki, zupa-nic; pierogi z jagodami i niebieskie wiadra z różowym chłodnikiem w okienkach barów mlecznych. Słońce i deszcz w Sopocie na Monte Cassino – w łaźni jakieś tlenione pedały i kupiliśmy bilety na najdłuższe molo drewniane w Europie. W „Non Stopie” grały „Czerwone Gitary” – pamiętam, jak z pijanym tłumem przed wejściem oflankowanym brzozami w donicach wyliśmy do rana ich wolniejsze przeboje z „Nie mów nic”.

Kibole z Trójmiasta rozbili jak raz kolejkę elektryczną i pierwszy raz ktoś tak się ucieszył na nasz widok; Biją Warszawę! – wrzasnął Kangur, cholerny zawodnik motoru, strzelając piąchą w pijany dziób, który chciał go walnąć kastetem. Więc potem chodu na kemping – zwijamy migiem mokry namiot z manelami – pamiętam, jak w ciemności na zadrzewionej szosie odkryłem nagle, że jestem miększy niż myślałem: wciąż oglądałem się za siebie. Zobaczyłem zbliżające się długie światła. „Co stoisz jak chuj na weselu!” – wrzasnął facet wychylając się z szoferki.

Pół drogi do Warszawy chrzanił o dupach – „piczne soki rzucają się im na mózg, potem dopiero rano, jak przerusztujesz – śniadanko do łóżeczka, kochasz mnie?”. Podwiózł mnie pod sam dom i powiedziałem starym, którzy akurat wychodzili, żeby dali mu na piwo, bo będzie pieprzył do oporu. Więc teraz myślałem o tym, że po „wojnie sześciodniowej” wygwizdali na Okęciu wyjeżdżającego z Polski ambasadora Izraela i Lele powiedziała, że nie chce więcej żyć w tym kraju. To były takie momenty, że musiałeś dobrze i prawidłowo myśleć, ale byłeś kompletnie roztrenowany, że od paru tygodni nic nie robisz i tylko siedziałeś i czaiłeś się.

Więc teraz tak się stało nagle, że myślałeś o niej z cholernym strachem i bólem w środku – miałeś za sobą dwadzieścia lat w tym kraju i chyba pierwszy raz w życiu myślałeś: jeśli nie skorzystasz z wiatru, będziesz stał w miejscu; jeśli źle wysterujesz – możesz zatonąć. Potem za to piłeś z facetami, którzy też tak mieli i to cię jakby uspokajało. Byliście wszyscy fajnie opaleni, bo słonce waliło z nieba non stop – patrzyłem teraz, jak Kangur ściąga wojskowe łachy i bąble mu ropiały od słońca, i chyba nagle mu się odbiło – któryś z chłopaków gwizdnął z podziwu.

Wy chyba nigdy naprawdę długo nie piliście, już prawie nie mogę oddychać” – rzekł Kangur i Rajs wziął aparat, i strzelił mu z flesza zbliżenie w pysk pod słońce. Czułem na gołych nogach wiatr rozwiewający drzewa nad rzeką i paprotniki drzewiaste w pradolinie – usłyszałem rozmowy chłopaków, że tylko najgorsi frajerzy tęsknią do krajobrazów. Kulawy stolik przy wejściu – Cyganka prawdę ci powie za dychę i życzenie, rozcierała włos w czerwonym banknocie z robolem i jego znakiem wodnym: czeka cię podróż zamorska białym karawanem z damą serca.

Więc teraz pod koniec lata 1967. nie mogłeś jeszcze wiedzieć, że izraelsko-arabska „wojna sześciodniowa” okaże się pierwszym obsuwem komuny światowej. Nie mogłeś wiedzieć, że wasza porąbana ekipa lat 60., dla której szkółki były przeważnie luźne i wywyższaliście się – sami o tym nie wiedząc – będzie musiała jeszcze kiedyś dobrze i prawidłowo przemyśleć sobie to wszystko na świeży umysł. Zostawało wam zawsze sporo czasu – ustawiałeś książeczki w paru rzędach i nieraz stosami zalegały podłogę – nigdzie nie mogłeś załatwić „Pod wulkanem”.

Nie było meliny, żadnego antykwariatu na mieście, żeby to wyrwać, choć wszędzie zastawiałeś sidła, aż wreszcie kiedyś nad Bugiem, gdy wezbrana rzeka z ptasimi gniazdami wdarła się do knajpy z tarasem – na zakurzonej wystawie kiosku „Ruchu” zobaczyłeś literki: malcolm lowry. Kempingi i stadnina nad rzeką, która wbijała się między stoliki, gdy piliście piwo z deszczem, trzymając nogi na barierce, bo woda rwała między stolikami; transporter piweczka pod parasolem – trochę słońca, ale głównie niskie chmury deszczowe i wiatr rozwiewał włosy pijanych dziewczyn.

Przeloty dzikich łabędzi wtenczas nad Bugiem, gdy Lele w wytartych jeansach i żółtej koszuli z pagonami mówiła, żebyś tyle nie pił i wciąż patrzyła, czy masz to swoje piweczko. Samochody parkowały w lesie gdzie popadnie – oświetlona gablotka z Matką Boską przybita do brzozy z opalonymi gałęziami – paprotki we mgle między drzewami; niebieskie słupki przystanków PKS z żółtymi kółkami kierownicy – przydrożne kapliczki ze świeżo odmalowanymi płotkami i spłoszonymi stadkami gęsi – kruki krakały pod niebem. Żuk dostawczy pod GS-em w drewnianej chałupie z kolorowymi szybkami, wtenczas jak chciałeś kupić kilo białego sera.

Tylko, że naprawdę podszedłeś do zapyziałej lady i zanim zdążyłeś powiedzieć słowo, platynowa sklepowa w diademie, co ten ser sprzedawała – spoglądając ci w oczy badawczo – warknęła głucho: alkohol po drugiej stronie ulicy. Warszawska jama „Gwiazdeczka” na Starym Mieście, gdzie czekałeś zawsze na dziewczynę przy drewnianym barku na lewo od wejścia i przechodziliście na wewnętrzne podwórko z filarkami – z gazonem w ceramicznej donicy pośrodku i z wodotryskiem – gołębie przysiadały się koło wazoników z polnymi kwiatkami na stolikach.

W najgorszy mróz biegałeś na grzane piwo z korzeniami w kiosku pod „Cedetem” – w granatowym zmierzchu człowiek z osełką na pedał ostrzył noże sypiąc iskrami. Faceci zapalali na pych furgonetkę w kopnym śniegu – lubiłeś rozmowy z facetami w non-ironach po fajrancie, że podsuwają w hucie puszkę fasolki pod rozpalony do czerwoności blok wytopu na rolkach i w sekundę fasolka po bretońsku zaczyna bulgotać. W karnawale robiliście z chłopakami „dźwięki” z klubów studenckich dla radiowęzła akademika Riviera – „studenci Warszawy bawili się do białego rana przy tradycyjnej lampce wina – prawdziwy przegląd mody młodzieżowej w Stodole”.

Albo kiedyś w bezśnieżną zimę wyskoczyłeś wieczorem z pustego tramwaju na przystanku za tunelem na trasie W-Z i szedłeś wzdłuż oświetlonych gablot z biało-czarnymi fotosami filmowymi, i potem wjeżdżałeś schodami ruchowymi, a obok zjeżdżała jakaś para z balonikiem. Całowali się ostro, przysiadając na stopniu – kiedyś z Lele byliście taką parą i nawiało ci śniegu za kołnierz kożucha, gdy całowaliście się przed wyjściem ze schodów pod daszkiem z gontami.

Tylko, że nagle w dawnym korycie rzeki z rozlewiskiem leżałeś po ciemku w najgorszym słońcu i rozmawiałeś z dziewczyną, o której wiedziałeś, że jej koło ciebie nie ma. Wychodziły jakieś nietoperze z rzeki i różniły się opierzeniem; owca, kogut i krowa, jak u Kryłowa – pasły się w dobrze zorganizowanym stadku. Przyśnił ci się piękny sen, że zasnąłeś spokojnie i trawa nad rzeką była jak las – ziemia się nagrzała, skrzypy i widłaki, skarlałe paprocie drzewiaste – w półśnie słyszałeś jakieś odległe rozmowy chłopaków, że najlepiej dymać kobietę-nic.

Więc teraz chyba naprawdę przysnąłem i wpadłem na pomysł, że Lele w wytartych jeansach i żółtej męskiej koszuli siedzi koło mnie nad rzeka; co ci się porobiło, że tak ciągle śpisz, nie tłumacz się, nie jesteś pijany, chodź, zrobimy dzień, nie lubię jak się tłumaczysz – powtarzała Lele. Rude wiewiórki skakały po rozwalonych nagrobkach poniemieckich i dzieciaki układały krzyże z wielkich szyszek – wtenczas jak procesja wyszła z odrapanego kościółka i skierowała się w stronę gorzelni.

Więc potem narąbany szoferak z PGR odwiózł nas w misce wywrotki w pobliże jednostki (ostatnie, co widziałem: spalony wiatrak na spiętrzeniu) – spuścił nas „je-bu-du” w dole kąpieliska i nasze stąpanie kładło się wielkim cieniem w zachodzącym słońcu, jak reklama butów siedmiomilowych na wietrze. Woda błyszczała gdzieś obok i rozwiązało mi się sznurowadło, bo rzucało długie cienie w niskim słońcu, i nasze stąpanie niosło się skowytem psa z pełnomorskiej szalupy; co to za kundel? – spytałem, a Szmul odpowiedział: to jest chart, co kury dusi.

Więc teraz pod koniec obozu wojskowego kępy i moczary*, jak mówiliśmy potem w marcu następnego roku; dokształcanie obywatelskie z filmem oświatowym: Czaja, Hupka, towarzysz Mijal z Radia Tirana; kompanijne VIP-y przysypiały w ciemności. Tory przeszkód z wysokimi zeskokami (pięćdziesiąt pompek za karę); uroczyste odprawy wart jakby zawsze lekko za późno i baby z koszami żarcia na przysiędze u

Kamikaze”, przymierzające czapki wojskowe w lusterkach.

Wieczorem po apelu papiery fruwały na wietrze i „sztabskapitan” bełkotał coś przez głośniki nad jeziorem, gdy szliśmy z przybrudzonym chlebem i karpiem ogłuszonym granatem; trenował przemówienie na uniwersjadę armii zaprzyjaźnionych; smacznego! – wrzasnął nagle, że usłyszałem jakby cios z ciemności.

*Aluzja do czołowych komuchów-antysemitów o takich nazwiskach.

Więc teraz pod koniec obozu wojskowego w północnych rejonach peerelu nie mogłeś wiedzieć, że światowa komuna zaczyna się sypać – nikomu z nas nawet przez myśl by nie przeszło, że można coś zmienić w tym pieprzonym kanale, choć czułeś nieraz normalnie, jakby cię robale obłaziły. Pamiętam, jak szeregowiec Rajs opowiadał w ciemnościach na warcie garnizonowej, że w czerwcu podczas „wojny sześciodniowej” jego stary siedział z uchem w 10-lampowym radiu poniemieckim z „Wolną Europą” na cały regulator i tylko chorągiewki na mapie przestawiał.

Przypomniałem sobie, jak przychodziłem kiedyś do szkoły z kanapkami owiniętymi w pergamin z przemówieniami towarzysza Mijala, który wiedział zawsze najwięcej o komunie światowej. Mój ojciec zajmował się wtenczas redagowaniem biuletynu z nasłuchu radiowego dla bossów partyjnych i zabierał mnie czasem ze sobą do wolno stojącego domu na Sobieskiego 101, otoczonego starymi kasztanami, gdzie na portierni wisiał czerwony szyld: PJO – „Państwowa Jednostka Organizacyjna”.

Mój komuch domowy redagował nagrania z zagranicznych rozgłośni, które potem odbijali na powielaczu i rozsyłali do gabinetów z palmami – dawał mi nieraz pokręcić korbą powielacza zalatującego spirytusem. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że taki numerowany biuletyn zwany „białymi kartkami” to jeden z mechanizmów orwellowskich. Lubiłem, jak stary zabierał mnie do „PJO” jesienią, żebym sobie nazbierał kasztanów – nie było tam prawie innych dzieciaków – jeździłem rowerkiem pod starymi drzewami i powiewał mi skafander włożony samym kapturem na łeb.

Tylko, że cała nasza formacja umysłowa była wtenczas takim gnojkiem z nosem przy szybie i niech mi nikt nie mówi, że naładowani pomysłami, myśleliśmy za pomocą słów, że można rozwalić komunę od środka – „socjalizm z ludzką twarzą” zrobić – potem w marcu-68 wszystko na Krakowskim działo się z nadciśnienia. Pojawiło się nagle pełno białych czapek uniwersyteckich – których nikt wcześniej nie oglądał – na milczących łbach, które nagle rozgadały się w całej Polsce.

Więc teraz pod koniec obozu wojskowego obieraliśmy kartofle w kuchni i nabyliśmy skrzynkę portera w stanicy, i z pieśnią na ustach wypadliśmy na korytarz. Na pozostałe wojsko padł blady strach – trzysta metrów z kuchni do sypialni pokonaliśmy w godzinę z czymś i zbiliśmy wszystkie klosze na sufitach w pięknym stylu, i potem sprzątaliśmy korytarz i świetlicę z gazetkami TPPR* do rana. Nagle myślałem, że się pomyliłem: uniwersjada zaprzyjaźnionych armii na poligonie i niosły się jakieś potworne wycia z defilady sportowców w mundurach retro.

Stoły bankietowe z pękami konwalii i chorągiewek i potem grenadierzy i husarze z szumem piór doszlusowali do zimnego bufetu, gdzie „Kamikaze” w przydużych płaszczach prężyli się salutując. Kelnery-lezbije z kantyny syczały z zazdrości, gdy którąś brałeś za dupę po znajomości i chciały cię wytargać za pierze. Panie z przodu, panowie z tyłu – jak na wiejskim weselu – rozrywkowe wodogłowce w mundurach wyjściowych drapali się w przedziałki schodzące bez szyi w kark.

Pamiętam, jak zobaczyłem nagle przed sobą oturbanionego attache, który w uniformie ze złotymi akselbantami, mieczykiem i w muszce – naśladował odruchowo mój krok defiladowy na terenie podmokłym. Po tym poznałem, że już jestem narąbany na otwartej przestrzeni, gdy nie czujesz czyjejś obecności, ale to jest kontakt: pusta torba nad asfaltem w słonecznej przestrzeni – jakieś bety tańczące na sznurach – to jest kontakt, powtarzam, fantastycznie wolna i szczęśliwa sytuacja.

Pogoda różna z przewagą różowych chmurek kłębiastych i swingujące orkiestry lat czterdziestych – Glena Millera i Tommy Dorsey’a – komuś przydała się noga od fortepianu „Bechstein” podpartego teraz skrzynką. Attache w rozwianym turbanie z turkusem zgłosił się do maratonu i nadrabiał awansem odwodnienie organizmu. Szedłem pod jakimś murem w blasku słońca i specjalnie z całej siły walnąłem ramieniem w słup trakcyjny, bo znowu musiałem teraz myśleć o Lele, i było jak w pijanym biegu przełajowym, że po paru kilometrach nie czujesz, że biegniesz.

Zuza z niedopitym bełtem „Czar PGR” wyszła z miasteczka namiotów koło szosy i spytała, jak się nazywam – szła boso środkiem jezdni, która chyba paliła ją w stopy – w podskokach podbiegła do cienia i klepnąłem ją po jeansowej pupie, gdzie miała ciemne ślady po odprutych kieszeniach, z których zrobiła sobie łaty w kroczu. Poszliśmy razem na stanicę, gdzie sprzedawali piwo z ciężarówki.

* Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej

Zobaczyłem chłopaków z naręczami chrustu – zrobiliśmy ognisko na przystani i piekliśmy kiełbasę myśliwską na patykach. Dyskoteka przy muzyce z autokaru i Zuza przysiadła się do nas na murek. Przypętał się „sztabskapitan” z surową wątrobą i ćwiartką; pójdę pogadać z tym panem – powiedziała i chyba zemdlała mu na kolanach. „Szkopy po sukcesie Barbarossy utrzymali kołchozy w dawnym składzie” – powiedział chrumkając jak powiększony królik. Marszczył swoje kosmate ryło, na którym wyrosły mu kozie strzępy – ze spotęgowanym okiem praptaka w soczewkach – składał subtelnie końce palców nad nasłonecznionym murkiem.

Jak w Białowieży narodzi się żubr, to otrzymuje imię na „P” od Polska” – chrumkał, jak gdyby wypadł z bajeczki dla grzecznych dzieci i chciałem go wziąć za chabety, i przestawić przez murek z powrotem do baśniowego ogrodu, bo serdecznie miałem go dosyć. Zacząłem się cykorować, że rzuca się na mnie delirium – „pogłaskać żubra po pysku” – z najwyższym trudem udało mi się to przeciąć; autokar z napisem „brudas” paluchem przez całą maskę; ułańskie landszafty pod rękę z malarstwem europejskim i roześmiane dziewczyny dziergające na drutach długie szaliki.

Przypomniałem sobie wyciąg orczykowy kiedyś na zimowisku w górach, gdy wywaliłem się w zaspę na trasie – we wczesnym zmierzchu – zapalały się światła w dolinach i śnieg na szczytach stawał się całkiem granatowy. Zapierałeś się kijkami w śniegu i skok w dół na wariata. Ale najwięcej zawsze lubiłem, jak motorniczy dzwonił na pętli tramwajowej na Potockiej – klnąc puszczał korbę i wyskakiwał przestawić szynę, bo wajchowy przysypiał na kożuchu w zaparowanej budce, i teraz nagle nie mogłem sobie przypomnieć, gdzie motorniczy chował wajchę.

Więc teraz w nocy ostatnie pompki wojskowe pod pozłacanym pomnikiem Lenina, który przypominał Nikitę Chruszczowa, za czasów którego został odsłonięty i chyba wtenczas jeszcze nie wiedziałem, że w starożytnym Rzymie – gdy imperium chyliło się ku upadkowi – posągi ostatnich cezarów w amfiteatrach miały wymienialne łby. Jeździliśmy po ciemku ruskim walcem z bolcem na kierownicy, za który ciągnąłeś na skrętach, ale i tak szedł dalej prosto po przekątnej placu musztry, gdzie ganiali „Kamikaze” – z czołganiem i padaniem – w przydużych hełmach i mundurach.

Pamiętam, że mało nie wjechaliśmy w kopiec „Monte Cassino” pośrodku jednostki i przewaliliśmy jakąś wartownię. Z parę godzin później czekaliśmy na tej stacyjce z czeskiego filmu, gdzie pociągi nie stawały i zawiadowca z lizakiem łaził po drewnianym peronie, gdzie orkiestra strażacka ćwiczyła marsza żałobnego Chopina. Zajechał pociąg, którym już inne ekipy wracały z obozów wojskowych i zobaczyłem nieprzytomnego grenadiera wywieszonego rękami i głową na opuszczonej szybie, i obrzygał z pół wagonu, aż do napisu PKP koło drzwi.

Wskoczyliśmy z miejsca do wagonu bufetowego i WSW nie wchodziło do pociągów z wojskiem, bo na widok białych otoków ludzie wyskakiwali po pijaku w pełnym biegu. Przebiliśmy się do okienka barowego i górą podawali forsę na piwo, więc nie było sensu – zaczęliśmy pić za tę kasę nad głowami i potem też nas wystawili za okna na przeciąg, żebyśmy otrzeźwieli. Było z lekka jak na starych pocztówkach z aniołem stróżem strzegącym cię na moście i ocknęliśmy się, gdy nas rzuciło w tył – 100 kilometrów w linii prostej od Warszawy Danek zaczął wyciągać i czytać listy od tej dziewczyny z pegeeru, i to były jakieś cholernie smutne przekazy.

Jeżeli chodzi o moje życie, mam tylko jeden cel – godz. 7.00 idę do biura, a o 15.00 do domu. Ciekawi mnie, czy myślisz czasem o mnie – ja mam tak zamazane myśli tobą, bo ciągle przechodzę koło naszego „słupka”. Bardzo tęsknię za tobą mój drogi, nie jestem poetką i nie umiem napisać, co w moim sercu jest. Na pewno nudzisz się czytając te słowa, wybacz – bardzo się spieszę, piszę w pracy, jest tyle osób, nawet nowy dyrektor. Jeżeli mnie kochasz, napisz kiedy się zobaczymy”.

Słyszałam nowe plotki o nas, gdybyś wiedział, jak ja teraz żyję, każdy wzrok zwrócony w moja stronę. Nigdzie nie wychodzę (przedtem też nie wychodziłam – mówiłeś, że nie chodzisz do kina, a bardzo chciałabym pójść kiedyś z tobą. Co do ostatniego spotkania, to nie mam do ciebie żalu, zresztą jeżeli się kochamy, możemy sobie wszystko wybaczyć. Dzisiaj po południu jadę do miasta, „po co?” – do kina, „z kim?” – z koleżanką. Powiem ci wszystko jak się zobaczymy, wiem, że jesteś ciekawy nowych plotek o nas. A propos następnego spotkania – bardzo cię proszę, tym razem będzie mi trudno wybaczyć, jeżeli nie przyjedziesz. Prosiłeś, żebym została z tobą dłużej niż jeden dzień – wiesz przecież, że to jest niemożliwe ze względu na rodziców. Będziemy mieli dużo czasu w niedzielę – to już tylko trzy dni”.

Czekałam na ciebie jeden i drugi raz na próżno – jak mogłeś? Nie mogę nikogo o to wszystko winić, byłam nierozsądną dziewczyną, czuję, że szybko się nie zakocham, zostanę sama, chociaż mam tyle okazji. Jak mogłam ci wierzyć, przecież ty mnie nigdy nie kochałeś i kochać nie będziesz, jestem dziewczyną nie dla ciebie, no bo taki „chłopiec” jak ty – rzadko się spotyka. Mam na myśli oczywiście twoje mniemanie o sobie. Nie mogłabym nawet tego napisać, co teraz myślę, bo na pewno nie czytałbyś ani jednej strofy. Stawiasz mnie w takich ostrogach, gdybyś przyjechał, na pewno skorzystałbyś coś więcej – przywoziłam wałówę. Co chwila trafiałam w jakieś skarłowaciałe drzewo, może dlatego, że byłam myślami z tobą. Chce, żeby było pogodne nasze rozstanie, bardzo żałuję, że listowne”…

PS. Jutro bawię się, kończę 21 lat, niech pada ciągle deszcz (wybacz, po otrzymaniu twojego pocieszającego listu bardzo się zdenerwowałam). 1 września wyjeżdżam do wuja do Poznania, może to mi pozwoli choć trochę myśleć nie o tobie”.

Ale okej; na jakimś dworcu z rozkopanymi peronami zaczęli nagle wsiadać cywile i facet w ortalionowej czapeczce wrzasnął: chodź, dzidka, panowie się posuną! Posadził mi „dzidkę” na kolanach i zaraz podniosła straszny wrzask – Rajs stanął w drzwiach i co ktoś nowy chciał wejść do przedziału, brał go za klapy i wykopywał. Pamiętam, jak otrzeźwiałem na peronie „Warszawa Główna” i trzymałem za frak faceta w ortalionowej czapeczce, który nic, tylko powtarzał: nie dość, że mnie pan kopiesz od godziny i przepraszam nie powiesz – jeszcze pan klniesz”.



Reklama

Reklama